piątek, 8 sierpnia 2014

Rozdział XXI

Zapraszam do oddania głosu w ankiecie, w której bierze udział mój blog : Cien-upadlej-gwiazdy.blogspot.com
Dziękuje za każdy oddany głos!



Towarzyszka Śmierci      -----> Historia Ostatniego tańca, zapisana w nowej, lepszej wersji. Zapraszam!



"Czasem łzy nie są oznaką słabości, tylko dowodem na to, że nasze serce nie wyschło i nie stało się pustynią".




SAMANTHA



          Długo błądziłam w swoim umyśle. Może to były działania spowodowane przez Tonny'ego? Stan, w których wprowadzał swoje ofiary, było po prostu zamknięciem we własnej świadomości. Widziałam różne wspomnienia, zagłębione we mnie. Ukryte w najgłębszych zakamarkach... Dużo tego było. Zważywszy na mój wiek, ale bolało jak diabli. Znów zobaczyłam każdą osobę, która stała się mi bliska. Przyjaciół, wrogów i kompanów w wyprawach. Tych, którym zaufałam i tych, których nienawidziłam. Z biegiem czasu starzeli się, umierali i odchodzili ode mnie, a ja wciąż pozostawałam młoda. Może i to dlatego stałam się tym kim jestem? A raczej byłam. Po kolejnej stracie, zamknęłam się w sobie. Można by rzec, że stałam się pracoholiczką, gdyż pamiętałam, że robiłam jedynie przerwy na regeneracje sił. Cały czas wędrowałam i zabijałam każdego napotkanego mi demona. Pastwiłam się nad nimi. Pamiętam nawet, że był okres, gdzie nawet Śmierć nie potrafił do mnie dotrzeć. Nie słuchałam go. Walcząc, zapominałam. Odrzuciłam jedynego przyjaciela, bojąc się, że nawet i jego kiedyś utracę. Może wydać się to śmieszne, ale wolałam go nienawidzić, niż potem tęsknić i rozczulać się nad jego stratą. Ale on okazał się inny. W końcu był Śmiercią... a jak wcześniej sądziłam, jego nie dało się zniszczyć.
Na szczęście, w porę zrozumiałam, że on zawsze będzie przy mnie.
         Otworzyłam powieki. Przede mną dostrzegłam Ezrę. Moje serce niemal zaświergotało, widząc go całego i zdrowego. No może prawie całego, bo jego ciało wyglądało jakby przemielone było przez szatkownice. Wszędzie można było dostrzec jakieś rany. Twarz jak i całe ciało poznaczone było albo drobnymi bliznami, albo świeżymi drapnięciami, zadanymi zapewne przez Samaela. Albo przeze mnie. Podniosłam rękę, chcąc go dotknąć, ale moja kończyna przedostała się przez jego skórę.
Spanikowałam.
Usiadłam na łóżku, uświadamiając sobie, że nie czułam żadnego bólu. Nic mi nie doskwierało. Nawet drobny ból głowy mną nie targnął. Nic. Zupełnie jakbym była... martwa.
- Ezra! -krzyknęłam, a on nawet nie drgnął. Nie zauważył żadnego mojego ruchu, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie żyje... Ale tak nie mogło być! Nie mogłam być przecież martwa! Śmierć... Pakt... No tak.
W moich oczach pojawiły się łzy. On powinien tu gdzieś być. Odebrał swoją własność. Przysięgłam oddać mu swoje życie, a teraz... stało się to co obiecałam. Spłaciłam swój dług, za zabicie demona.
Zeszłam z łóżka i stanęłam obok ukochanego. On wciąż nie dostrzegał mojej obecności. Patrzył się... w sumie na mnie, a raczej na moje ciało, które leżało na łóżku. Dostrzegłam cienie pod powiekami. Miałam rozciętą wargę, a rana na ramieniu została zabandażowana. Na mojej bladej skórze było kilka siniaków. A moje ciało... ruszało się. A w zasadzie klatka piersiowa unosiła się do góry, by po chwili opaść. Oddychałam. Czyli wciąż żyłam? Kolejny skutek starcia z Tonny'm?
Dostrzegłam jakiś ruch obok siebie. Patrick podszedł do blondyna i położył swoją dłoń na jego ramieniu. Ile bym dała, abym mogła poczuć dotyk Ezry. Jego ciepłą skórę na mojej. Poczuć twardą i szorstką skórę jego dłoni, gładzącą mój policzek. Uwielbiałam, jak pieścił mnie dotykiem. Tak bardzo chciałam zanurzyć się w jego ramionach...
- Co z nią?- odezwał się mój ukochany, a ja dostrzegłam łzy w jego oczach. Moje serce ponownie zostało rozcięte. On cierpiał i to wszystko było moją winą.
- Straciła dużo krwi- zaczął przyjaciel.- Jej organizm jest bardzo osłabiony. Wpływ Samaela i ta cała walka...
- Nie wiesz co jej jest- stwierdził cierpko.
- Nie, Ezra. Nie wiem- przyznał.- Ale wiem jedno. To jest Samantha. Nasza Samantha, która sprzedałaby własną duszę diabłu, tylko po to, aby być z tobą. Musisz być cierpliwy. Ona obudzi się, tylko daj jej czas.
No cóż... Patrick miał rację. Zrobiłabym wszystko, aby być z nim. Ale czy sprzedałabym duszę diabłu? Nie, gdyż moją duszę sprzedałam już Śmierci.
- Czy...- jęknął blondyn.- Czy z dzieckiem...
- Wszystko w porządku- zapewnił.- Sam zobacz- uniósł jego dłoń nad moim brzuchem. Rozprostował palce, a Patrick zamknął powieki i wymówił ciąg niezrozumiałych dla mnie słów. Ale poczułam to. Dziwne ciepło w okolicach pępka. Niebieskie światło rozjaśniło pościel, a ja mogłam usłyszeć bicie serca. Nie mojego, tylko maleństwa znajdującego się we mnie. Jego serce biło, a ja wiedziałam, że wszystko jest z nim w porządku.
- Czuje go- powiedział mój ukochany.
- To dziewczynka- odparł Patrick, uśmiechając się. Oczy Ezry znowu zabłysły, a ja nic nie mogłam zrobić. - Choć- pociągnął go za ramię, ale on nie chciał się ruszyć. Nie chciał mnie zostawić.- Śmierć chce z nią chwilę zostać. Chce spróbować ją obudzić, ale muszą być sami.
- Nie zostawię go z nią. Wiesz do czego on jest zdolny. Może ją skrzywdzić!
- Albo może być jedyną osobą, która może jej pomóc.
Widziałam wahanie w oczach Ezry. Tak bardzo chciał ze mną zostać... Ja także nie chciałam się z nim rozstawać. Może to było nasze pożegnanie? Może to właśnie teraz ostatni raz dane mi było go zobaczyć nim... całkowicie odejdę?
Czego mógł chcieć ode mnie Śmierć? Oprócz mojej duszy, nic innego nie przychodziło mi do głowy.
- Tylko chwila. Dziesięć minut, nie dłużej- powiedział, po czym wstał. Złożył delikatny pocałunek na moim czole, a następnie wraz z Patrick'iem, wyszli z pomieszczenia, wpuszczając do środka Kosiarza.
- Sam- powiedział spokojnie, patrząc na mnie. Nie na moje ciało, leżące bezwładnie w łóżku, tylko na mnie, duszę stojącą obok łóżka. - Ty żyjesz.
Żyję?
- Ja... ja myślałam, że zabrałeś mnie- wyjąkałam. Próbowałam się nie rozkleić, ale cała ta sytuacja, w końcu na mnie wpłynęła. Pierwsze łzy spłynęły po moich policzkach.
Śmierć podszedł do mnie i przytulił. Było to dziwne. Taki gest ze strony Kosiarza? Przynajmniej przez niego nie przechodziłam. Teraz czułam się tak, jakbym żyła.
- Już dobrze- powiedział delikatnie. Mogłabym przysiąc, że teraz doświadczyłam czułości z jego strony. Nigdy nie był względem mnie miły. Na swój sposób oczywiście, że tak, ale zawsze dogryzaliśmy sobie.- Przepraszam.
Odsunęłam się od niego i spojrzałam w oczy. Dwa złote oczka, przypominający bursztyny. Wyglądało jakby ukazał swoją ludzką stronę. Tą przed przemianą w Kosiarza.
- Za co przepraszasz?
- To nigdy nie powinno się zdarzyć, Sam. Ja... ja nie chciałem tego. Gdybym mógł anulować ten pakt... Zrobiłbym to, Sam. Obiecuję, znajdę sposób na to i naprawię wszystko.
- Nie, Śmierć. Nie musisz. Ja sama to zaproponowałam i znałam konsekwencję tego wszystkiego. A paktu nie można anulować. Wymieniliśmy się krwią, przypieczętowując to. Inaczej, albo ty, albo ja zginiemy. Wiem, że to z twojej strony niemożliwe, ale nie chce aby coś ci się stało.
- Jak może ci zależeć na takim samolubnym dupku? Znasz mnie nie od dziś i wciąż lubisz? Wiesz przecież do czego jestem zdolny. Widziałaś to. Zabijam bez skrupułów. A każda śmierć, podoba mi się.
Prychnęłam.
- A ty wiesz do czego ja jestem zdolna, czy też byłam. I nic to nie zmieniło. Nawet mi pomogłeś...
- Pomogłem? Raczej wykorzystałem to. Ta cała sytuacja... Sam, ja znalazłem w tym wszystkim lukę. Zysk dla siebie, przez co mogłem się zemścić na tobie...
- Na mnie?- Nie ukrywałam zdziwienia. Śmierć i zemsta... Czy to było możliwe? Chociaż bardziej trafne było pytanie, co ja mogłam mu zrobić?
- Tak. Na tobie- przeszedł przez pokój, zatrzymując się przy moim ciele.- Byłem zazdrosny o twój kontakt z Ezrą. Pragnąłem ciebie tylko dla siebie. Może i jestem Śmiercią, ale nie zawsze nim byłem. Ja także kiedyś byłem zwykłą osobą- miałem uczucia. To, że jestem tym kim jestem, nie znaczy, że one zniknęły. Wręcz przeciwnie, wzmocniły się. Teraz, gdy zobaczyłem cię prawie martwą, dostrzegłem swój błąd. Nie należysz do mojego świata. Nie do tego, który dla ciebie przygotowałem. Powinnaś tu zostać i żyć ze swoją rodziną.
- Ale wtedy nie byłoby mnie tu. Śmierć- dotknęłam jego ramienia, zmuszając go, aby na mnie spojrzał.- Znałam ryzyko. Wiedziałam do czego to wszystko mnie zaprowadzi i zgodziłam się na to. Znałam cenę. Sama cię przekonywałam, abyś zawarł ze mną pakt. Inaczej przecież nie mógłbyś ingerować w nasze sprawy...
- Oj, Sam... Jesteś taka niewinna. A ja to wszystko musiałem spieprzyć. Twoja śmierć i tak by kiedyś nadeszła. Ja po prostu...
- Obiecałam ci, że cię nie zostawię. Tuż po opuszczeniu ciała, zostanę z tobą. I nadal to chce. Ale tobie nie o to chodzi, prawda?
- Nie- przyznał.- Okłamałem cię- czekał na moją reakcję, ale w moim umyśle jedynie pojawiały się dziwne obrazy. W czym mnie okłamał?
- Ale... On opuścił moje ciało? Proszę, powiedz, że go już nie ma- desperację w moim głosie można było wyczuć na kilometr.
- Moja słodka Sam- dłonią przeczesał moje włosy.- Samaela już nie ma. Lucyfer osobiście się nim zajął i zaprowadził go przed sądy Ognia Piekielnego. Dusza Tonny'ego też tam jest. Chodzi o to, że twoje dziecko, córka- zmarszczyłam brwi, po czym spojrzałam na swój brzuch. Co było z nią nie tak?- Ona cię niszczy. Wiedziałem to już od początku, gdy pierwszy raz je wyczułem. A ty świadomie przekazujesz jej swoją energię. Gdyby nie ja, trafiłabyś w spokojne miejsce. A ja wymusiłem na tobie przysięgę, abyś ze mną została.
- Śmierć- powiedziałam, a następnie wybuchłam śmiechem.- Czy tobie chodzi o to, że po śmierci postanowiłam zostać z tobą, niż żyć, śpiewając w niebiańskim chórze lub latać po chmurkach z aniołkami? Albo też gnić w Piekle?
- Ty nie rozumiesz...- potrząsnął głową.- Ja wymusiłem to na tobie. Podstępem.
- Przynajmniej z tobą nie będę się nudzić- uśmiechnęłam się do niego, ale troska z jego twarzy nie zniknęła.
- Potrafisz być choć przez chwilę poważna? Ja tu właśnie ci powiedziałem, że jesteś na wieki skazana na moje towarzystwo, chociaż mogłaś odejść w spokoju. Mogłaś nawet żyć, gdybyś jedynie zdecydowała się...
- Nie- przerwałam, zanim dokończył zdanie.- Nie skrzywdzę jej. Nie pozwolę na to, aby cokolwiek stało się z moim dzieckiem.
- Wiesz, że skazujesz siebie na śmierć.
On nie był egoistą. Tylko ja sama. Jedynie czego żałowałam, to to, że nigdy nie zobaczę swojej córki. Nigdy nie wezmę jej na rączki, nie usłyszę jak wymawia pierwsze słowa, uczy się chodzić... Nigdy nie zobaczę jak dorasta, nie będę przy niej jak pierwszy raz się zakocha. Nie będę dla niej matką, tylko kobietą, która ją urodziła, a następnie porzuciła. W zasadzie tak jak moja zrobiła to ze mną. I chyba teraz właśnie zrozumiałam jej zachowanie. Zrobiła to by mnie chronić, a ja robię to dla mojej córki.
- Obiecaj mi tylko jedno- poprosiłam.- Nie mów o tym nikomu, dobrze?
- Jesteś pewna? Myślę, że Ezra by chciał o tym wiedzieć.
- A ja tak nie myślę. Gdybym mu powiedziała, to wszytko nie byłoby już takie same. Zapewne nawet nie pozwoliłby mi urodzić, na co ja bym się nie zgodziła. Skoro i tak umieram, mam nadzieję, że dasz mi jeszcze czas.
- Oczywiście, Sam- zgodził się.- Będziesz mogła zostać, póki nie urodzisz.
- Zrozum mnie, ja chce, aby nasze ostatnie miesiące były szczęśliwe. Żebyśmy cieszyli się swoim towarzystwem, nie przejmując się, że za niedługo jedne z nas odejdzie. On nie zostanie sam. Będzie z nim nasza córka.
- Myślisz, że pokocha ją, po tym jak odebrała mu jego ukochaną?
- Tak. Znam go i wiem, że ją pokocha. Ja ją już pokochałam, chociaż nigdy nie będę mogła ją zobaczyć.
Śmierć przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego ciało, czując bijące od niego ciepło. Złożył delikatny pocałunek na moim czole, a następnie odsunął się ode mnie.
- Muszę iść. Zobaczymy się za kilka miesięcy, gdy przyjdę po ciebie...
Uśmiechnął się pocieszająco, ruszając w stronę drzwi. Kilka miesięcy... Tyle mi zostało życia. Ale szczerze powiedziawszy, byłam już zmęczona tą walką. Miałam nadzieję, że przynajmniej potem uda mi się odpocząć... Kilka miesięcy szczęścia, a potem co? Czy nie będę szczęśliwa ze Śmiercią? Nie zaznam spokoju po drugiej stronie, nie mając żadnych zmartwień? Oczywiście koszt mojego szczęścia będzie ogromny, po tym jak będę musiała opuścić... moją rodzinę. Zostawić ich wszystkich... Ale miałam czas, by się z nimi pożegnać.
- Śmierć!- krzyknęłam, nim zdążył odejść.- Jak mam wrócić do własnego ciała?
Chłopak uśmiechnął się do mnie. Wyglądał jak mały chłopczyk. A raczej jego twarz wyglądała na dziecięcą. Aż zrobiło mi się ciepło na sercu.
- Musisz po prostu się obudzić.



