czwartek, 26 czerwca 2014

Informacja

Hej Kochani!!! Mój blog W imię wolności... bierze udział w konkursie. Wszystkich chętnych, tych którzy go czytają i lubią, a także tych, którzy chcą zagłosować na niego, proszę o wzięcie udziału w głosowaniu. To dla Was dosłownie chwilka, a dla mnie znaczy bardzo wiele :*
Zapraszam także jutro na nowy rozdział ;)
Pozdrawiam
Seo



                                                           ANKIETA---------->LINK

piątek, 13 czerwca 2014

Księga II: Rozdział XIV

Gdy rozum śpi, budzą się upiory”.



***CHRISTOPH***



      Jest nieźle wkurwiona. Wiem to. Czuje to. Chyba wszyscy zdążyli to zauważyć, gdy w drodze do jej komnaty zabiła trzy demony niższej rangi. Zwykłe parobki, powołane do brudnej roboty. Lucyfer na pewno nie zauważy ich zniknięcia. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Zaprowadziłem ją do wschodniego skrzydła. Przez pewien czas właśnie tam mieszkałem. Nikt nie zapuszczał się do mojej komnaty, gdyż czary ochronne im to uniemożliwiały. Miałem swój własny azyl, którym teraz musiałem się podzielić z rozwścieczoną dziewczyną. Okej, może w innej sytuacji nawet to by mi się spodobało. Ja, z piękną kobietą, sami w komnacie. Bez żadnej przypadkowej widowni, tylko we dwoje... Mógłbym inaczej przekierować jej temperament.
Cholera!
     O czym ja myślę?! Przecież to jest Samantha! Jedyna kobieta, której pozwoliłem się do siebie zbliżyć. Ta, która bez mrugnięcia oka by mnie zabiła. Nasza przyjaźń w niczym by mi pomogła. I pomyśleć, że kiedyś służyłem tej parszywej gnidzie. Chociaż? W zasadzie chyba nigdy tak nie było. Jedyny powód dlaczego postanowiłem przyjąć to zadanie, było to, że chciałem ją uratować. A to już od niej zależało, po której stanie stronie.
Jeśli będzie miała jakiś wybór...
     Lucyfer może i był teraz demonem, ale wcześniej płynęła w nim anielska krew. Wciąż można nim manipulować. Znajdę sposób, aby odpuścić. Może i jesteśmy demonami, przebrzydłymi gnidami, które czekają na odpowiedni moment, aby wykorzystać słabość innych, ale jak wszyscy- kierujemy się Kodeksem, a wszystkie zasady jakoś idzie obejść.
Zatrzasnąłem drzwi do wielkiej komnaty. Podszedłem do okien i odsłoniłem zasłony, aby wpuścić chociaż trochę światła do pomieszczeń. Gdy już to zrobiłem, odwróciłem się do Samanthy, która przepełniona złością, wpatrywała się we mnie.
Już po mnie.
- Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!- Wrzasnąłem.
- Jak śmiesz tak zwracać się do swojej...
- Jesteśmy sami- przerwałem jej.- Cienie mają tu zakaz wstępu, a twój mały pokaz mocy zniechęcił wszystkie demony do podsłuchu.
- To dobrze- zauważyłem jak jej postawa się zmienia. Już nie przypominała tej wściekłej i spiętej osoby. Patrzyłem na nią i dostrzegłem zwykłą dwudziestolatkę, która pojawiła się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Wyobrażałem sobie ją jako zwykłą dziewczynę. Z dala od tego całego popieprzonego świata. Byłaby jedną z wielu mieszkańców, którzy nie wiedzieli by o naszym istnieniu. I doszedłem do wniosku... że to nie dla niej. Ona była urodzoną wojowniczką. Przywódczynią, która zaprowadzi spokój i rozejm między naszymi światami. Była potężna, a ja wierzyłem, że da radę.
- Po co to zrobiłaś?- zapytałem, na co ona wzruszyła tylko ramionami.- Nie mów, że urządziłaś sobie tą całą akcję, tylko dla zabawy.
- Może- udała zamyśloną.- Albo po prostu chciałam wkurzyć mojego kochanego tatusia- zaśmiała się.
- Przeginasz- zagroziłem siląc się na poważny ton.- Przez ciebie jeszcze wyląduje w Piekle- po moich słowach obydwoje wybuchliśmy śmiechem. Tak, tego jej było trzeba. O drobinę normalności w tym wariactwie.
- Jak myślisz... Jak to wszystko się skończy?
- Nie wiem, Sam. Czasami mam nadzieję, że to wszystko jest jednym, wielkim koszmarem, z którego nie potrafię się obudzić. Ale potem zdaję sobie sprawę, że jestem tylko drobną częścią tego. Błahym elementem, a ty tworzysz całość. To od ciebie będzie zależało czy pozwolisz, aby demony zniszczyły wszystko. Spaliły cały nasz świat, czy przywrócisz jako taki porządek.
- Myślisz, że dam radę? Ty siedzisz w tym od dłuższego czasu. Ja... ledwo co wiąże koniec z końcem. Przez całe swoje życie nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile mnie ominęło. Może gdybym wcześniej się dowiedziała byłoby prościej?
- Może- założyłem ręce za głowę i zacząłem wszystko rozmyślać. Może gdyby się dowiedziała wcześniej, nadal byłbym aniołem? A może do niczego by takiego nie doszło? Nigdy byśmy się nie spotkali. Czego oczywiście bardzo bym nie chciał. Może i Sam była straszna, gdy wpadała w ten swój amok, ale poza tym, nie dało jej się nie lubić. Po prostu czułem dziwną energię, która mnie di niej ciągnęła.- Ale nie możemy tego cofnąć. Zobacz, gdybyś się wcześniej dowiedziała, nie przeżyłabyś tego co teraz. Scott na pewno by nie żył, ani Amanda czy ich dzieci. Nie poznałabyś...- zamilkłem, gdy zdałem sobie sprawę co chciałem powiedzieć. Świetnie! Miałem poprawić jej humor, a tylko pogorszyłem sytuację. Po jaką cholerę chciałem o nim mówić?!
- Ezry- dokończył męski głos. Nerwowo obejrzałem się za siebie. Odetchnąłem z ulgi, gdy osoba, która się odezwała, okazała się być Śmiercią, a nie Lucyferem.- Nie poznałabyś Ezry, a to wszystko by się nie wydarzyło. Zobacz co by się stało, gdybyś go nie poznała. Nie bylibyśmy w tym miejscu, a już prawie koniec.
Zmarszczyłem brwi analizując jego słowa. Jaki koniec? O czym on w ogóle pieprzy?
- Śmierć- rzekła spokojnie, choć mógłbym przysiąc, że w jej oczach widziałem ten znajomy błysk, który zawsze zwiastował nieszczęście.- Po co tu przyszedłeś? Chyba mieliśmy umowę.
- O! Widzę, że nie tylko z diabłem zawierasz pakty- rzuciłem bez zbędnego namysłu. Do jasnej cholery! Co się ze mną dzieję?!
- To nie twoja sprawa- warknęła do mnie, po czym skierowała się do Kosiarza.- Po co tu przyszedłeś?
- Mała zmiana planów. Twój kochaś postanowił przyśpieszyć wasze spotkanie i właśnie w tym momencie wybiera się do ciebie.