EZRA


           Wskazówki zegara ciągnęły się niemiłosiernie. Wciąż patrzyłem na niego i liczyłem ruchy większej wskazówki, czekając aż minie moje upragnione dziesięć minut. Oczywiście Patrick namawiał mnie, abym dołączył do nich. Ale nie mogłem. Nie chciałem siedzieć wśród przyjaciół, wspominając śmierć i zdradę bliskiej mi osoby, albo to, że moja ukochana wciąż leży nie przytomna. Zbyt dużo osób straciliśmy, ale też zyskaliśmy. Amanda i Scott próbowali nadrobić stracony czas ze swoimi dziećmi. Według mnie, było to trochę dziwne, patrząc na nich. Gdy ich porwał, mieli zaledwie rok, a przynajmniej tak wyglądali, bo w rzeczywistości parę dni. Teraz, gdy już powoli wkraczali w dorosłość, musieli się wiele nauczyć, a Scott... starał się, chociaż tak naprawdę, sam też musiał się jeszcze nauczyć. Nie znał naszych zwyczajów. Nie wiedział jakie szkolenie przechodziliśmy, ale był jednym z nas. Nie ludzkim łowcą, ziemskim, ale prawdziwym Cerisowiańczykiem.
- Ezra...- usłyszałem cichy szept za sobą. Rozpoznałem jej głos. Tak bardzo za nim tęskniłem... Odwróciłem się i ją ujrzałem. Stała w progu, patrząc na mnie, a jej usta wykrzywił delikatny uśmiech. Po chwili znalazłem się tuż obok niej. Dotknąłem jej delikatnej i zimnej twarzy, upewniając się, że to nie sen. Ona na prawdę tu była. Ze mną.
- Och, Sam- przytuliłem ją do siebie. Dłoń, jak i twarz, zanurzyłem w jej włosach, czując znajomy zapach wanilii. Delikatne kosmyki, błądziły między palcami. Poczułem jak jej ciało lekko drży. Płakała, ale to nie były łzy smutku, czy też rozpaczy. To były łzy szczęścia.
Ująłem jej twarz w swoje dłonie, zmuszając, aby na mnie spojrzała. Kciukami otarłem łzy z policzków.
- Nie płacz, kochanie- powiedziałem, a następnie pocałowałem ją. Jej usta jak zwykle miały słodki posmak. Nasz pocałunek był długi i namiętny. Całą swoją tęsknotę przelałem w ten gest. Ona nie pozostała mi dłużna.
Po chwili chwyciłem ją i podniosłem, kierując się do komnaty, w której wcześniej leżała. Sam spojrzała na mnie dziwnie, a jej dłoń zawędrowała pod mój koszulek. Ucałowałem jej czoło.
- Musisz odpocząć- powiedziałem, popychając drzwi własnym ciałem.- Wciąż jesteś słaba i nie powinnaś wstawać z łóżka. Przynajmniej przez kilka kolejnych dni.
- Zostaniesz ze mną?- zapytała niewinnie, a ja dostrzegłem strach w jej oczach.
- Nigdy cię nie zostawię- znów ją pocałowałem, a następnie położyłem ją do łóżka, po czym zająłem miejsce tuż obok niej, szczelnie zakrywając nas kołdrą.




             Minęły trzy dni, odkąd Sam się obudziła. Trzy dni, odkąd Samael opuścił jej ciało i trzy dni odkąd wszystko zaczęło wracać do normy. Przez ingerencje Tonny'ego była nieprzytomna przez kilka godzin, napawając mnie ogromnym strachem, ale na szczęście wszystko wróciło do normy. Szkody jakie wyrządziliśmy, nie były zbyt wielkie. Ucierpiały tylko dwie komnaty, kilka demonów, a reszta... Wszyscy, których Samael porwał nie żyli. Cudem odzyskaliśmy Davinę, która cały czas opiekowała się chłopcami. Może i on wezwał ją do siebie, ale ona wciąż była wierna nam i Samancie. Nie temu dupkowi, tylko nam.
             Tonny... cóż, jeśli chodzi o niego, to jego zdrada mnie bardzo zabolała. Czułem się, jakby własna część ciała odwróciła się ode mnie i odmówiła posłuszeństwa. Uważałem go za przyjaciela, brata a on wbił mi sztylet w plecy. Jedynym plusem było to, że każda dusza pochłonięta przez niego, wróciła na miejsce. Oczywiście tylko tych, gdzie ciała były jeszcze w dobrym stanie. Inne trafiły na drugą stronę, na swój wieczny odpoczynek.
             Ceris... To był zupełnie inny temat. Mieszkańcy świętowali, ale także trwali w żałobie. Stracili króla- tyrana, którego nienawidzili i zyskali kogoś nowego. Wraz Samanthą, jak i innymi, postanowiliśmy zostać. Scott ze swoją rodziną zamieszkał w zamku, tak jak i my. Lilith obiecała pomóc, póki całkowicie nie zaaklimatyzuje się w swojej nowej pozycji. Patrząc na jej stan, to mogło trochę potrwać. Jeszcze nie odzyskała wszystkich sił. Rany wciąż się nie goiły, w przeciwieństwie do moich. Ja byłem znów zdrowy jak ryba. Tylko dlatego, że kazała mi wypić swoją krew. W zasadzie to zmusiła, bo zagroziła, że będzie ciąć swoje ciało tak długo, póki nie wypiję.
Teraz staliśmy na zewnątrz. Ścisnąłem dłoń ukochanej, dodając jej otuchy, ale tak naprawdę, to ja jej potrzebowałem. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, że jest tutaj ze mną. A ona już miała dość moich pytań, czy rzeczywiście tu jest, czy tylko to sobie ubzdurałem. Czasami z frustracji wybuchała śmiechem, ale ja po prostu musiałem być pewny.
Płatki białych róż ścieliły nam drogę, prosto do kaplicy. Szliśmy w milczeniu, oddając hołd poległym. Samantha, jako przyszła królowa, stała na czele, a ja byłem przy niej. Za nami szła Lilith z Amandą, a Patrick ze Scott'em nieśli pierwszą trumnę. Drugą nieśli jacyś strażnicy, a reszta mieszkańców dumnie kroczyła za nami. Każdy z nas ubrany był w pergaminowy strój, aby oddać cześć poległym w walce. Na naszych plecach zawieszono płaszcze, przypominające peleryny. Na krwistym tle materiału, narysowano znak łączący- abyśmy mogli połączyć się z poległymi. Z ich rodziną, bliskimi czy przyjaciółmi. Wchodząc do krypty, uderzył mnie piżmowy zapach świeczek. Ostatnim razem byłem tu, gdy mój ojciec umarł. Teraz też minąłem jego pomnik, przedstawiający naszego rodzinnego wilka- canis lupus. Leżała tam moja matka, ojciec i każdy zmarły członek rodziny.
Ja też tam zostanę kiedyś pochowany.
Gdy w końcu znaleźliśmy się na dole, trumny zostały położone na podłodze. Zanim strażnicy odeszli, otworzyli je. Widziałem Natte'a, wyglądającego, jakby zapadł w głębokim śnie. Był niewinną ofiarą... Moim przyjacielem. Denerwował mnie. Bywały dni, że sam chciałem go zabić. Nieraz biliśmy się dla żartów. Pamiętam jak będąc jeszcze dzieckiem szkoliłem się. Moja pierwsza lekcja. Wybierałem broń dla siebie, mały sztylet, którym  ćwiczyłem rzuty. Machnąłem się i omal nie trafiłem w Natte'a. Zamiast przerażenia, zaczął się śmiać. Chłopak chwycił swój miecz i podszedł do mnie. Bałem się, że chce mnie skrzywdzić. A on stanął przede mną i wyciągnął w moją stronę dłoń z mieczem. Teraz moja kolej by cię prawie zabić- powiedział i machnął się. Nigdy nie poznałem lepszego wojownika od niego. Swój miecz traktował, jak część siebie. Przedłużenie ramienia, zabójcze w kontakcie z każdym wrogiem. Nadal miałem bliznę na plecach po tym spotkaniu.
Podszedłem do trumny i jeszcze raz na niego spojrzałem. Zanurzyłem dwa palce w krwi, znajdującej się w małej miseczce tuż obok ciał. W miejscu jego serca, narysowałem znak pamięci. Złożyłem delikatny pocałunek na jego czole.
- Ave, bracie- wyszeptałem, po czym odszedłem. Nie poruszył się. Musiałem pogodzić się z jego odejściem. Żadnych więcej niespodzianek w naszym domu. Już nigdy nikogo tam nie sprowadzi. Nie znajdę tarantuli w płatkach śniadaniowych, ani nie zaatakują mnie świerszcze, pełające w lodówce. Koniec z bitwami na śnieżki, czy też na bitą śmietanę. Żadnych więcej zakładów, ani jego radości z wygranej. Już nigdy go nie spotkam.
Żegnaj, bracie.
Zostawiłem go samotnego w zimnym marmurze. W dłoniach trzymał swój miecz. Cyderus- zrodzony z Ognia Piekielnego, zanurzony w Lethe. Błogosławiony przez Odyna. Z napisem Ku chwale ojczyzny- Quam in patriam, wyrytym na jelcu.
Podszedłem do drugiej trumny i zrobiłem to samo. Wiem, że Will nie zasługiwał na to, ale był królem. I jako taki hołd mu się należał. Nawet, gdy wszyscy byli przeciwko temu, aby umieszczać go w królewskiej części krypty. Sam nalegała, aby tam się znalazł, a jej decyzje nie podlegają dyskusji.
Ustawiłem się obok ukochanej i chwyciłem jej dłoń, splatając nasze palce ze sobą. Spojrzała na mnie, a ja poczułem pozytywną energię, którą we mnie przelewała.
- Zebraliśmy się tutaj, aby uhonorować tych dzielnych wojowników, którzy poświęcili swoje życie dla kraju- zaczęła.- Poświęcili je, aby uwolnić nas od zła. Oddali własne życie, abym ja mogła być tu dzisiaj z wami...



- Więc to wszystko wina Jonathana?- zapytała Lilith. W końcu byliśmy już u siebie. No przynajmniej niektórzy z nas. Ja wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że ten pałac będzie należał do mnie. Że będę wraz z Samanthą rządził tym krajem. Czy chciałem? Oczywiście, że nie. Nie byłem królem i nie należała mi się ta pozycja. Ale zrobiłbym wszystko dla niej. I jeśli ona pragnie być ze mną, z dumą zasiądę na tronie tuż obok niej.
- Tak przynajmniej on twierdził- odparła Sam.- Jonathan uwolnił Samaela, a ja byłam zbyt mała, aby oprzeć jego atak. Nawet nie zauważyłam, gdy zamieszkał w moim ciele.
- Ale to nie tłumaczy, dlaczego Tonny był w to zamieszany- stwierdziła jej matka. Nie lubiłem rozmawiać na ten temat, ale musieliśmy wyjaśnić pewne kwestie.
- Chęć zemsty?- zaproponowała.- Władza? Nie wiem, co go kierowało. Zanim Davina go zabiła, wyznał, że był synem Will'a. A jego matka...
- Tak wiem- przyznała.- To wszystko moja wina- westchnęła.- Według prawa musiał zostać ukarany. Nie mogliśmy dopuścić, aby nasze ludy się łączyły. Musieliśmy zachować czystość rasy, a Cecylia... Nie mogłam od tak jej zabić. Wybłagałam wygnanie, licząc, że odejdzie na Ziemię. Mogłam zabić Tonny'ego i nic z tego by się nie zdarzyło...
- Ja tak nie uważam- odezwałem się.- Każdy z nas popełnił jakąś gafę. Gdybyśmy coś zmienili, może nie spotkalibyśmy się w takim gronie? Już jest po wszystkim. Powinniśmy się cieszyć, że tak się stało, a nie inaczej.
- Masz rację- przyznała Sam i pocałowała mnie w usta, wtulając się w moje ciało.- Musimy zapomnieć o tym. Oni nie żyją, ale my tak. Czas zabrać się za odbudowę naszego domu.