***SAMANTHA***



      Zdumiona jego słowami, przez chwilę trwałam w milczeniu. Ezra... dlaczego teraz? Przecież jeszcze parę dni, a sama bym do ciebie przyszła. I co teraz?! Jak ja mam mu to powiedzieć? Czułam się jeszcze bardziej zakłopotana niż wcześniej. Bardzo chciałam się z nim spotkać. W końcu nie widzieliśmy się przez miesiąc, ale z drugiej strony, wiedziałam, że to spotkanie źle się skończy. Żeby tylko mnie nie znienawidził... O ile już tego nie zrobił.
- Jakim cudem dowiedział się o moim pobycie w Piekle?- Zapytałam, gdy Chris opuścił komnatę, zostawiając nas samych.
- No może....Chociaż nie.... Albo...?- Zaczął się jąkać, a ja jeszcze bardziej się wkurzyłam.
- To twoja sprawka, tak?! Ty mu to powiedziałeś!
- Powiedziałeś... To raczej złe określenie. Może bardziej trafne byłoby, że wymsknęło mi się, albo...
- Przestań- przerwałam jego bezsensowne wypowiedzi.- Już po fakcie, więc niczego nie zmienimy. Teraz tylko musimy dojść do tego, co konkretnie mu powiemy. Wiesz, że nie chcę go okłamywać.
- Ale to nie będzie kłamstwo. Zwykłe niedomówienie prawdy. Pominiemy po prostu kwestię twojej śmierci i to wszystko. Resztę sama załatwisz- mrugnął do mnie, a ja po prostu miałam ochotę lekko podbić mu to oko. Różowo-fioletowy „cień” idealnie pasowałby do jego cery.
- Zgoda- westchnęłam. - Pominę to. Ale wiesz, że potem będę chciała wrócić na Ziemię?
- Wiem, ale to chwilowo niemożliwe. Jeśli ten fanatyk wciąż żyję, na pewno zechce polować na twojego demona. W tym stanie jest to możliwe. Będzie mógł go wydostać z ciebie, ale kosztem waszego życia i wielu innych. Najpierw będziemy musieli go znaleźć. Moi ludzie przeczesują całą Ziemię, potem zajmą się Patresem i Piekłem. Ceris jest czysty, więc zaraz po wypuszczeniu cię, wrócisz grzecznie do Cerisu, nie robiąc żadnych problemów. Zrozumiano?
- Ale skąd wiesz, że mnie wypuszczą? Oni myślą, że to ja jestem odpowiedzialna za to.
- Już nie. Will nigdy nie uwierzył w to, a kolejny atak dowiódł twojej niewinności.
- Znowu kogoś zabił?
- Tak. Tym razem wybił całe stado wilkołaków. Robi się coraz potężniejszy i odważniejszy. Musimy go szybko dopaść.




***EZRA***


        Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem aż tak szczęśliwy. Samantha ma na mnie pozytywny wpływ. Zresztą, nie tylko na mnie. Nawet Tonny był dzisiaj w lepszym humorze. Nie wiem co się z nim ostatnio działo, ale wyglądał fatalnie.
- Tylko sprowadź ją całą i zdrową- uśmiechnął się do mnie, po czym podał fiolkę z portalem.
- Postaram się- sam wyszczerzyłem się w uśmiechu.
Dzisiaj byłem zdolny nawet przenosić góry. Energia rozpierała całe moje ciało, a to tylko dlatego, że Śmierć powiedział, że moja ukochana chce się ze mną spotkać. Wiedziałem, że ona wciąż coś do mnie czuje, a to wszystko co napisała w liście, to zwykłe bzdury.
    Ustawiłem się na środku salonu. Wszyscy lokatorzy też tu byli. Oni również nie mogli się doczekać powrotu Sam. Nawet Ethan i Tyler znaleźli się wśród nas. Już nie przypominali tych noworodków sprzed tygodnia. Może dlatego, że w naszym świecie mężczyźni szybko dojrzewają? Bardzo szybko. Wiem, że zanim osiągnąłem dorosły wiek, czyli zanim wyglądałem na dwadzieścia trzy lata, minął zaledwie rok. Z dziewczynami było o wiele trudniej. Nasz lud był nieśmiertelny. Byliśmy wojownikami, czyli przepełnionymi mężczyznami. Aby w rodzinie urodziła się córka, rodzice musieli mieć błogosławieństwo samej Królowej, w innym wypadku, tylko potężne demony mogły sobie pozwolić na taki dar. Szlachecka dziewczyna była postrzegana niemal jak bóstwo. Przynajmniej dla mnie Sam była niczym bóstwo.
Odkręciłem fiolkę i wysypałem jej zawartość na podłogę, po czym mocno wdepnąłem w nią. Pył uniósł się ku górze, pochłaniając mnie całego. Zamknąłem oczy i zacząłem wypowiadać nazwę miejsca, do którego chciałem się udać.
- Inferno- po raz ostatni zawołałem, a ciemność spowiła mój umysł.

        Nie musiałem długo czekać. W ciągu kilku sekund, pojawiłem się w Piekle. Ze względu na to, że już tu byłem, wiedziałem, że właśnie trafiłem do jednej z cel. Wszystkie, że tak się wyrażę, nieautoryzowane teleportacje, właśnie tu się kończyły. Spokojnie zająłem miejsce na ławce i czekałem, aż Cienie upomną się o mnie.
        Niemalże od razu metalowe kraty zostały otwarte. Nawet dobrze nie potrafiłem się usadowić na miejscu, a on już zawołał mnie do siebie. Zostałem zaprowadzony do głównej sali. Chociaż zwykły poboczny widz, widząc to, stwierdziłby, że jakiś wariat, ze skutymi rękami idzie przed siebie, a łańcuch lewituje nad nim. Tak, one były tylko widoczne dla takich przeklętych jak ja.
Jak zwykle, demony przygotowywały się do uczty. Wiedziałem, że to na cześć Sam. Stanąłem przed Lucyferem i pokłoniłem się mu. Łańcuchy z brzdękiem opadły na ziemię.
- Co cię do mnie sprowadza, chłopcze?- Zapytał swoim jak zwykle spokojnym i lekko znudzonym głosem.
- Panie, przybyłem tu na rozkaz Lilith. Mam dla ciebie list, który przekazuje w jej imieniu.- Diabeł wzdrygnął się i podszedł do mnie. Wyciągnąłem kopertę z jego pochyłym imieniem napisanym z tyłu. Wręczyłem mu ją i oddaliłem się od Króla o parę kroków. Tak, jak nakazywała etyka. Lucyfer nie otworzył koperty. Uśmiechnął się do mnie zawadiacko, a przez moje ciało przeszła fala dreszczy. Co on kombinuje?
- Mam nadzieję, że zostaniesz z nami na kolacji. Mamy dzisiaj bardzo ważnego gościa, którego chciałbym ci przedstawić.
- To będzie dla mnie zaszczy- lekko się pokłoniłem i zauważyłem zbliżającego się do nas demona. Pochylił się nad Królem w szepnął mu do ucha.
- Zabiła trzech demonów, Panie. Jej demon wciąż łaknie dusz. Musimy wysłać jej kolejnego, inaczej sama sobie wybierze następną ofiarę.
Idiota myślał, że nie usłyszę. No tak... demony nie mają tych zdolności, ale my półdemony, ze zmysłami wilków, potrafimy to. Wiedziałem, że rozmawiają o mojej ukochanej. Choć próbowałem udać obojętnego, chyba niezbyt mi się to udało.
- Zwołajcie tu wszystkich. Chyba będziemy musieli przyśpieszyć naszą kolację. Asmodeuszu- zwrócił się do demona żądzy, którego najchętniej bym zabił. Miałem z nim już wcześniej niemiłe spotkanie i nie chciałbym tego powtórzyć. Zważywszy, że przybrał postać Lukasa, moja złość się nasiliła. Jak ja mogłem go nie wyczuć?- Przyprowadź naszego gościa, a ciebie Estesie, proszę o zajęcie miejsca. Przy mnie- skinąłem głową na zgodę i podążyłem za Władcą Piekieł. Udaliśmy się do jadalni, która świeciła przepychem. Na początku zdawało mi się, że jest ona wykonana cała ze złota, jednak duża ilość świec, odbijających się o złote i srebrne dodatki, dawała takiego uroku temu pomieszczeniu. Tuż nad wielkim kamiennym stołem, który został nakryty dla ponad trzydziestu osób, zwisał żelazny świecznik, z którego ciągnęły się czerwone szale, kończąc swój bieg na ścianach. Wyglądało to jak w cyrku, jednak jak tradycja nakazywała, właśnie tak powinno się witać ważnych gości. A Sam taka była. Szczególnie dla mnie.
        Wszyscy zajęliśmy miejsca, oprócz Asmodeusza i Samanthy. Siedziałem po prawej stronie Władcy, a tuż obok mnie, miejsce było wolne. Wiedziałem, że właśnie tam ona usiądzie. Obok mnie. Moje serce przyśpieszyło swoje bicie, gdy drzwi do komnaty się otworzyły. Dostrzegłem ją. Dumnie kroczącą przez salę. Nie przyglądała się tamtym demonom, tylko patrzyła przed siebie. Nawet mnie nie dostrzegła...
Wszyscy powstaliśmy i czekaliśmy, aż ona zajmie swoje miejsce. Zanim jednak usiadła, spojrzała na mnie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jakby była pusta. Oczy zaś mówiły o wszystkim. Dostrzegłem to samo spojrzenie, jakim mnie obdarowywała wcześniej, gdy wierzyła w naszą miłość.
- Przepraszam- odchrząknął Król.- Samantho, poznaj proszę Estesa. Przybył dzisiaj z wiadomością od twojej matki- ująłem jej dłoń, po czym złożyłem delikatny pocałunek. Zajęliśmy miejsca, a w pomieszczeniu zaczął unosić się gwar rozmów. Władca za wszelką cenę chciał nawiązać kontakt ze swoją córką, która po prostu zbywała go za każdą próbą.
- Więc Estesie- zaczął, gdy już znudziło mu się to ciągłe spławianie- może opowiesz mi coś o sobie? Chyba, że chciałbyś mówić o Lilith, ale wiem, że jest to u was zakazane.
- Tak, panie. Nie mamy prawa mówić o osobistych sprawach naszych Władców. Jest to surowo zakazane i grozi nawet śmiercią.
- Dura lex sed lex- powiedział uśmiechając się przy tym.- Twarde prawo, ale prawo. Moje ulubione powiedzenie. Więc powiedz coś o sobie. Jakieś plany na przyszłość? Dziewczyna? Żona? Rodzina? Czy masz zamiar służyć jej do końca swoich dni?
- W zasadzie mam dziewczynę- powiedziałem, kątem oka zerkając na Sam. Jej kostki zbielały, gdy ścisnęła nóż w dłoni.- A dokładnie narzeczoną. Niestety mamy mały kryzys w związku.
- Uuu... Ciężka sprawa. Ja na twoim miejscu bym się nie ustatkowywał. Na świecie jest wiele pięknych kobiet i to aż grzech być tylko z jedną- zaśmiał się, a ja poczułem dziwną, mroczną energię. Sam.
- To samo powiedziałeś matce, gdy mnie odrzuciłeś?- Zapytała.- I teraz sobie przypomniałeś o moim istnieniu, gdy okazało się, że jestem wystarczająco potężna, aby spełnić twoje rozkazy. Przez ciebie już zbyt dużo osób umarło, a ty nadal nie masz dość?
- Nigdy cię nie zostawiłem- zapewnił.- Twoja matka ukryła cię przede mną. Gdybym wiedział wcześniej, że mam córkę, to wszystko wyglądałoby inaczej.
- Masz rację. Zginęłoby więcej ludzi, a Ceris całkowicie by upadł, przez twoją chorą żądze krwi.
- To nie przeze mnie on zginął. Zauważ, że wszystkie wojny są skutkami jednego, błahego uczucia, jakim jest miłość. Twoja matka zniszczyła swój kraj, tylko dlatego, że mnie pokochała. Tak samo było z Willem i Azatrą. Gdyby ona nie zakochała się w nim, nie straciłaby władzy i nie gniła we własnym lochu. Miłość bez wzajemności niszczy wszystko. Każda wojna jest nią spowodowana. Nawet w mitologii możesz ją dostrzec.
- Skoro twierdzisz, że miłość nie istnieje, to jak możesz się o mnie martwić, nie czując nic do mnie? Jako ojciec powinieneś kochać swoje dziecko, a nie się go bać.
- Sam, ja nie twierdzę, że ona nie istnieje, tylko to właśnie ona jest odpowiedzialna częściowo za zło. Nie ja.
- To ty mnie stworzyłeś, więc owszem. Jesteś w stu procentach odpowiedzialny za zło.
- Wtedy nie wiedzieliśmy do czego to doprowadzi. Byliśmy młodzi i głupi.
- Teraz niewiele się zmieniło. Wciąż nie wiecie do czego doprowadziliście.
- Ty też nie.
- Nie. Ja już wiem. I wiem też jak to się skończy- dziewczyna wstała, a za nią my wszyscy. Jeden ze strażników podszedł do niej, aby zaprowadzić ją do komnaty. Na rozkaz Władcy, podążyłem za nimi.