SAMANTHA 


            Ten dzień, był strasznie męczący. Szczerze powiedziawszy, miałam już dość królowania, a to był dopiero początek... Ale wiedziałam, że dam sobie radę. To wszystko wydawało się straszne, tylko dla tego, że wciąż nie odzyskałam wszystkich sił. Ledwie doszłam do kaplicy, choć z powrotem niósł mnie Ezra...
- Sam!- zawołała za mną Lilith. Właśnie szłam do swojej sypialni, aby trochę odpocząć.- Zaczekaj!
- Tak?- przystałam na chwilę i ze zdziwieniem patrzyłam na nią.
- Możemy chwilę porozmawiać?- przytaknęłam.- Świetnie. Idziesz do sypialni?
- Jestem trochę zmęczona- przyznałam.
- To zajmie tylko chwilkę. Odprowadzę cię.
Minęłyśmy dziedziniec, a Lilith wciąż się nie odzywała. Cierpliwie czekałam, aż zacznie mówić. Wydawała się być bardzo spięta, a ja zaczęłam się denerwować.
- Sam...- westchnęła.- Chciałam cię przeprosić. Wiem, że nigdy mi nie wybaczysz tego co zrobiłam. Nie powinnam była cię zostawiać. Ale uwierz mi, proszę. Chciałam zostać. To była jedyna rzecz jaką pragnęłam, być przy tobie.
- Mamo...
- Nie dziwię ci się, że mnie nienawidzisz. Ja też bym nienawidziła swojej matki za to. Teraz, gdy to wszystko się skończyło, chciałabym nadrobić nasz stracony czas. Naprawić to co zepsułam.
- Mamo...
- Proszę cię... Nie każ mi tak żyć w winie. Nie wymagam, abyś to teraz zrobiła. Po prostu chce wiedzieć, czy istnieje szansa, na to, że mi kiedykolwiek przebaczysz.
Przytuliłam ją do siebie. Choć zaskoczona tym gestem, odwzajemniła go.
- Mamo- powiedziałam.- Ja już dawno ci wybaczyłam.
- N-naprawdę?- jęknęła.- Boże... jak to pięknie brzmi... Możesz mówić tak do mnie?
- Oczywiście, mamo- uśmiechnęłam się do niej.
Odstawiła mnie tuż przed własną komnatą. Droga nie była długa, ale zdążyłyśmy trochę porozmawiać. Czy jej rzeczywiście wybaczyłam? Może... Na pewno. Obydwie tego potrzebowałyśmy. Przez ostatnie dni zrozumiałam jak ważna jest rodzina. Jak ważne jest to, abyśmy żyli w zgodzie. Nie chciałam, aby mnie znienawidzili. To byłby absurd. Byli dla mnie zbyt ważni, abym mogła zrobić im coś tak złego. Już wystarczająco ich skrzywdziłam, chociaż moje odejście będzie najbardziej okrutną rzeczą, jaką im zrobię.
Ezra przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Schowałam twarz w jego pierś, wdychając przyjemny zapach. Chociaż był trochę zmieszany z piżmowym zapachem świec, które oblegały cały zamek.
- Wszystko w porządku?- zapytał zmartwionym głosem, wciąż gładząc dłonią moje plecy. Przyjemny dreszcz przeszedł przez moje ciało.
- Teraz już tak- wyznałam zgodnie z prawdą. Co było nie w porządku? Oprócz poczucia winy, które zżera mnie od środka, wszystko było w porządku.- Rozmawiałam z mamą...
- Mamą?- uśmiechnął się do mnie, a ja pacnęłam go dłonią w ramię. Roześmiał się.
- Wiem, że to dziwne. Ona wygląda na parę lat starszą ode mnie i jest mi głupio ją tak nazywać... ale myślę, że się do tego przyzwyczaję. Nawet mi się to podoba.
- A co z Luckiem?
Znowu oberwał ode mnie w ramię.
- Zobaczymy jak ty będziesz wołał na swoich teściów- powiedziałam, przybierając gniewny wyraz twarzy. Ezra roześmiał się i mnie podniósł, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Mama chce przeprowadzić się do Piekła. Pragnie znów być z ojcem...- wypaliłam przerywając nasz czuły moment. Ezra usiadł na fotelu, a ja na jego kolanach. Trzymał mnie w ramionach i nie zamierzał puścić, za co byłam mu bardzo wdzięczna. Najlepiej czułam się przy nim. Otoczona jego ciałem, wiedziałam, że jestem bezpieczna.
- Myślę, że mogłaby została, gdybyś z nią pogadała- stwierdził.
- Nie o to mi chodzi. Powinna tam iść. Tuż po mojej koronacji, uda się z nim do Piekła. Będzie szczęśliwa z Luckiem.
 Ezra się roześmiał. Jego śmiech był muzyką dla moich uszów. Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś dane nam będzie spędzić tyle przyjemnych chwil razem. A teraz byliśmy szczęśliwi. Razem.
- Myślisz, że damy sobie razem radę? No wiesz...- mruknęłam.- Jako nowi władcy? Cerisowiańczyk, który nie chce być królem i księżniczka, która nie wie nic na temat rządów.- Blondyn ponownie się uśmiechnął.
- Wiem, że nietypowa z nas para, ale myślę, że damy radę. Póki jesteś ze mną, wiem, że wszystko będzie dobrze. Kocham cię, Sam- znowu mnie pocałował. Schował twarz w moich włosach, wdychając ich zapach. Zamknęłam powieki, delektując się jego dotykiem.
- Ja ciebie też, Ezra.

piątek, 1 sierpnia 2014

Rozdział XX

Kochani :*
Zbliżamy się ku końcowi... Dzisiaj skończyłam pisać XXI rozdział. Został mi jeszcze jeden i epilog... Szczerze powiedziawszy, już od dawna chciałam skończyć tą historię. Nieraz z niecierpliwieniem czekałam na koniec. A teraz? Teraz wiem, że będzie mi jej strasznie brakować. No cóż... może coś pomyślę nad kontynuacją, ale najpierw w końcu skończę tego bloga :D I Piekielny dar...
Pozdrawiam
Seo :*
PS. Zapraszam na nowy blog Towarzyszka Śmierci, gdzie będzie odtwarzana historia z Ostatniego tańca w nowej, lepszej wersji :D

"Powstań lub polegnij"



SAMANTHA



-Nie!- krzyknęłam, choć wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy. Mój głos odbijał się echem w pustej przestrzeni, gdzie górowała tylko ciemność. Jednak świadomość, że ten drań rozkazał moim bratankom zabić własnego ojca, wzmocniła moją nienawiść. Myślałam, że dam radę. Nawet próbowałam, ale nie. Nie mogłam się teraz poddać. Nie, gdy to coś zaatakowało moją rodzinę. Mógł wybijać sobie ludzi do woli. Niektórych nadnaturalnych istot także, ale nie. Od mojej rodziny musi się trzymać z daleka. Nikt ich nie skrzywdzi. Nie, gdy ja jeszcze mam coś do powiedzenia.
Poddaj się... Poddaj się i patrz, jak zabijam jedno po drugim.
Wiedziałam, że to już koniec, ale będę walczyć. Swoje ostatnie chwile życia poświęcę na walce, aby przynajmniej oni byli bezpieczni.
Dasz radę, kochanie. Wierzę w ciebie...
Głos Ezry dudnił mi w głowie. On wiedział. Wiedział, że go słyszę.
Zrób to dla nas... Dla naszego dziecka...
Chociaż wiem, że to było niemożliwe, ale czułam, jak po policzku spływa słona łza. A to znaczyło, że...

****


             W pokoju zapanowała cisza. Jedynie można było usłyszeć świst wciąganego powietrza, przez rannych. Lilith wciąż się nie ruszała, ale jej energia nie zgasła. Pomimo ran, zadanych przez demona, ona nie poddawała się. Wytrzymała dłużej niż Władca Cerisu. To był kolejny dowód tego, iż korona należała się jej. W końcu władca powinien być potężny. Powinien dawać przykład innym, a także zapewniać im bezpieczeństwo.
             Ciało Samanthy zaczęło wić się na ziemi. Wplotła dłonie we włosy, dając wrażenie, jakby chciała je wyrwać. Usunąć coś, znajdującego się wewnątrz jej głowy. Jednak tego nie dało się zniszczyć. Prawowity właściciel ciała, upomniał się o swoją własność, a intruz nie chciał odpuścić.
Zbliżając się do linii pentagramu, dziwny chłód wydobył się z jej ciała. Zaciskała zęby, aby jej krzyk nie był zbyt głośny.
              Półdemon o blond włosach, powoli podnosił się z ziemi. Dłońmi chwycił za metal i wyciągnął go ze swojej nogi, powodując jeszcze większy krwotok. Jednak powoli rana sama się goiła, a on już pewniej stawał na zranionej kończynie.  Kulejąc, zbliżał się do ukochanej, która walczyła o wolność. Tuż przed nią, potknął się i upadł. Rana przestała się samoistnie goić. Coraz więcej krwi wydobywało się z niej, a półdemon czuł, jak uchodzi z niego życie. Ona nieświadomie wysysała z niego energię, a on nie miał już siły, aby jego moc go uzdrowiła. Powoli zamykał oczy ze świadomością, iż nie dał rady. Przez co, stracił wszystko, na czym mu kiedykolwiek zależało.


ŚMIERĆ



               Nie mogłem dłużej stać bezczynnie. Choć w głębi wciąż tkwiłem w nadziei, że sami rozwiążą ten problem. Jednak widziałem, że oni nie dadzą radę. Trzy osoby walczyły o życie, a reszta... zapewne nie długo też będzie toczyć tę walkę. Zrobiłem kilka kroków do przodu, kierując się do Ezry. On był w najgorszym stanie, a ja wiedziałem, że jeśli go nie uratuje, Sam nigdy mi tego nie wybaczy.
Stając tuż obok niego, dostrzegłem jak jego dusza próbowała wydostać się z ciała, a moja obecność nie pomagała w jej zatrzymaniu.
               Przykucnąłem i umieściłem swoją dłoń, która zmieniła się w czarną kulę dymu, w jego klatce piersiowej, ratując mu życie. Jego dusza zajęła swoje właściwe miejsce, a dzięki drobnej pomocy z mojej strony, została tam. Ezra zaczerpnął głęboki wdech, a ja byłem już pewny, że będzie żył.
Wstając, omal nie zderzyłem się z chłopce, który został rzucony przez Lucyfera. Zgromiłem go spojrzeniem. Król Piekła walczył z dziećmi, które demon porwał. I to była moja wina. Wszystko co tu się działo było moją winą. Schrzaniłem sprawę, nie dopilnowując więźnia. Chociaż on sam nie wydostał się za sprawą swojej mocy, tylko ktoś z zewnątrz mu w tym pomógł. Ktoś, kto już dawno temu powinien być martwy, a ja dopilnowałem, aby tak było.
- Nie rób im krzywdy- zwróciłem się do Szatana.- To dzieci Scott'a.
Zdążyłem dostrzec jeszcze jego wrogie spojrzenie. Był świadomy tego, że Sam i Scott byli dla siebie jak rodzeństwo, więc nie miał prawa skrzywdzić jej rodziny.
               Zanim wszedłem do pentagramu, spojrzałem jeszcze na wszystkich towarzyszy. Czułem ich strach i przerażenie. Obawiali się tego, co się stanie, choć dzielnie walczyli, próbując ją uratować.
Dotknąłem linię narysowanego znaku, a przede mną pojawiła się szklana osłona, która pękła, a jej kawałki runęły na ziemię. Zimny podmuch wiatru, wydostał się z jego wnętrza, omal nie zwalając mnie z nóg. Zamknąłem powieki, po czym głośno przełknąłem ślinę. Zrobiłem pierwszy krok do przodu, przerywając ich zaklęcie. Scott od razu pobiegł do Lucyfera, który walczył z jego dziećmi. Po zaledwie kilku tygodniowej nieobecności, chłopcy wyglądali niemal jak szesnastolatkowie.
               Patrick także ruszył mu na pomoc, a reszta chłopaków po prostu się zmyła. Amanda biernie przyglądała się Samancie, która wciąż walczyła ze sobą. Turlała się na podłodze, wyginając w różne, prawie niemożliwe pozycje. Co chwile można było usłyszeć dźwięk łamiących się kości. Nawet jak na mnie, tego było za wiele. Jako Kosiarz często zadawałem innym ból, nim zabierałem ich dusze na drugą stronę. Uwielbiałem pastwić się nad swoimi ofiarami, ale to wszystko było uzasadnione. Oni sobie na to zasłużyli, a ona? Ona nic nie zrobiła. Nie zasługiwała na to.
             Z kieszeni wyciągnąłem małą figurkę wilka, która po chwili spłonęła w mojej dłoni, uwalniając uwięzioną w niej duszę. Czarna chmura dymu, wypłynęła z mojej dłoni, kierując się do swojego prawowitego ciała. Dziewczyna z głośnym sykiem, wpuściła swoją duszę, po czym przez pokój przeszła fala energii, oślepiając wszystkich dookoła.