Niepewnie kroczyłem za nią. Wydawała się być inna, ale to wciąż była moja Sam. Ta, którą kocham ponad życie. Demon przystanął na łuku, a my w milczeniu szliśmy dalej. W końcu trafiliśmy do jej komnaty. Ujrzawszy rozłożonego Chrisa na jej łóżku, cały zawrzałem. Ścisnąłem dłonie w pięści, aby nie wybuchnąć.
- O! Kochaś wrócił? - zawołał radośnie.
- Zamknij się, albo powiem Lucyferowi, żeby się tobą zajął- zagroziła.
- A ty pewnie masz się zająć nim- wskazał na mnie, a ona zmarszczyła brwi.- Asmodeusz mówił, że zaraz po kolacji przyjdzie demon, żebyś mogła się nakarmiła. Przypuszczam, że nie powiedziałaś mu o waszym związku?
- Nie, ale zaraz mogę mu o czymś innym powiedzieć.
- Dobra! Tylko spokojnie, mała. Rozumiem, że mam wyjść, abyście mogli się zająć sobą- powoli wycofał się, po czym zostawił nas samych. Nie wiedziałem co powiedzieć. Najlepiej, to wtopiłbym dłonie w jej jedwabiste włosy, a wiśniowe usta złączył ze swoimi. Miałem ochotę ją dotknąć. Poczuć jej bliskość i mieć pewność, że to nie sen.
- Po co tu przyszedłeś?- Zapytała, a ja znieruchomiałem.
- To chyba oczywiste, Sam- wzdrygnęła, gdy wypowiedziałem jej imię.
- Dla mnie nie. Chyba dałam ci jasno do zrozumienia, że nie chce cię więcej widzieć.
- Wiem, że kłamałaś. To co między nami było, jest prawdziwe. Kocham cię i wiem, że ty mnie też.
- Nie, Ezra. Ja nic do ciebie nie czuje. To co było, minęło i już nie wróci- stanąłem tuż przed nią. Spojrzałem w te piękne, czarne oczy i dłonią pogładziłem po policzku. Zamknęła powieki, przez co skorzystałem z okazji i pocałowałem ją. Nie odepchnęła mnie, tylko pogłębiła nasz pocałunek. Byliśmy jak dwaj pustelnicy, którzy spragnieni po długiej tułaczce, w końcu dostali się do wody. W naszym przypadku ta woda to my sami. Potrzebowaliśmy się nawzajem. Potrzebowałem jej, aby żyć. Gdy zabrakło nam tchu, niechętnie oderwaliśmy się od siebie. Stykaliśmy się czołami, głośno dysząc.
- Dlaczego nie możesz zostawić mnie w spokoju? Nie dociera do ciebie to, że cię nie chce?- zapytała, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem. Jeszcze raz złączyłem nasze usta w spragnionym pocałunku.
- Nie - wyszeptałem. Chwyciłem ją w pasie przyciągając do siebie.- Czemu nie możesz przyznać, że coś do mnie czujesz?
- Bo nienawidzę ciebie za to, że cię kocham.
- Więc nie odchodź więcej ode mnie- poprosiłem.- Nie chce żyć bez ciebie. Zostań ze mną...
- Nie!- Krzyknęła, po czym odepchnęła mnie od siebie. Zachwiałem się, ale nie straciłem całkowicie równowagi.- To nie miało tak być...- przetarła dłońmi twarz.- Nie mogę...
- Sam, powiedz co się dzieje- podszedłem do niej i tym razem mnie nie odrzuciła, jednak nie chciała na mnie spojrzeć.- Jeśli mi nie powiesz, nie będę w stanie ci pomóc, a wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
- Chciałabym, żeby tak było- wymamrotała.- Teraz już nikt nie potrafi mi pomóc.
- Wiesz, że nie odpuszczę? Choćby nie wiem co, będę walczył o ciebie, póki sama nie przyznasz, że mnie kochasz.
- Kocham cię!- Krzyknęła zirytowana.- Nigdy nie przestałam cię kochać. Przez te ostatnie tygodnie czułam się jak jakiś wrak, gdy zdałam sobie sprawę, jak bardzo was zraniłam. Codziennie szukałam sposoby, żeby do was wrócić. Żeby mieć pewność, że nie zagrażam nikomu. Że będąc przy mnie, możecie się czuć bezpieczni, a nie, mieć wrażenie, że czyham na was na każdym kroku- dopiero teraz na mnie spojrzała, a ja ujrzałem dawną Sam. Moją Sam. Widziałem tą znajomą twarz, która z matczyną troską patrzy na nas. Szczególnie na mnie. Wtuliła się w moją pierś. Staliśmy tak przez kilka minut delektując się tą chwilą. Ale ja wiedziałem, że za niedługo będę musiał zniknąć. Nie dość, że Lucyfer skazał mnie na śmierć, to portal znów się otworzy, żeby mnie zabrać do domu. Chociaż mój dom jest tam gdzie ona.
- Musisz już iść- powiedziała, jakby słyszała moje myśli.- Niedługo wrócę.
- Pójdę, jeśli mi powiesz co się stało- zastrzegłem, a ona poprowadziła mnie na kanapę. Obydwoje zajęliśmy miejsca tuż przed kominkiem. Jej spojrzenie utknęło w ogniu, które wzmocniło swoją moc.

- Po spotkaniu z Daviną chciałam pojechać do ciebie- wyznała.- Lukas jakoś wezwał mnie do siebie. Nie wiem jak, ale znalazłam się na polanie i wtedy to wszystko się stało...- przystanęła na chwilę, a ja ścisnąłem jej dłoń, aby dodać otuchy.- Na rozkaz Lucyfera użył na mnie swojej mocy. Przypomniałam sobie wszystko. Objęłam jakąś kontrolę nad demonem i ujrzałam urywki naszej przeszłości. Część była związana z moim zniknięciem, inna zaś była o moim początku. Przez pewien czas znajdowałam się w Otchłani. Widziałam swoją matkę, zanim straciła Ceris i ojca, jako anioła. Wszystko było takie idealne... Jednak, gdy zaszła w ciążę i powiedziała Królowi o tym, że on nie jest moim ojcem, wściekł się. Chociaż przed nią udawał, to w Otchłani czułam jego gniew. Przeklął mnie, a wtedy demon skorzystał z okazji i uciekł. Schował się w moim ciele. Od setek lat czekał na tą okazję. Dzięki mnie mógł odzyskać swoją cielesną postać i moc. Już od dziecka z nim walczyłam, więc jakoś udało mi się go poskromić. Tym razem było inaczej. Od dawna szukałam sposobu, aby się go pozbyć. Aż w końcu znalazłam kogoś, kto potrafiłby uwięzić go w moim ciele. Znów byłby uśpiony, a wy bezpieczni- przerwała na chwilę, a ja dostrzegłem ból w jej spojrzeniu.-Niestety, każda magia ma swoją cenę. Ja już swoją zapłaciłam i do końca życia będę zmuszona o tym pamiętać. Przez własną głupotę oni są w niebezpieczeństwie.
- Sam, o czym ty mówisz? Przecież nikt nie jest w niebezpieczeństwie!
- Owszem, jest. Filii Azazel, semper et me connexae. ego sum, suis Dn et illi mea famuli parati reditum propter me vitae*- zacytowała dobrze znany mi fragment naszej księgi.- Moje istnienie je powołało i niedługo tu przybędą.
- Ethan i Tyler? Jesteś pewna, że nie ktoś inny? Nie rozumiem dlaczego mieliby cię chronić? Przecież jesteś od nich silniejsza.
- Nie mnie, tylko dziecko- spojrzałem na nią zdziwiony. Jeszcze do końca wszystkiego nie rozumiałem...
- Jakie dziecko?- Zapytałem zszokowany. To było zbyt wiele. 
- Ezra, jestem z tobą w ciąży.


                                                                        ***



           Po raz kolejny Kosiarz przemieszczał korytarz, rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. Nie spodziewał się takiego zwrotu akcji. Na jego prostej drodze pojawił się zakręt. Jak zwykle spowodowany przez tą samą osobę. Pomimo łączącego ich paktu, żadne nie dostało tego, czego chciało. On czekał już wystarczająco długo, więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zatrzymał się przed wielkim, szklanym regale na dziale ksiąg zakazanych. Oczywiście miała być to przestroga dla intruzów. Część tych ksiąg posiadała zęby i mogła wgryźć się w skórę, zostawiając długotrwałe blizny po sobie.
         Wyciągnął starą i zakurzoną książkę. Przetarł dłonią po niej, ukazując tytuł Mythicon creaturarum*. Delikatnie przewracał strony, nie chcąc zniszczyć tak cennej rzeczy. Niestety, żadna z istot nie odpowiadała opisowi stworzeniu przez niego szukanym. Wiedział, że jest człowiekiem z dużą ilością demonicznej krwi. Ale takiej osoby nie było tutaj. Jedynie czego się dowiedział, to to, że musiał pochodzić z Cerisu. Z hukiem zamknął ją i schował. Pomimo jego wiecznego stoicyzmu, nie potrafił ukryć swojego sfrustrowania. To wszystko wydawało się zbyt śmieszne, aby było prawdziwe. Przetarł dłonią po twarzy i głośno wypuścił powietrze, po czym zaczął się śmiać. Był Kosiarzem. Śmiercią, więc był martwy i nie musiał oddychać, a zachowywał się jak typowy człowiek. Na tą myśl poczuł do siebie niechęć. Nie cierpiał ludzi. Byli dla niego zbyt odrażający, aby istnieć. Najchętniej sam by ich pozabijał, ale musiał zachować harmonię w świecie.
        Gdy już udał się w stronę wyjścia z pokoju, usłyszał jakiś hałas za sobą i obrócił się przez ramię. Dostrzegł czarną księgę, która spadła z półki, otwierając się na prawie ostatniej stronie. Zmarszczył brwi podchodząc do niej. Litery zaczęły świecić na złoto, niemalże oślepiając swoim blaskiem. Śmierć chwilowo zakrył dłonią powieki, jednak blask wciąż był oślepiający. Wiatr znikąd pojawił się w pomieszczeniu. Targał kartkami, które waliły w jego ciało. Zatoczył się do tyłu i podtrzymał się mosiężnego biurka, aby nie stracić równowagi. Gdy już wszystko ustąpiło, mógł dostrzec skutki tego nagłego zdarzenia. Pokój wyglądał jak po spotkaniu z mini tornadem. Wszystkie papiery, które leżały luzem, utworzyły wir rozpoczynając swój bieg od księgi. Podszedł do niej i zauważył czarną czcionkę, która zapełniała ostatnią stronę. Podniósł ją i z szelmowskim uśmiechem czytał jej wnętrze. Właśnie tego potrzebował. Coś, co utwierdzi go w przekonaniu, że wszystko pójdzie po jego myśli. Nie spodziewał się tego, że tak szybko się to skończy. Ledwo co rozpoczął tą zabawę, a już będzie trzeba ją zakończyć.

Przewrócił stronę i spojrzał na imię swojego dziedzica. A raczej partnerkę.
Shanel Rivelash
Palcem przejechał po wyrytym w książce napisie. Wiedział, że zabawa dopiero się zacznie, gdy już Samantha spełni swoją obietnice i on również dotrzyma danego jej słowa.


Mythicon creaturarum- mityczne stwory


Filii Azazel, semper et me connexae. ego sum, suis Dn et illi mea famuli parati reditum propter me vitae*- Synowie Azazela, na wieki ze mną połączeni. Ja jestem ich panem, oni moimi sługami, gotowy oddać za mnie życie.




Hejka :* No więc... jest nowy rozdział :D Chociaż nie aż tak jakbym chciała. Wgl, myślę że spieprzyłam spotkanie Sam i Ezry :c Ale ocena należy do was ;* Liczę na choćby parę komentarzy na poprawę humoru :D Nigdy nie wierzyłam w te różne przesądy. Szczególnie z "Piątkiem 13". Ale dzisiaj robię wyjątek i muszę rzeczywiście przyznać, że ten dzień to jeden wielki koszmar -.- Dobra, nie będę się rozpisywać, ale tak wgl, to przepraszam jeśli nie skomentowałam Wasze blogi. Obiecuję, że wszystko nadrobię. Jak nie w niedzielę, to postaram się do czwartku <3

Pozdrawiam
Seo 

piątek, 30 maja 2014

Księga II: Rozdział XIII

"Dajesz im nadzieję... Nadzieję na zwycięstwo. Choć obydwoje wiemy, że są skazani na porażkę".