SAMANTHA




                Otwierając oczy, dostrzegłam, iż znajduję się w zupełnie innej komnacie niż przedtem. Była to jedna z wielu sypialni, które stały tu bezczynnie. Służba gnieździła się w kilku błogo urządzonych komnatach, gdzie tu sypialnie stały puste. Jednak nie to powinno teraz zaprzątać mojej głowy. Ciemna postać siedziała tuż naprzeciwko mnie. Demon zakaszlał, po czym ukazał swoje prawdziwe oblicze. Był piękny i młody. Liczył zaledwie dwadzieścia pięć lat. Ciemne włosy okalały jego zbolałą twarz. Delikatne rysy nadawały mu ostrości, a także w pewien sposób przerażały mnie. Kwadratowa szczęka współgrała z wysportowaną sylwetką. Ścisnęłam w dłoni kawałek metalu, który znalazłam pod kanapą. Próbowałam podnieść się i dokończyć swojego dzieła. Musiałam go zabić. Inaczej my wszyscy zginiemy. 
Zachwiałam się, gdy stanęłam na obydwóch nogach. Zataczając się do tyłu, dostrzegłam obraz wiszący na ścianie. Moje serce zabiło szybciej, gdy uświadomiłam sobie, z kim mam do czynienia. 
- Zabijesz własnego ojczyma?- zarechotał, a ja jeszcze mocniej ścisnęłam ostrze w dłoni, czując jak krew spływa po mojej skórze. 
- Jesteś dla mnie nikim- wyznałam, zbliżając się do niego.
- O nie, młoda damo. Tak łatwo ze mną nie wygrasz- nim się obejrzałam, on już stał przede mną, a jego dłonie zacieśniły się na moich ramionach. Delikatnie mnie popchnął, a ja przeleciałam kilka metrów do tyłu. Chwycił sofę, z której wyrwał drewnianą nóżkę i ponownie stanął przede mną.
- Chciałem być miły- zaczął.- Nawet próbowałem być taki. Twoja śmierć mogła być krótka i bolesna. A teraz będę pastwił się nad tobą tak długo, póki nie przyjdzie Kosiarz i nie zabierze cię do Tartaru. Chyba, że wolisz Pustkę- uśmiechnął się, po czym zatopił drewno w mojej nodze. Ścisnęłam dłonie, czując ten ból. Przez palce, również zatopione w moim ciele, wydostawały się iskry, paląc mnie od środka. 
- Czego... ty właściwie chcesz- wysapałam, czując jak uchodzi ze mnie życie.
Demon pochylił się nade mną, szepcząc do ucha.
- Twojej śmierci- wyciągnął drewno, chcąc zadać mi kolejny ból, jednak ja go uprzedziłam. Dźgnęłam go metalem, który trzymałam w dłoni. Syknął, a ja dostrzegłam, że przedmiot, wystający z jego piersi, świeci na niebiesko. To światło przypominało mi napis z jaskini, w której był uwięziony. Tym razem ja zaczęłam go atakować. Chwyciłam szpadle, zdobiącą ścianę tuż nad kominkiem, i wbiłam w jego klatkę piersiową. Demon zwinnie wyciągnął ostrze, nawet się nie krzywiąc. Metalową broń odrzucił na bok, po czym zaczął mnie atakować gołymi dłońmi. Co chwile czułam uderzenia w ramiona, które miałam najbardziej zranione. Czasami też wbijał mi palec w ranę na nodze, która powoli się goiła. Bolało jak diabli, ale nic nie można było porównać z bólem, jakim zadawałam swoim ofiarą. To w porównaniu do nich, to nic. Drobne ukłucia igłą.
                 Demon zamachnął się, a ja dostrzegłam moment, który mogłam wykorzystać przeciwko nim. Chwyciłam dłonią jego ramię, po czym skierowałam całą energię na tą czynność. Dzięki temu, że staliśmy tuż pod ścianą, mogłam odepchnąć się od muru. Drugą dłonią złapałam za wolne ramię, i odpychając się od ściany, rzuciłam nim resztkami sił. Demon zaraz się podniósł, powodując u mnie falę przypadkowych kopnięć. Celowałam w metal, wciąż tkwiącym w jego piersi. Gdybym zdołała porządnie go wbić, mogłabym go osłabić na tyle, na ile wystarczyłoby mi zadać ostateczny cios. Jednak, gdy już wbiłam ostrze, poczułam silne uderzenie w tył głowy, które spowodowało iż przed oczami zagościła mi ciemność.


SAMAEL


          Zakaszlałem, a z moich ust wydobyła się struga czerwonej cieczy. Wytarłem ją dłonią. Podniosłem się, chcąc zobaczyć co takiego zatrzymało tą małą gnidę, przed zabiciem mnie. Niemal wybuchłem śmiechem, dostrzegając jej przyjaciela. Pewnie byłego przyjaciela, patrząc na okoliczności. 
Ciemnowłosy odrzucił belkę, którą znokautował Sam i uśmiechnął się do mnie.
- Niezłe wejście- mruknąłem, próbując utrzymać równowagę. Ta mała jędza nieźle mnie poturbowała.
Półdemon zamachnął się w moją stronę, powalając mnie na ziemię. Byłem już wykończony tą całą walką. Po raz kolejny zakrztusiłem się krwią. Tonny wyciągnął do mnie rękę, a z jego dłoni wydobyła się czarna smuga. Złapany w jej sidła, czułem jak moja energia się łączy z ciałem tej marnej imitacji demona. Przynajmniej dzięki niemu miałem szansę przetrwać. Nie wszystko jeszcze było stracone.


SAMANTHA


     Poczułam silny ból, pulsujący z tyłu mojej głowy. Dotknąwszy zranionego miejsca, znalazłam krew na dłoni. Przewróciłam się na plecy, po czym powoli usiadłam, opierając się o jakiś mebel. Nie wiedziałam jak długo byłam nieprzytomna, ale musiałam szybko stąd uciec. Gdy już powoli powracała do mnie energia, dostrzegłam mojego przyjaciela, stojącego nieopodal mnie. Byłam mu wdzięczna za pomoc. Gdyby nie to, że pojawił się w tej komnacie, ten demon mógłby mnie zabić.
- Gdzie Samael?- Chrypnęłam w jego stronę. Tonny jakby się ocknął i odwrócił w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się uśmieszek, a ja uzmysłowiłam sobie, co się stało.
- Jest tutaj- odparł zadowolony z siebie. Spojrzałam mu w oczy, widząc znajomy błysk. Gdy tak stał, wiedziałam, że czyha na moją duszę. Chce mnie zabić. A raczej pogrążyć w głębokim śnie tak, jak inne istoty, którym zabierał energię.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak długo czekałem na tą chwilę- zrobił kilka kroków w moją stronę.- Przez wieki musiałem znosić waszą obecność. Płaszczyłem się i usługiwałem wam, chociaż to wy powinniście mi służyć!- pod wpływem gniewu rzucił stołem. Słyszałam jak głośno dyszał, próbując się uspokoić.
- Tonny... o czym ty mówisz?- wybuchł śmiechem.
- Jestem taki jak ty, Sam. Zrodzony z demona i Nefilima. Mam takie same prawa do tronu, jak ty! Taką samą moc!
- Nie, Tonny. Nikt z nas nie ma prawa do tego pieprzonego tronu! Po co ci ta władza? Chcesz być taki jak Will?
- Ja jestem taki jak on- odparł cicho.- Gdyby nie mój kochany tatuś, żyłbym w pałacu. Miałbym rodzinę, normalny dom... A nie wychował się w sierocińcu!- zrobił krótką przerwę.- Ojczulek w końcu dostał to, na co zasłużył. I dzięki twojej pomocy, mogłem go w końcu zabić.
- O czym ty mówisz? Przecież...
- Nie zabiłaś Will'a. Ogłuszyłaś go. Wprowadziłaś go w głęboki stan letargu, ale nie zabiłaś. Ja to zrobiłem- wyciągnął z pochwy, przyczepionej do pasa, krótki sztylet z zaplamionym ostrzem. Czy była to krew Will'a? Nie wiem, ale myślę, że mówił poważnie. Zabił go. Nie ja, tylko on to zrobił.- Wiesz co on zrobił? Co zrobił mi i matce?- Miałam ochotę odejść stamtąd. Taka gadka mnie denerwowała. Szczerze powiedziawszy, nie interesowało mnie to, czego on chciał. Co stało za jego zmianą, miałam głęboko gdzieś. W moim długim życiu byłam nie raz porywana, torturowana czy po prostu z kimś walczyłam. Za każdym razem umierałam z nudów, słuchając co kierowało danego demona do popełnienia czynu. Czułam się, jakbym grała w jakimś kiepskim starym horrorze, gdzie zawsze dochodziło do tego, iż oprawca dzielił się swoim planem ze swoją ofiarą. Tym razem było identycznie. Tonny miał nade mną przewagę. Ale im dłużej tak stał i gadał, tym więcej energii odzyskiwałam.- Szkoda, że sam ci tego nie powiedział. Zaatakował to królestwo, tylko po to, aby zabić twoją matkę. Nie spodziewał się, że tyle osób stanie po jego stronie. Chciał się tylko pozbyć tej suki. A tak naprawdę nie pozbył się nikogo. Jonathan uciekł, zaraz po tym jak uwolnił Samaela, a ona zniknęła, zostawiając ciebie w rękach Śmierci. Wszystko to dla pieprzonej miłości, rozumiesz?- zaśmiał się gorzko.
Miłość. Łzy zagościły w moich oczach. Rozumiałam go. Ja dla miłości poświęciłam wszystko. Chociaż może i byłam tchórzem, patrząc na to, że uciekłam, zostawiając ich samych. Nie chciałam walczyć. Chciałam po prostu, aby oni byli bezpieczni, a ja... mogłam być ceną za ich życie. Długo szukałam rozwiązania, a zawarcie paktu ze Śmiercią było jedyną opcją.
- Will zakochał się w służce, którą kazano wygnać z królestwa. Zhańbił nasz ród, bo moja matka nie pochodziła stąd. Była Nefilimem, pochodziła z Patersu. Wygnano ją, a ten idiota myślał, że przez Lilith została zabita. Urodziła mnie, oddając przy tym swoje życie. Znaleźli mnie jacyś chłopi i sprowadzili tutaj, gdzie... no sama zobacz! Jestem tym kim jestem! A skoro on został królem, ja mam całkowite prawo do tego tronu!
- Nie. Ty nie masz prawa tutaj być. Powinieneś gnić w więzieniu, albo być martwy. Ani ty, ani twój ojciec nie zasługujecie na to. Nie widzicie, że cierpi na tym cały kraj? Tylko po to, żeby mieć władze?
- Oj, Sam- przejechał dłonią po moim policzku.- Ty nic nie rozumiesz. Mam w dupie to co stanie się z nimi. Wystarczy, że tylko zdobędę twoją duszę, a oni wszyscy będą martwi.
Chwycił moją dłoń, a ja czułam, jak wszystkie moje kończyny są sparaliżowane. Nie miałam siły, aby się ruszyć z miejsca. Tonny sztyletem rozciął moją rękę, a strumień szkarłatu spływał po skórze.
- Nigdy nie zrozumiałem, jak to możliwe, że twoja krew ma właściwości regeneracyjne. Doszedłem do wniosku, że to musi być za sprawą Lucyfera. W końcu anielska krew ma takie możliwości, tylko myślałem, że po jego upadku to zniknie. A jednak się myliłem. Nawet trochę będzie mi ciebie szkoda...- zaśmiał się, po czym machnął dłonią, chcąc wbić ostrze w mój brzuch. Tuż przed zetknięciem metalu z moim ciałem, chwyciłam ostrze, rozcinając sobie dłoń, co go jeszcze bardziej rozbawiło.- No oczywiście. Słyszałem jak Ezra chwalił się, że będziecie mieli dziecko. Jaka szkoda, że on nie żyje. Chociaż nie do końca... Ty i dziecko też będziecie martwe.
- Kłamiesz- wykrztusiłam.- On żyje...
- Nie, złotko. Sama go zabiłaś.
Miałam do wyboru dwa wyjścia. Mogłam się już teraz poddać. Pozwolić mu się zabić. Siebie i dziecko, licząc, że chociaż po drugiej stronie znajdę swojego ukochanego. Albo walczyć. Co zapewne zrobiłby Ezra. Walczyć do końca. To właśnie zdecydowałam się zrobić. Nawet jeśli byłam na straconej pozycji, nie chciałam się od tak poddać. Teraz musiałam żyć nie tylko dla siebie, ale i też dla naszego maleństwa.
Tonny wbił mi palce w ranę, a z jego rękawa zaczęła wydobywać się czarna chmura. Szykował się do odebrania mi duszy.
- To już koniec. Chociaż i tak jestem pod wrażeniem. Myślałem, że wcześniej zginiesz. Przynajmniej oszczędziłabyś mi zbędnego wysiłku. Mogłem od razu pochłonąć duszę Samaela i twoją. Musiałbym jedynie zakraść się do Śmierci i ciebie znaleźć.
Przymknęłam na chwilę powieki. Musiałam skupić swoją energię. Ostatnimi siłami odepchnąć go od siebie.
- Nie walcz, złotko. Jeszcze tylko chwila i...- syknął cicho. Otwierając oczy zauważyłam, że z jego ciała wystaje coś metalowego. Jego serce zostało przebite przez miecz, wykonany z niebieskiego metalu. Oprawca przeciął jego ciało, wydobywając ostrze. Krew ściekała po broni, plamiąc dywan. Tonny opadł na kolana, po czym przewrócił się na bok, topiąc się w kałuży własnej krwi. Odetchnęłam głośno z ulgi, spoglądając na mojego wybawiciela. Dziewczyna stała, trzymając miecz w dłoni. Delikatny dym wydobywał się z jej palców. Metal parzył jej skórę, ale ona wciąż była gotowa zaatakować go, gdyby jakimś cudem przeżył. Podniosłam się.
- Davina...- jęknęłam, po czym opadłam w jej ramiona, zamykając oczy w głębokim i długim śnie. 