***SAMANTHA***




             Miejsce, w którym się znalazłam było...piękne. Pomijając jaskinie przez, którą się tu dostaliśmy, warto było. Niesamowite, złote sklepienia zdobiły ten XIIX w. gmach. Wszędzie górował przepych, jednak odpowiadał temu miejscowi. Pierwszy raz czułam się, jakby właśnie tutaj był mój dom. Wszystko wydawało mi się takie znajome i na swój sposób przyjemne. Nawet naszło mnie pragnienie, aby zostać tu na zawsze. Ale wiedziałam, że nie mogę. Przede mną czekało zadanie do wykonania i musiałam się tego trzymać. Zbyt wiele zależało od tego.
             Kolejne drzwi jakby automatycznie się przed nami otworzyły. Gdy mój wzrok już przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegłam kilka cieni tańczących na ścianach. Zdawały się cieszyć z mojej wizyty. Ja też. Ale dlaczego?
Bo tu jest twój dom. Jesteś częścią tego. Jesteś demonem.
O! W końcu się odezwałeś? A już było tak pięknie...
Wiem, że się stęskniłaś za mną, ale bez przesady. Moja cierpliwość już się kończy.
Tylko na to czekałam.
             Tym razem drzwi otworzyły się do sali tronowej. Wszystkie stoły były zakryte, a przed nimi zasiadały demony w ludzkich postaciach. Były piękne i zarazem straszne. Wszystkie szepty umilkły, a ich wzrok skierował się na mnie. Poczułam się onieśmielona tą całą sytuacją. Jednak bardzo mi się ona podobała. Byłam w centrum ich zainteresowania. W końcu nie po raz pierwszy w Piekle pojawił się potomek ich Pana.
             Zauważyłam go dumnie siedzącego na swoim tronie. Czekał na mnie. Podeszliśmy do niego, a Chris uklęknął, oddając mu hołd. Ja tylko prychnęłam pod nosem, gdy zauważyłam Lukasa obok niego. Władca szepnął mu coś na ucho, po czym ta mała gnida skierowała się w moją stronę. Niepewnie spojrzałam na Chrisa, który skinął głową nakazując mi zachowanie spokoju. Patrzyłam się na idącego w moim kierunku demona, nie wyrażając żadnych emocji. Może jedynie złość, która była spowodowana chęcią zemsty na tej pijawce. Lukas stojąc już przy mnie, chwycił moje dłonie, a następnie ściągnął metalowe kajdanki, które z hukiem spadły na podłogę. Otarłam zakrwawiony nadgarstek. Nienawidziłam zaczarowanych przedmiotów. Nawet niewielki ruch powodował krwawe skutki. Bolało jak diabli, chociaż rany szybko się goiły, wciąż miałam wrażenie, że ktoś wypala w ich miejscu dziurę. Gdy już rany się zagoiły, podniosłam wzrok na Upadłego. Na jego twarzy zawitał grymas, gdy tylko spojrzał na moje zakrwawione dłonie.
Tak! To twoja wina- chciałam to wykrzyczeć, jednak w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Król podniósł swój szanowny tyłek i podszedł do mnie.
- Wynoście się stąd!- Krzyknął po drodze do swoich poddanych. Demony jak poparzone zaczęły wybiegać z sali, wpadając i potykając się nawzajem o siebie. Był to dosyć komiczny widok, który nawet poprawił mi humor. Po kilku sekundach w pomieszczeniu zostały tylko cztery osoby i pełno potłuczonego szkła na podłodze.
- Witaj w domu, Sam- odezwał się Lucyfer. Teraz zauważyłam podobieństwo między nami. Ostre rysy, ten sam kolor włosów jak i oczu. Jasna cera, a co najważniejsze obydwoje byliśmy potężni, wzbudzając lęk u innych.
- Witaj ojcze- powiedziałam, na co on się uśmiechnął.
- Dziękuje ci, że przyszłaś. Sądziłem, że będziesz miała problem z dotarciem tutaj, jednak widzę, że dałaś sobie radę. Cieszę się, że jesteś tu ze mną- położył dłoń na moim ramieniu. Spojrzałam na jego skórę, na której widniały dawne runy. Moje były czarne, a jego białe, wyblakłe.
- Boisz się mnie- bardziej to stwierdziłam niż zapytałam.
- Ja niczego się nie boje. Zwłaszcza własnej córki- odparł niemal od razu. Jednak ja czułam jego strach, który zaczął mną kierować. Lucyfer gestem ręki nakazał także Lukasowi i Chrisowi opuszczenie sali. Zostaliśmy sami. Ja także wyczułam zbliżający się wybuch, więc lepiej żeby ich tu nie było. Mogłabym ich skrzywdzić, chociaż nie chciałam tego.
          Czułam rozprzestrzeniającą się ciemność po moim ciele. Dostrzegłam nowe znaki na ramionach, które pojawiały się tylko podczas przemiany. Zamrugałam kilka razy, póki mój wzrok nie przystosował się do zmienionych zmysłów. Były one intensywniejsze, więc przyzwyczajenie się do nich trochę trwało. Złapałam za dłoń Upadłego, mocno zaciskając na nim palce. Syknął z bólu. Popchałam go tak, że zatrzymał się na ścianie, kilka metrów nad podłogą. Wkurzona, ruszyłam w jego kierunku.
- Sam, uspokój się!- Krzyknął, podnosząc się. Wyrwałam metalowy świecznik, którym przywaliłam mu w twarz. W miejscu uderzenia pojawiła się krew. Ponowiłam tą czynność, a na koniec przebiłam metalem jego brzuch. Świecznik utknął w ścianie.
- Czego ty właściwie chcesz ode mnie? - Warknęłam, spoglądając na jego gojące się rany.
- Sama powinnaś odpowiedzieć sobie na to pytanie- bez problemu wyciągnął z siebie metal, odrzucając go na bok.- Czego może chcieć ojciec od córki?
- A czego może chcieć Władca Piekieł od demona?
- Słusznie. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym.
- Nie myśl, że będę ci służyć jak te pijawy. Nie jestem żadnym psem na posyłki- tym razem chwyciłam krzesło, które cisnęłam w jego kierunku. Zasłonił się rękoma, ale mebel i tak roztrzaskał się na nim. Miałam ochotę rozbić każdy przedmiot na jego ciele. I tak też zamierzałam zrobić.



***CHRISTOPH***







        Stałem tuż za drzwiami w towarzystwie tej rudej świni. Rozumiałem Samanthę, która go nie cierpiała. Ja też nie darzyłem go sympatią. Mała fałszywa żmija, która tylko czeka na odpowiedni moment, aby zaatakować. Oparłem się o drzwi, a wzrok wlepiłem w sufit. Strasznie mi się nudziło. Nie byłem przyzwyczajony do bezczynności. Wzdrygnąłem się, słysząc kolejny huk w pomieszczeniu. Spodziewałem się takiej reakcji po Sam.
- Chyba się dogadują- mruknąłem, przez co zgromił mnie wzrokiem. - No więc... Co tam u ciebie?
- Jakoś leci- odparł wzruszając ramionami.- Córka mojego Pana pewnie próbuje go zabić, a ja stoję bezczynnie z jakimś idiotą, który nie potrafi przyzwoicie się zachować. Poza tym to wszystko w porządku. A u ciebie?
- Aha - mruknąłem unosząc jedną brew ze zdziwienia. Kolejny powód żeby go nienawidzić. - Przystojniaczku, nie mów, że moje towarzystwo ci nie odpowiada. Przecież tu jest taaak romantycznie.
- Zamknij się- warknął zły, co mnie bardzo rozbawiło.
- Nie mów, że nie odwzajemniasz moich uczuć- złapałem się za pierś udając ból.- Nie niszcz tego, co zbudowaliśmy przez ostatnie lata. Przecież my się kochamy, Luki!
Chłopak ścisnął dłonie na mojej szyi, przywierając mnie do ściany. Zacząłem się jeszcze głośniej śmiać.
- Chyba ci coś powiedziałem! Dla mnie to nie są żarty!
- Oj weź, mógłbyś czasem się zabawić, a nie tylko wykonujesz jego polecenia. Możesz pójść na Ziemię i zrobić co zechcesz!
- Teraz jedynie mam ochotę cię zabić- w jego dłoni pojawił się demoniczny sztylet z anielską rękojeścią- rzadko spotykany przedmiot, gdyż potrzeba silnego zaklęcia, aby połączyć te dwa wrogie siebie materiały. Jego dłoń z bronią zbliżyła się do mnie. Zacząłem się wierzgać nieswojo, gdy poczułem piekący metal na skórze.
- Wystarczy!- usłyszałem wybawicielski głos kruczowłosej. Nie wiadomo co by ten psychopata zrobił, gdyby ona się nie pojawiła. Lukas zgiął się w połowie i opadł na ziemię, wijąc się z bólu. Wiedziałem, że ona jest w swoim żywiole, więc nie chciałem jej przeszkadzać, aby samemu nie ucierpieć. A może też dlatego, że widok cierpiącego demona bardzo mi się podobał?
- Samantho- zawołał Lucyfer wyłaniając się z pomieszczenia. Jego ubrania zdobiła krew. Przyjemny widok.- Myślę, że już wystarczy.
- To chyba nie od ciebie zależy. To, że jesteś moim ojcem czy też Władcą Piekła, a ja po części jestem demonem, nie znaczy, że możesz mi rozkazywać!
- Chyba już wyjaśniliśmy sobie tą kwestię posłuszeństwa. Wezwałem cię tu jako ojciec, a nie jako twój Pan.
- Nigdy nie będziesz nim, więc daruj sobie te ckliwe teksty.
- Samantho, jeszcze musimy sobie wiele wyjaśnić, gdyż zaszło wielkie nieporozumienie.
- Twierdzisz, że mój demon nie zawarł z tobą paktu?
Lucyfer zamilkł. Widziałem jego zmieszanie związane z tą sytuacją. Nie spodziewał się tego, iż ona dowiedziała się o tym. Zmierzył mnie wrogim spojrzeniem. Tak, wiem...zapomniałem mu o tym wspomnieć. Teraz to mi się zbierze, chociaż wolałem spotkanie z nim, niż z wściekłą Sam. Ona jakimś dziwnym sposobem potrafiła wyciągnąć mój wewnętrzny ból na wierzch. Albo to wszystko działo się w mojej głowie? Kto wie...
- Nie znasz całej prawdy, więc nie dopowiadaj sobie. Proponowałbym, abyś ochłonęła i później dokończymy naszą rozmowę. Chris- zwrócił się do mnie, a moje mięśnie spięły się- zaprowadź ją do pokoju, a potem przyjdź do mnie. Musimy omówić parę kwestii.
Wiedziałem, że tak będzie! Może dałbym rade uciec? Ta, jasne... Już widzę tą ucieczkę. Cienie mnie dopadną i przyciągną do niego. Zobaczę jego gębę zwisając do góry nogami. Znowu.
- Chris zostaje ze mną- odezwała się kruczowłosa, na co ja odetchnąłem z ulgi. Ta dziewczyna znowu uratowała mój zgrabny tyłeczek.
- Jak chcesz- odparł Władca.- Ale kara go i tak nie ominie.
- Dotknij go, a zabiję Lukasa i inne demony- warknęła wściekła, a jej oczy ponownie stały się całe czarne.
Lucyfer niechętnie ustąpił. Zdążył się już przekonać co do siły swojej córki. W końcu płynie w niej jego krew. 
- Mam nadzieję, że przyjdziesz dzisiaj na kolację i w spokoju dokończymy naszą rozmowę. Wiele demonów chciałoby poznać pierwszego dziedzica Piekła.
Dziewczyna ruszyła w głąb budowli nie oglądając się za siebie. Wymieniliśmy się zdziwionymi spojrzeniami i ruszyłem za nią. Wiedziałem, że przez nią będę miał kłopoty, ale bez przesady...











***EZRA***








           Leżałem na dworze rozkoszując się ostatnimi promieniami słońca. Tego tygodnia oczywiście. Jak przystało na niedzielę, nuda strasznie mi doskwierała. W ostatnim czasie nawet zaangażowałem się w życie mojej rodziny. Awansowałem ze zdrajcy i zbiega na opiekunkę dla dzieci. Chociaż każdy normalny rodzic nie pozwoliłby oddać dziecko pod opiekę kilkusetletniego półdemona, zwanego Łowcą, który przez ostatnie parę tygodni zalewał smutki w alkoholu, a jeszcze wcześniej zawodowo zabijał demony. Do tego dochodziły tortury, ale to taki szczegół. Teraz to życie wydało się być takie odległe.

         Pamiętam jak wraz z Sam zaczynaliśmy ćwiczenia. Jak słodko marszczyła swój nosek, gdy się denerwowała, co często się zdarzało. Nie potrafiła się nad niczym skupić. Kierowała się emocjami, co ją zbyt rozkojarzyło. A potem nasz pocałunek... Gdy poczułem smak jej wiśniowych ust, myślałem, że jestem w Raju. Czułem, jakbym próbował puszystą piankę, bojąc się, że mogę jej zrobić krzywdę. Podczas każdego dotyku, jej delikatna skóra wyrażała więcej uczuć, niż mógłbym jej wypowiedzieć przez każdą sekundę naszego życia. Nie zasługiwałem na nią i, w końcu, chyba to do niej dotarło. To co było, już nie wróci, a ja musiałem się z tym pogodzić. Wstałem, kierując się w stronę domu. Minąłem taras i otworzyłem wielkie, szklane drzwi. Gdy już znalazłem się w środku, zauważyłem, że Scott siedzi zmartwiony na kanapie. Schował twarz w dłoniach. Chciałem znaleźć się jak najdalej od niego, jednak obiecałem coś Sam. I musiałem dotrzymać słowa.
- Wszystko w porządku?- Zapytałem zajmując miejsce naprzeciw niego. Chłopak dopiero teraz zauważył moją obecność, przez co lekko drgnął, słysząc mój głos.
- Nie, Ezra. Nic nie jest w porządku- głośno wypuścił powietrze.
- Więc mów co cię trapi.
- Myślałem, że po odejściu Samanthy gorzej już być nie może. Jednak się myliłem. Wiesz, niektórzy mają takie przeczucie, coś jak szósty zmysł. Przez lata będąc z nią, poznałem ją na wylot. Zawsze wiedziałem co się dzieje. I nawet teraz, gdy nie ma jej ze mną, wiem, że potrzebuje pomocy.
- Jest dużą dziewczynką i jestem pewien, że zdawała sobie z tego sprawę, gdy nas zostawiała- westchnąłem, próbując uwierzyć we własne słowa.
- Wiem, ale to coś innego. Dziwnego. Mam wrażenie, że ona mnie woła. Chce, abyśmy byli przy niej i jej pomogli.
- Wiesz, że to niemożliwe. Gdyby się z nami skontaktowała, na pewno wszyscy byśmy to wyczuli.
- To nie wszystko- zaczął nerwowo pocierać dłonie.- Camill i ja jesteśmy rodziną. Jej matka była siostrą mojego ojca.
- Ty chyba sobie żartujesz!- Krzyknąłem wstając. Spojrzałem na chłopaka. Chyba mówił poważnie... Nie mogłem uwierzyć, że to prawda! Jak ona mogła?! Przecież sama była zwykłym półdemonem, wilkołakiem, a nie Łowcą! Czułem to i sama mi się do tego przyznała! Tonny też to potwierdził... sam uznał, że ona jest odpowiednia na to miejsce, a on nigdy się nie mylił!
- Mówię poważnie. Sam mi kiedyś wspomniała, że pochodził z Irlandii, ale przecież to jakiś absurd. Nie chciałem nic wiedzieć na jego temat. Przez niego zostałem sam. Gdyby nie ona, pewnie już bym nie żył. To cud, że się spotkaliśmy. Przecież tu żyje kilkanaście tysięcy osób, więc czemu akurat ona się pojawiła? Mógł to być każdy... ale nie ona!
- Może to nie był przypadek?- Podzieliłem się z nim swoimi obawami.- Przez ostatnie lata powinniśmy zrozumieć, że nic nie dzieje się bez przypadku. Ktoś specjalnie ją tu skierował, a my musimy się dowiedzieć w jakim celu. Nie chce ryzykować, że może coś się stać, zwłaszcza, że teraz nie jesteśmy zbytnio bezpieczni. Mamy zbyt wiele do stracenia- wypowiadając ostatnie zdanie, poczułem niemiłe ukłucie w klatce piersiowej.
Ja już i tak zbyt wiele straciłem.