piątek, 25 lipca 2014

Rozdział XIX

Dziękuje Mrocznej za nominację do LBA :*




EZRA




                Ustawieni przed teleportem, sprawdzaliśmy czy wszystko zabraliśmy ze sobą. Wszystkie stroje zapakowane w torbie, którą niósł Natte, składniki do  rytuału pilnował Patrick, matka Sam strzegła kryształu, którego przetopiliśmy na coś, przypominającego oszlifowany kamień, płaski z jednej strony- idealnie nadający się na naszyjnik. Tonny miał pilnować Amandy, która za żadne skarby nie chciała zostać w domu. Ja zaś musiałem wszystkiego dopilnować. Czekała mnie jeszcze rozmowa z Will'em, który obiecał nam pomóc. No i musiałem mieć oczy otwarte, gdyby Śmierć zechciał nas odwiedzić. W końcu on też należał do potężnych demonów, a raczej znajdował się na samej górze, jednak był on nieosiągalny dla jej mocy.
- Ruchy dziewczynki!- Krzyknął Natte, pocierając nerwowo dłonie. Chyba wszyscy byliśmy w tej chwili nerwowi. Nie wiedzieliśmy co przyniesie jutro, a popełnienie najmniejszego błędu niosło ze sobą śmierć.
Cóż za ironia...
- Wszystko mamy?- Zapytałem dla pewności. Każdy ponownie sprawdził zawartość swoich toreb i, gdy skończyli, skierowali swój wzrok na mnie.- Dobrze, więc możemy iść.
Lilith wyszła z szeregu i dłonią naznaczyła kształt portalu, który miał nas przenieś do Cerisu- oczywiście za zgodą Króla. Delikatny podmuch wiatru, musnął moje ciało. Zachwiałem się, stawiając krok do przodu. Inni podążyli za mną. Czułem się dziwnie przechodząc przez portal, stworzony przez Lilith. Zwykle przedostawaliśmy się za pomocą pyłku, albo eliksiru, ale jej przejście jak i przejścia Sam były inne. Wydawałoby się, że przedostaje się przez wodną ścianę, której wnętrze łaskotało moją skórę. Woda była błękitna, a w jej środku przemieszczały się jakieś kształty. Zrobiłem kilka kroków i znalazłem się w innym świecie. Gdy zawroty głowy ustały, otworzyłem oczy, ale zaraz je zmarszczyłem, widząc wszędzie ustawionych strażników.
- Co do...- nie dokończyłem, gdyż poczułem pchnięcie z tyłu pleców. Moi przyjaciele także przedostawali się przez portal, a ja musiałem zrobić im miejsce. Ale ci strażnicy mnie zmartwili.
- Król nie chciał ryzykować- wyjaśnił jeden ze strażników. Posłał mi przepraszające spojrzenie i odsunął się, robiąc mi przejście.
- Idziemy- rzuciłem przez ramie, idąc w głąb zamku. Podążyli za mną, a wraz z nami ruszyli także strażnicy.



LILITH


            Weszliśmy do pustej sali. Właśnie tu miał się odbyć rytuał. Pomieszczenie to należało do części niewyremontowanej zamku, którą jeszcze za czasów mojej kadencji nie dokończono. Była wielka. I pusta. Rzuciliśmy nasze rzeczy w kąt i zajęliśmy się przygotowaniami. Amanda wyciągała i rozwieszała nasze stroje na bal, a reszta skupiła się na zaklęciu. Tonny zaczął rysować pentagram, po których liniach nasz lekarz rozsypywał po nim cytr- metal z Piekieł zmieszany ze zasuszoną krwią mojej córki. Miało to na celu utrzymanie jej w tym znaku. Przynajmniej na tak długo, póki nie odbiorę jej mocy.
- Patrick i Tonny- odezwał się blondyn.- Wy tutaj zostaniecie i przygotowujecie wszystko do rytuału. Reszta ma się przebrać i udać się na bal.
Sięgnęłam po mój strój. Tak jak i Amanda, przebrałam się za czarnego kruka. W końcu to był bal maskowy. Wybrałyśmy te same stroje, aby łatwiej było nas znaleźć i rozróżnić od innych. Moja czarna, falbaniasta suknia, do której na plecach przyczepione były wielkie pierza w tym samym kolorze. Maska była zwykła, z srebrnymi obwódkami, do której także przyczepiliśmy pióra. Zawiesiłam naszyjnik na szyi, wiedząc iż nikt go nie rozpozna, a mi łatwiej będzie go pilnować.
Zakładając po drodze rękawiczki, wyszliśmy, kierując się na przyjęcie. Po drodze minęliśmy wielu gości. Wyczuwałam ich moc, choć oni byli nieświadomi tego, kim jestem. Była Królowa w swoim ojczystym kraju. Otoczona zdrajcami i oszustami, którzy porzucili ją w największej potrzebie. Ale czy właśnie to mi się nie należało? Czy sama nie byłam zdrajcą? Miałam być odpowiedzialna, a sama zatraciłam się w miłości, choć nie powinna być ona ważna. Przynajmniej dla nas, władców. Dlatego też nie popełnię tego samego błędu z moją córką. na powinna być szczęśliwa i wolna. Przy Ezrze, jej największej miłości. Zrobię wszystko, aby byli razem. W końcu mieli stworzyć rodzinę, a ja zostanę babcią!
Każdy ze służby przystrojony był w złoty szustokor i obcisłych brązowych spodni. Na ich włosach widniały białe peruki, a twarze zdobiły zwykłe białe maski z ptasimi dziobami. Właśnie dwóch tak przystrojonych osób przywitało nas tuż przed salą.
Zeszliśmy po schodach, próbując wmieszać się w tłum. Demony były przystrojone w różne ptaki. To akurat była nasza tradycja. Te majestatyczne zwierzęta, władcy powietrza od wieków były przez nas czczone. Delikatne i zarazem potężne. Właśnie tak przedstawiano kobiety w takich balach. Mężczyźni zaś oddawali cześć wilkom, a w naszym świecie żyło ponad sto gatunków tych czworonóg.
- Piękny wystrój- zachwycała się jedna z demonic, stając obok mnie. Podążyłam za jej wzrokiem. Szczerze mówiąc, nie zwróciłam większej uwagi na wystrój, póki ona nie zagadnęła do mnie.
O dziwo, wnętrze kopuły wykonane było z luster, a w nich odbijali się goście, wraz z potężnymi, kryształowymi żyrandolami. Przy ścianach przyczepiono świeczniki. Wszystkie dodatki wykonano ni to z brązowego koloru, ni to złoty. Może trochę przypominał krwistą miedź?
Drewniana podłoga zaskrzypiała pod naszym ciężarem. Schowałam się za kolumną, do której doczepiono herbaciane orchidee. Chciałam jak najdalej uciec stąd. Teraz już nie czułam się tak swobodnie jak przed chwilą. To pomieszczenie mnie wręcz osaczało. Wyszłam na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, chwytając po drodze kryształową lampkę z różowym płynem. Wypiłam go jednym łykiem i odstawiłam lampkę na kamienną bajerkę tarasu.
- Za dużo wrażeń?- Podeszła do mnie ta sama demonica co wcześniej.- Zawsze podobały mi się jego bale. Były takie ekskluzywne i... bogate. Wszędzie górował przepych, a teraz? Lekko ustrojona komnata, kilka rozrzuconych kwiatków. Nic szczególnego.
- Według mnie jest pięknie. Ubogo i spokojnie- stwierdziłam dla świętego spokoju.
- Pierwszy raz na jego przyjęciu?- Przytaknęłam.- Żałuj. Są na prawdę zjawiskowe.
Sięgnęłam po kolejny kieliszek.
- Uważaj z alkoholem- ostrzegła moja nowa znajoma, która coraz bardziej zaczęła mnie denerwować. - Potrafi szybko uderzyć do głowy- zachichotała.- Jesteś demonem? Czy półdemonem?
- Moja rodzina wywodzi się z pierwszych rodów półdemonów. Demoniczna krew pewnie już przytłumiła moją ludzką stronę- wyjaśniłam ogólnikowo. Proszę... odczep się ode mnie...
- Imponujące- przytaknęła.- Ale to wciąż półdemon... Może pochwalisz się z kim przyszłaś? Raczej nie wpuszczają tu byle jakiego plebsa.
Co za wredna jędza!
- Jest ze mną- obydwie odwróciłyśmy się, słysząc czyiś głos za sobą. Był twardy i stanowczy, ale jednocześnie miękki i czuły. Oczywiście rozpoznawalny dla kogoś, kto zna go tak dobrze jak ja.
- Władca Piekieł w Cerisie- prychnęła demonica.- Akurat.
Wiedziałam, że to on. Czarne włosy okalały maskę, przypominającą Syksa- mojego wilka. Widziałam jego piękne i zabójcze spojrzenie.
W ciemnym habicie wyglądał słodko, ale i też śmiesznie. Zawsze rozwalały mnie męskie stroje z poprzednich epok. On- wysoki, umięśniony demon, przepełniony mroczną energią, w stroju przypominający piżamę ówczesnych, ziemskich maluchów.
Ściągnął maskę, a moim oczom ukazała się piękna twarz. Jego rysy złagodniały przez te ostatnie dni, ale wciąż był straszny- przynajmniej dla nich. Wiedziałam, że przy nim jestem bezpieczna. Zawsze taka było. Uśmiechnął się zalotnie, a w oczach zagościł figlarne iskierki. Zachichotałam.
Moją towarzyszkę zamurowało.
- Och!- Odezwała się w końcu.- Proszę o wybaczenie, Panie- skinęła lekko głową. Szydziła z Lucyfera co, ani mi, ani jemu się nie spodobało.
- Arrioch- rzekł niemal z obrzydzeniem.- Dla własnego dobra, radzę ci stąd odejść. Dzisiaj jestem w dobrym humorze, więc daruję ci życie- wiedziałam, że kłamie. Zdradzało go to spojrzenie i cienie, chowające się za nim. Ona zaraz zginie, a mi to było nawet na rękę.
Demonica, potykając się o własne nogi, uciekła z tarasu, a za nią podążyło kilka Cienii.
Żegnaj, Arrioch!
- Wyglądasz... pięknie- chwycił mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Złożył delikatny pocałunek na moim policzku, a następnie czułam jak całuje mnie w linię szczęki, po czym spoczął na moich ustach. Długi i namiętny pocałunek. Tak przyjemny, że mogłabym stać tak wiekami.- Niech mnie Piekło pochłonie, ale naprawdę wyglądasz przepięknie. Moja przyszła Królowo...- szepnął mi do ucha.
- Twoja- potwierdziłam jego słowa, które tak przyjemnie brzmiały, gdy je wypowiadałam.- Co tu robisz? Myślałam, że nie zniżysz się do takiego poziomu.
- Hej! To ja tu jestem najgorszą szują- zaśmiał się gorzko.- Musiałem cię zobaczyć- znów mnie pocałował.
- Proszę...- zaprotestowałam z niechęcią. Musiałam wracać do środka i wypatrywać Sam. A on mnie tylko rozpraszał. Tak też mu powiedziałam.
- Jestem tutaj, aby wam pomóc. Musimy uratować naszą córkę- objął mnie w pasie i pociągnął  do środka. Ledwo co weszliśmy z powrotem do sali, a przez moje ciało przebiegł dreszcz.


EZRA


    Widzę ją. Albo to nie ona? Chociaż wygląda jak moja Sam... Piękna jak zawsze, ale w głębi wiem, że to tylko złudzenie. To nie ona, tylko jej ciało. Iluzja, mająca na celu zmiękczenia nas, abyśmy przestali walczyć. Choć nie wie, że ja nigdy z niej nie zrezygnuję. Obiecuję ci to, Sam. Zawszę będę walczył o naszą miłość.
Gdy mnie spostrzegła, na jej warzy zawitał uśmieszek. Wyglądała pięknie. Jej strój składał się z krótkiej białej sukienki, sięgającą zaledwie do połowy ud, a z tyłu rozciągał się długi , falbaniasty tren.  Jej strój był biały z drobinkami srebra po bokach. Na gołych plecach znajdowały się białe skrzydła. Czarne włosy upięła w kitkę, przez co wyglądała jeszcze bardziej zabójczo. Wiśniowe usta dodatkowo pomalowała czerwoną szminką, a oczy zasłonięte białą maską, wyglądały na jeszcze bardziej tajemnicze niż zwykle. Idąc do mnie, chwyciła kieliszek z różowym szampanem, którego wypiła jednym łykiem. Czerwony ślad jej szminki został na naczyniu, gdy odstawiała go na tacę jakiegoś służącego.
- Tęskniłeś?- Zapytała, stając obok mnie. Chciałem ją przyciągnąć do siebie. Zamknąć w szczelnym uścisku i powiedzieć, że wszystko jest już dobrze. A ja zadbam o to, aby tak było.
Tylko, że to nieprawda. To nie moja Sam, a ja nie jestem w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa.
- Czego chcesz?- Mój głos był spokojny i opanowany. Na szczęście. Nie mogłem przecież zdradzić naszych planów, bądź cokolwiek, co by mogło ją zaniepokoić.
- Hm... Wiesz co symbolizuje łabędź?- Jeszcze raz spojrzałem na jej strój. Rzeczywiście. Teraz dostrzegłem podobieństwo do tego ptaka. To chyba dobrze?
- Piękno.
Zachichotała.
- Też. Jest także symbolem wieczności i... śmierci. Cóż, bardzo trafny strój, nie uważasz?
- Czego chcesz?- Ponownie zapytałem, tylko tym razem surowiej niż wcześniej.
- Och! Co za kultura! Przepraszam, ale nie przedstawiłem się należycie- zgięła się lekko w połowie, robiąc przede mną delikatny ukłon.- Jestem Samael. Upadły, Anioł Śmierci. Teraz chyba rozumiesz związek?
- To nie zmienia faktu, że nie powinno cię tu być.
- Za grosz kultury- zachichotała.- Nie wiem co ona mogła w tobie widzieć, bo oprócz urody, niczym nie błyszczysz.
- A jednak coś ją do mnie ciągnęło.
- I nadal ciągnie- zapewnił.- Wciąż słyszę jej głosik w swojej głowie, który cię woła. Naiwnie wierzy, że uda ci się ją uratować. Ale my obydwoje wiemy, że to prawie niemożliwe. Prawda, Estesie? Ona już jest martwa. Ale jednak jest szansa. I chce ci w tym pomóc.
- Kłamiesz- odparłem szybko. On kłamie... Chce namieszać mi w głowie...
- Nie. W tej kwestii, akurat mówię prawdę. Istnieje szansa na ratunek. I ty wiesz o tym najlepiej. Widziałeś jej duszę...
Zamarłem. Skąd on to wiedział?
-... Nie myśl, że jestem tu dobrowolnie. Ja także jestem więźniem w tym ciele i chce odzyskać wolność.
- Co mam zrobić?
- No! Teraz mówisz od rzeczy- sięgnęła po kolejną lampkę z szampanem, ale tym razem trochę nad nim sączyła.- Musisz zdobyć jej duszę. Nie mogę opuścić jej ciała, póki nie znajdę duszę w zamian za moją. Oczywiście mogę wybrać jakiegoś padalca i umieścić go w jej ciele, ale myślę, że zasłużyła sobie na szczęście. W końcu powinniście być razem- w tle zaczął grać kwartet smyczkowy. Piękna muzyka do walca zaczął łaskotać moje uszy.- Do ciebie należy decyzja.
- Potrzebuję chwili...- wymamrotałem.
- Świetnie. Zatem nie masz nic przeciwko, na krótki taniec?- Chwyciła moje dłonie i pociągnęła na środek sali.
Ten taniec... był niesamowity. Choć wiedziałem, że to nie z Sam tańczę, ale tańczyła tak jakby ona... Każdy jej ruch, gest, wyglądał jakby prawdziwy. Czułość, z jaką ze mną postępowała, tak bardzo przypominała mi ją... Gdy skończyła się muzyka, wszyscy niemalże stanęli w jednym miejscu, spoglądając na lustrzany sufit. Nie wiadomo skąd, zaczęły spadać czerwone płatki róż, które tuż przed dotknięciem podłogi, zmieniały się w czarne róże. Na ścianach pojawiły się płomienie, spalając zwykłą tapetę. Na jej miejscu pojawiła się nowa, piękniejsza. Cały ubogi wystrój zmienił się diametralnie. Teraz górowała elegancja. Stąpaliśmy po podłodze pełnej czarnych płatków, a wokół nas panował srebrzysty wystrój. Mozaika pojawiająca się niemalże znikąd. Przypominała obraz podobny z książki Kruk, a dokładnie pałacu ze snów Poego. Tylko w bardziej ekskluzywnym wykonaniu.
- Ezra...- szepnęła, a ja zesztywniałem.- Nie rób tego.
- Sam- w oczach zagościły mi łzy.- To naprawdę ty.
- Musisz uciekać. On cię skrzywdzi.
Przyciągnąłem ją bliżej siebie i złożyłem delikatny pocałunek na jej ustach.
- Nic się nie martw. Odzyskamy cię.
- Nie, Ezra.  To...- zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, wiedziałem, że powrócił ten demon.
- Wybacz- uśmiechnął się.- Nie mogłem na dłużej ją przywołać. To zbyt bolesne dla nas obydwóch.
- Zrobię to- zapewniłem.- Chce ją odzyskać.
- Świetnie. W takim razie spotkamy się w jej komnacie za dziesięć minut. Chcę jak najszybciej opuścić jej ciało- odeszła ode mnie i zniknęła w tłumie demonów.
Gdy już początkowy szok minął, a ja w pełni odzyskałem świadomość, ruszyłem, aby zabrać ich ze sobą.