***SCOTT***




           Stałem spoglądając na otaczających mnie ludzi. Wszyscy tak beztrosko zajmowali się codziennymi zajęciami. Nawet mój szwagier wydawał się być szczęśliwy, chociaż miałem wrażenie, że nigdy się nie otrzęsie po stracie Sam. Ja wciąż cierpiałem z tego powodu. Była dla mnie siostrą. Jedyną osobą, która przez te lata się mną zajmowała. Kochałem ją i straciłem. Ale chyba już taka kolej rzeczy. Ludzie, czy też nieludzie, wszystkich łączy jedno; cierpienie. Cobyśmy nie zrobili, zawsze szczęściu towarzyszy ból. Bo przecież bez tego nie wiedzielibyśmy co to dobro. Gdybyśmy nie zaznali tego wszystkiego, żylibyśmy jak bezduszni, gotowi na każdy rozkaz. Czyli bylibyśmy nikim. Nic by nas nie poruszyło, zmartwiło, czy też uszczęśliwiło. Zwykłe maszyny kierowane przez innych. Ale bardziej zastanawiał mnie powód jego zmiennego nastroju, niż własne przemyślenia. Stanąłem tuż obok drzwi i, gdy chciałem zadać mu to pytanie, blondyn po prostu mnie minął, jakby mnie w ogóle nie dostrzegał. Nawet nie zareagował na moje wołanie. Rozumiem, że może być wściekły przez to co mu powiedziałem, ale sam nie dałbym rady z tym problemem. Dlaczego nie mogę martwić się o to, czy moja żona jest szczęśliwa, czy też jest jej dobrze, jak przystało na normalne małżeństwo? No tak, bo my przecież nie jesteśmy normalni.

         Skierowałem się do pokoju chłopców. Zauważyłem, że przebywając z nimi czułem się spokojniej. Te słodziaki sprawiały, że odcinałem się od świata. Przez chwilę przebywałem w zupełnie innym miejscu, jakim jest ich pokój. Drzwi do ich sypialni były otwarte, a w środku... To pomieszczenie nie przypominało pokoju dla dzieci. Zamiast łóżeczek stała kanapa, a miejsce ich mebli zajęły regały z książkami. Co ty się kurwa dzieje?!
          Pobiegłem do sypialni, gdzie zastałem swoją ukochaną. Klęczała przy łóżku, a wokół niej leżały zużyte chusteczki. Moje serce przyśpieszyło swoje bicie, gdy zbliżałem się do niej. Coś musiało się stać. Coś naprawdę okropnego. Blondynka nie zauważyła mojej obecności, co mnie jeszcze bardziej zmartwiło. Czyżby aż tak zatraciła się w cierpieniu, że nie dostrzegała otaczającego ją świata?
Mój wzrok skierował się na dwóch młodych mężczyzn, którzy weszli do pokoju. Wydawali się dość znajomi. Obydwoje mieli około szesnaście lat. Byli prawie identyczni, jednak różnił ich kolor włosów. Jeden był blondynem, zaś drugi miał prawie czarne włosy. Ich twarze także wyrażały smutek. Pomimo tych wyraźnych rys, w oczach widziałem łagodność.
- Mamo?- Odezwał się jeden z nich, na co ja zamarłem. Czyżby to byli moi chłopcy?! Czy to Tyler i Ethan?- Nam też go brakuje...
- Nie możesz wiecznie tu siedzieć- zaczął drugi.- Musisz do nas wrócić. Brakuje nam ciebie.
Halo! Ja też tu jestem! Może mi ktoś wytłumaczyć, co tu się dzieje?!
- Wiem, ale to wciąż boli... Dzisiaj mija dopiero druga rocznica, a ja wciąż czuję jakbym straciła go wczoraj...-O CZYM TY MÓWISZ KOBIETO?!- Wasz ojciec na pewno byłby dumny, że ma takich synów.
- I córkę- odparł blondynek siląc się na uśmiech.
Ja tu jestem!- Krzyczałem, chociaż nikt mnie nie słyszał. W moich oczach zagościły łzy, chociaż żadna nie wypłynęła.
- Tak, kochanie- wstała, po czym przytuliła do siebie chłopaków.- Zawołajcie Cassie. Chcę dzisiaj pojechać na jego grób. Na pewno się za nami stęsknił.
- Wszyscy już czekają na dole- tym razem odezwał się Tyler.- Wujek Ezra z ciocią Sam także przyjechali.
Czekaj... Sam wróciła?
- Więc chodźmy- odparła blondynka uśmiechając się smutno. W towarzystwie chłopaków, wyszła z naszej sypialni, w ogóle mnie nie zauważając. Gdy drzwi się zamknęły, otrząsnąłem się. Mogłem znów  poruszać kończynami. Skierowałem się do łóżka, na którym leżała ramka. Chwyciłem ją i z niedowierzaniem patrzyłem na fotografie. Przedstawiała nasze zdjęcie ślubne. Trzymałem ją na rękach, boso stąpając po piasku. Moja koszula była rozpięta, a marynarkę zostawiłem na sali. Amanda ujęła dłońmi moją twarz, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku. Uśmiechnąłem się podczas tej czułości. Fotograf uchwycił tą chwilę, gdy blondynka akurat położyła dłoń na zaokrąglonym brzuszku, nie przestając mnie całować. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi.
Dopiero po chwili dostrzegłem, że fotografia jest czarno biała, a u góry widniała czarna wstążka. Nie! To nie może być prawda... Ja żyję... Jestem tutaj... Oddycham...
Albo nie? Co jeśli to moja dusza, w końcu odnalazła drogę do nich? A ja byłem martwy...
Zostawiłem swoją rodzinę tak, jak mój ojciec mnie.
Zdjęcie z hukiem roztrzaskała się na podłodze. Drobinki szkła odbiły się od mojego ciała. Zobaczyłem oślepiający blask, który rozprzestrzeniał się po pomieszczeniu. Nie widziałem nic, prócz tej jasności, póki nie poczułem jak ziemia usuwa mi się spod nóg.




      Głośno dysząc usiadłem na łóżku. Przez chwilę nie mogłem się uspokoić, jednak widząc śpiącą obok siebie blondynkę, wszystko samo się ustatkowało. To był kolejny koszmar. Ten sam sen, który już wcześniej mnie męczył, jednak tym razem było inaczej. Miałem wrażenie, że przede mną stoi wybór. Mogłem temu wszystkiemu zaradzić. Nie musiało dojść do tej tragedii. Wiedząc, że i tak już nie usnę, skierowałem się do pokoju chłopców, upewniając się, że z nimi wszystko w porządku. Gdy zobaczyłem śpiących maluchów, powoli i po cichu wycofałem się z pomieszczenia i udałem się do kuchni. Zegar wskazywał dopiero trzecią w nocy, więc miałem sporo czasu przed sobą. Wyciągnąłem jedną butelkę wina i zasiadłem samotnie na kanapie. Korek niemal sam wyleciał, a moje gardło poczuło przyjemny smak słodkiego alkoholu. Wypiłem pół butelki wina. Oparłem ją o udo, nie wypuszczając z dłoni. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywałem się w jej zawartość. Ciecz przechylała się z jednego boku na drugi. Nagle poczułem ugniatający się materac pod czyimś ciężarem. Nie musiałem się oglądać, aby wiedzieć, kto zaszczycił mnie swoją obecnością. W końcu podniosłem butelkę i podałem ją przyjacielowi.

- Chcesz?- Zapytałem. Chłopak od razu chwycił moją zdobycz i przyssał się do niej.- Czemu pojawiasz się za każdym razem, gdy mam koszmary?
- Wiesz, pomyślałem, że jakaś dobra bajka na dobranoc załatwi sprawę. Nawet wymyśliłem kilka, jednak każda kończy się jakąś krwawą masakrą. Ale najlepsza jest ta, w której dziewczynie podrzynają gardło! Słuchaj. Dawno, ale to bardzo dawno temu...
- Śmierć- przerwałem mu.- Powiedz prawdę. To ona cie tu przysłała?
- I tak sam byś się domyślił... Tak, Sam chciała, abym cię pilnował.
- Nie jestem dzieckiem- warknąłem, wyrywając mu trunek z dłoni. Pustą butelkę wyrzuciłem na dywan. Szkło nie wydało z siebie żadnego odgłosu.- Może jeszcze powiesz, że chłopakom także kazała mnie pilnować?
- W zasadzie...Tylko blondaskowi.
- Świetnie- mruknąłem.- No po prostu zajebiście.
- Ona martwi się o ciebie. Chciała, abyś był szczęśliwy, gdy jej nie będzie.
- Myśli, że bez niej będę szczęśliwy? Dobre! A tak w ogóle, może tobie powiedziała dlaczego od nas odeszła? Bez żadnego pożegnania, czy też jakiegokolwiek słowa. Wracam do domu i dowiaduję się, że moja kochana siostrzyczka postanowiła wyjechać na wieczne wakacje. Nawet kurwa nie raczyła mnie o tym poinformować!
- Scott, to nie jest takie proste. Wiesz co się działo z nią przez te ostatnie kilka miesięcy. Potrzebuje czasu, żeby wszystko zrozumieć.
- Ale jakoś tobie wybaczyła- mruknąłem wściekły.
- Łączą nas pewne sprawy, które wymagają wzajemnej komunikacji. Nie miała wyjścia, chociaż jeśli ci to poprawi humor, mnie także nie cierpi.
- O matko! Mam teraz skakać z radości? Chce się z nią spotkać. Musi mi to osobiście wyjaśnić- narzuciłem na siebie koszulkę i, nie zważając na protesty chłopaka, nakazałem mu siebie zaprowadzić do niej.
- To jest bardziej skomplikowane niż myślisz. Ona nie jest w Cerisie, tylko...- przerwał spoglądając za mnie. Powiodłem swój wzrok w tamtym kierunku, dostrzegając stojącego blondyna za mną. Cholera... Ciekawe ile usłyszał z naszej rozmowy.
- Ona jest w Piekle, prawda?- Zapytał, a ja jeszcze bardziej wytrzeszczyłem oczy.