- Wszyscy gotowi?- Zapytałem dla pewności. Musiałem wszystko przypilnować, aby nie popełnić żadnego błędu.
- Ezra, uspokój się- zbeształa mnie Lilith.- Wszystko pójdzie po naszej myśli. Musisz tylko ją tu zaciągnąć.
- Jeszcze tylko kilka minut, Sam- szepnąłem, kierując się do jej komnaty. Po drodze minąłem wiele demonów. Część z nich była pijana i nikt nie zdawał sobie sprawy, że zaraz dojdzie do krwawej jatki. Chociaż chciałem uniknąć jak najwięcej rozlewu krwi.
- Cieszę się, że przyszedłeś- powiedział, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia. Siedział na kanapie, a moje serce się krajało. - Jaka jest twoja decyzja?
- Zgadzam się. Zrobię wszystko, aby ją uratować.
- Dogadamy się- zapewnił.- Ale musimy się pośpieszyć. Trzeba jak najszybciej zdobyć jej duszę.
- O to się nie martw- zapewniłem.- Otworzę portal i wydostanę ją od Śmierci.
- A co z tym parszywcem?- Syknęła, wstając.
- Lilith zajmie się nim. Nikt nam nie przeszkodzi.
- Świetnie- na jej twarzy zagościł uśmiech. Dzisiaj ją odzyskamy. Dłużej nie wytrzymam tej rozłąki.- W takim razie prowadź.
Minęliśmy kilka kolejnych sal, a dziewczyna dumnie za mną kroczyła. Trochę się niecierpliwiła, więc musiałem szybko działać. Myślał, że ulegnę jego idiotycznemu pomysłowi? Nawet nie wiedział jak bardzo się myli.
- Przepraszam- bąknąłem, wyciągając w jej stronę rękę. Jej twarz szybko zbledła, dostrzegając biały proszek w mojej dłoni.
- Co...- zaczęła, w momencie, gdy dmuchnąłem nim prosto w jej twarz. Zakaszlała, po czym straciła przytomność.
- Szybko!- Krzyknąłem, a chłopaki wyszli z komnaty.- Mamy jeszcze parę sekund- obydwoje wzięli ją pod ramiona i jak najszybciej zaprowadzili do narysowanego pentagramu. Nieprzytomne ciało położyli na samym środku. Ustawiliśmy się w ramionach gwiazdy. Lilith, drżącymi rękami zbliżyła się do niej z odłamkami kryształu. Zaczęła mamrotać pod nosem ciąg niezrozumiałych dla nas słów. Magiczny przedmiot w jej dłoni, zaczął świecić, po czym złączył się w całość, tworząc swój pierwotny wygląd. Chociaż brakowało mu jednej części, której zapewne Will nosił, tworząc nim swoje wojska. Ciało Samanthy także zaczęło świecić, a jej matka spojrzała mi w oczy. Coś się nie zgadzało. Widziałem wyraz jej twarzy, który nie do końca był pewien swoich poczynań. Nagle wszystko zostało przerwane przez wyraźny śmiech opętanej. Zastygliśmy w bezruchu. Powinna jeszcze spać!
- Głupcy- zarechotała.- Myśleliście, że tak łatwo się poddam?
- Nie wygrasz z nami- doszedł do nas głos Króla. Dziewczyna jeszcze głośniej się zaśmiała.
- Powinieneś przystać na moją propozycję, Ezra. Teraz dzięki tobie jej śmierć będzie powolna i bolesna. Bardzo bolesna.
Nim się postrzegłem, chwyciła swoją matkę za dłoń, w której trzymała kryształ. Lilith głośno jęknęła z bólu, jednak gestem dłoni zabroniła nam ruszać się z miejsc. Przynajmniej tak mogliśmy zapewnić jej jakieś bezpieczeństwo. Dzięki temu, że staliśmy wokół pentagramu, przelewając w niego nasze moce, tworzyliśmy barierę, uniemożliwiającą ucieczkę jej z tego miejsca.
Była królowa upadła na podłogę. Jej córka pochłaniała jej moc, a my nie mogliśmy nic zrobić. Sama nam to zabroniła. Jednak Will, o dziwo, ruszył jej na pomoc. Przekraczając linie narysowanego koła, także wpadł w jej sidła. Opadł na podłogę, tak jak jej matka. Teraz z obydwóch wysysała energię.
- Patrick!- Ryknąłem z dezaprobatą. Dostrzegłem desperację w jego oczach. Przygotowaliśmy się na wszystko. Tylko nie na to, że ani proszek, ani kryształ nie zadziałają.
- Wystarczy!- Krzyknął Śmierć, tuż po tym jak pojawił się obok mnie.- Samaelu, już dość krzywd narobiłeś.
- Chce jej duszę- warknął.- Inaczej oni wszyscy zginą.
- Nie, póki ja tu jestem.
Jego ostatnie słowa napawały ją jeszcze większą radością. Wyciągnęła do Will'a rękę, a on głośno zawył z bólu. Jednak krótko. Po chwili jego bezwładne ciało padło na ziemię. Stałem i z niedowierzaniem patrzyłem jak on ginie. Miałem wrażenie, że był on kawałkiem kruchego patyka, które ktoś złamał. Wielka gałąź została właśnie unicestwiona. A my? Zamiast odczuwać radość, narastał w nas niepokój. Skoro bez problemu potrafiła poradzić sobie z tym półdemonem, to my już od dawna byliśmy martwi.
Próbowałem się poruszyć, ale niestety z marnym skutkiem. Nasza pieczęć, która miała uwięzić Samanthę w tym kręgu, tak naprawdę to nas obezwładniła.
- Musimy coś zrobić -szepnąłem do Patrick'a. Usłyszałem śmiech demona, który opętał moją ukochaną. Następnie Lilith znowu zawyła z bólu. Delikatny dym zaczął unosić się z podłogi. Poczułem silny napływ energii. Kolejny nieproszony gość...
Lucyfer, widząc jak była królowa walczy o życie, ruszył jej na ratunek. Na szczęście Śmierć zdarzył go powstrzymać, nim został z nami uwięziony.
- I co teraz, Śmierć?- zakpił demon.- Nadal twierdzisz, że ją uratujesz? Albo ich? - z jego ust wydobył się śmiech przypominający warkot silnika. On napawał się naszym strachem, a my baliśmy... przerażeni. Kosiarz o dziwo, zachowywał spokój. Wiedziałem, że coś kombinuje. Musiał mieć jakiś plan. Inaczej już wszyscy bylibyśmy martwi. Albo będziemy. Uwięzieni w pentagramie, niezdolni do wykonania sni jednego ruchu. Nasza moc takze była uwieziona. Lucyfer patrzył jak demon torturuje jego byłą, a każdy ruch wykonany w jej stronę, sprawiał. Jej jeszcze większe cierpienie. Ku zadowoleniu temu popaprańcowi. Także, nie mogliśmy wykonać żadnego ruchu. A Śmierć... on po prostu nie robił nic, oprócz stania i wgapiania się w opętaną Samanthę. To koniec. Zaraz wszyscy zginiemy, a ja już na zawsze stracę swoją ukochaną. Nie mogę się poddać. Nie zawiodę swojej rodziny.
Spojrzałem na Patrick'a, który zrozumiał moje zamiary. Musieliśmy przerwać krąg i, albo spróbować ją uratować, albo uciekać gdzie pieprz rośnie. Ponownie skupiłem swoją energię, wymawiając przy tym kilka słów. Zaklęcie zaczęło działać. Mogłem oddalić się od swojego miejsca, w którym byłem uwieziony. Zrobiłem krok do przodu, czując jakbym przechodził przez niewidzialną osłonę. Demon tylko się uśmiechnął, widząc mój opór. Upuścił Lilith na podłogę, a ta przetoczyła się na bok. Żyła. Samael skupił całą swoją uwagę ns mnie. Machnął dłonią. Nim się obejrzałem, przefrunąłem przez prawie całe pomieszczenie, uderzając plecami o ścianę. Kolejny ruch jego dłoni sprawił, że metalowy stojak przebił moją nogę. Metal przygwoździł mnie do ściany, a po nodze zaczęła ściekać krew. Skrzywiłem się, czując ten ból. Demon uśmiechnął się, gdy drzwi ponownie się otworzyły. W ich progu stanęło dwóch młodych chłopców. Nie... To nie było możliwe! To nie byli dzieciaki Amandy...
- Zabijcie go- demon wskazał ręką na Scott'a, po czym w sali rozniósł się jego rechot.



piątek, 18 lipca 2014

Ogłoszenie

Tak sobie teraz czytam mój pierwszy rozdział na Piekielny dar, i stwierdzam, że potrzebuje pomocy :D Czy jest ktoś chętny, kto czytałby rozdział tuż przed publikacją i po prostu szczerze by mi go komentował? Chodzi mi o to, czy w rozdziale wszystko trzyma się kupy i czy daje sobie radę z pisaniem tego opowiadania... Wiem, że mam dosyć głupie pytanie, ale przydałaby mi się pomoc :*
Przynajmniej póki nie przestawię się na ten blog i dobrze nie zaaklimatyzuję ;) 
Pozdrawiam
S.


PS. Jeśli jednak ktoś byłby chętny, proszę o kontakt tuż pod tym postem lub na email: ostatnitaniec@onet.pl