Hejka :* Rozdział pisany na lekcji... więc za wszystkie błędy przepraszam >.<

Zawaliłam rodzinne spotkanie -.- Miał być więcej akcji... ale tyle musi wystarczyć. Następny rozdział może będzie za tydzień( nie obiecuję, bo sprawy się trochę pokomplikowały). Po 16 już wszystko wróci do normy ;)
A tak wgl, jak myślicie, co będzie ze Scott'em? Jak Ezra zareaguje na wieść, że Samantha jest w Piekle? I co kombinuje Sam? Jakieś sugestie, które mogłyby mnie zachęcić do zmiany zakończenia? Jak już wcześniej wspomniałam, nie będzie one zbyt szczęśliwe, ale do końca jeszcze trochę :*
Pozdrawiam
Seo



PS. Zapraszam -----------> W imię wolności...


środa, 28 maja 2014

Śmierć

Nie wiem jak wam, ale mi się bardzo podoba ;3

Nowy rozdział w piątek ! :D

Widzisz to?
To są tylko łzy. Kropelki słonego deszczu, bezwładnie spływające po policzkach.
Gromadzą się w tobie, zamazując realia świata. Ukazują się w najgorszych momentach. W sytuacjach, gdy chcąc zostać silnym, poddajesz się ich woli. Popadasz w obłęd.
Jesteś skazany na ich wieczne towarzystwo.
Pytasz dlaczego?
One odpowiadają wciąż tak samo. Kolejny żołnierz opuszcza swoje szeregi, zostawiając ślad po sobie na twojej twarzy.
Krzyczysz bezsilnie do pustego domu. Po chwili jednak zaczynasz się śmiać. To wszystko jest zbyt przytłaczające, aby było prawdziwe. Śmiechem zagłuszasz ból, dzięki czemu jeszcze bardziej cierpisz.
Twoja maska beznamiętności osuwa się na ziemie i z wielkim hukiem łamie się na kilkaset kawałków. Chwytasz po kolejną, ale ktoś ci zabrania. Ktoś cię powstrzymuje przed kolejną grą.
Nie jesteś przecież aktorem, więc na co ci to? Czemu nie chcesz pozostać sobą, tylko wciąż udajesz kogoś innego? Znowu się śmiejesz. Jakby odpowiedź była aż tak oczywista.
W jednym momencie krzyżujesz ręce na piersi tak, jakby to miało pomóc. Mylisz się. To nie pomaga, tylko wzmacnia twoje cierpienie. Silne ukłucie w okolicach serca paraliżuje cię. Teraz to ty spadasz. Klęczysz, a kolejni żołnierze maszerują po twoich maskach. Każda z nich zostaje brutalnie zerwana. Zaciskasz zęby z bólu. Syczysz.
Czujesz zimno na lewej stronie twarzy. Chłód bucha z podłogi, niczym rozpędzona lokomotywa. Próbujesz przewrócić się na plecy, ale kolejny ból powstrzymuje cię przed tym. W tle zaczyna grać muzyka.
Śmiejesz się, słysząc jej treść. Nie reagujesz na ból fizyczny zadawany ci przez organizm. Wiesz, że to już koniec.
Poddajesz się. Nie chcesz walczyć. Może i wygrałaś bitwę, jednak wojna całkowicie pochłonęła cię.
Zamykasz powieki i w momencie, gdy chcesz się oddać w sidła Śmierci, ból ustępuje. Z niedowierzaniem w oczach wstajesz. Spoglądasz na swoje ciało i się uśmiechasz. Nic już nie sprawia ci bólu. Każda, nawet najmniejsza rana, została wyleczona. Ciało nie jest już niczym naznaczone.
Wplątujesz swoje chude palce w włosy. Nie czujesz ich miękkości, jednak to cię nie martwi. Teraz uśmiech góruje na twojej twarzy. Pierwsza nachodząca umysł myśl, to to, że życie jednak nie jest okrutne. Trzeba tylko dać sobie szanse.
Nawet nie wiesz jak się mylisz...
Poprawiasz białą sukienkę, w którą jesteś ubrana i marszczysz mały nosek. Nie przypominasz sobie, żebyś ją ubierała, ani kupowała. Ale to wciąż nie martwi cię, ani nie zasmuca. Wyciągasz rękę w stronę drzwi. Jednak ona przez nie przechodzi. Właśnie teraz czujesz, że twoje życie balansuje na krawędzi. Chociaż nie wiesz czemu. Uczucie szczęścia góruje nad tym. Czujesz się wolna i bezpieczna.
Drzwi z premedytacją zostają otwierane. Do środka wchodzi starsza kobieta. Biegiem rusza w głąb pomieszczenia.
Twój wzrok wędruje na oddalające się jej ciało. Krzyczysz. Jednak ona cię nie słyszy. Wciąż powtarza twoje imię.
Odbija się w głowie jak echo. Żołnierze znów próbują wymaszerować, ale czemu? Przecież wszystko jest już dobrze. Ból zniknął, a pojawiło się szczęście.
Pozory mylą.
Uczucie melancholii powraca.
Podchodzisz do kobiety i kładziesz dłoń na jej ramieniu. Znowu przez nią przenika. Cicho szepczesz mamo... Ona nie odpowiada, tylko płacze, pokrzykując przy tym.
Wiedziesz za jej wzrokiem i dopiero teraz widzisz to, co ona.
Ciało młodej dziewczyny, leżącej na ziemi. W jej oczach widać ból, a ona sama tonie; we krwi. Kałuża wokół jej ciała się powiększa. Nie ma już żadnych szans. Klękasz obok niej i składasz delikatny pocałunek na martwym czole. Na ustach czujesz zimno. Niewyobrażalne chłód, który zawsze towarzyszy martwym. Wiesz co to znaczy.
Spoglądasz na swoje nadgarstki. Są czyste, co tylko utwierdza cię w przekonaniu, że ona odeszła.
Ostatnia łza spływa po jej policzku. Ścierasz ją i chowasz w sercu. Ona nie żyje- myślisz.- A ja wraz z nią.
Zamykasz powieki i znów oddajesz się w sidła Śmierci. Jednak zdążasz wyszeptać jedno słowo. Jeden wyraz, który zmienia całe twoje martwe życie.
Zastanawiasz się czemu nie przeprosiłaś? Czemu nie pożegnałaś się z nimi, wiedząc, że to właśnie tak się skończy? Znów odpowiedź nasuwa ci się przed oczami. Szybko ją omijasz, bo wiesz, że to znów przyniesie niepotrzebne cierpienie.
Teraz jesteś wolna i z kpiną patrzysz na ten cały teatrzyk. Lalki ponownie zajęły swoje miejsca, ale tym razem doszedł ktoś nowy. Ktoś kto zajął twoje miejsce i przyjmuje na siebie całe cierpienie. Spoglądasz w górę i czujesz szczęście. Znowu szepczesz ciche dziękuje i skaczesz.
Wiatr otula twoje nagie ramiona. Rozsuwasz skrzydła i lecisz. Czujesz się wolna, niczym ptak.
W momencie, gdy dziewczyna przykłada swoją zimną przyjaciółkę do nadgarstka, stajesz przed nią, ostatni raz machając skrzydłami. Kukiełka w osłupieniu patrzy na ciebie, a ty wciąż się uśmiechasz. Delikatnie zabierasz jej żyletkę. Wiesz, że to pomoże i jednocześnie ją uratuje od bólu. Mocno ściskasz jej drobne i wychudzone ciało. Zabierasz ją w sidła swojego przyjaciela.

Śmierć już czeka i wie, że spektakl właśnie dobiegł końca.