Hej Kochani!!! Mój blog W imię wolności... bierze udział w konkursie. Wszystkich chętnych, tych którzy go czytają i lubią, a także tych, którzy chcą zagłosować na niego, proszę o wzięcie udziału w głosowaniu. To dla Was dosłownie chwilka, a dla mnie znaczy bardzo wiele :*
Zapraszam także jutro na nowy rozdział ;)
Pozdrawiam
Seo
ANKIETA---------->LINK
czwartek, 26 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Księga II: Rozdział XIV
„Gdy rozum śpi, budzą się
upiory”.
***CHRISTOPH***
Jest nieźle wkurwiona. Wiem to. Czuje
to. Chyba wszyscy zdążyli to zauważyć, gdy w drodze do jej
komnaty zabiła trzy demony niższej rangi. Zwykłe parobki, powołane
do brudnej roboty. Lucyfer na pewno nie zauważy ich zniknięcia.
Przynajmniej mam taką nadzieję.
Zaprowadziłem ją do wschodniego
skrzydła. Przez pewien czas właśnie tam mieszkałem. Nikt nie
zapuszczał się do mojej komnaty, gdyż czary ochronne im to
uniemożliwiały. Miałem swój własny azyl, którym teraz musiałem
się podzielić z rozwścieczoną dziewczyną. Okej, może w innej
sytuacji nawet to by mi się spodobało. Ja, z piękną kobietą,
sami w komnacie. Bez żadnej przypadkowej widowni, tylko we dwoje...
Mógłbym inaczej przekierować jej temperament.
Cholera!
O czym ja myślę?! Przecież to jest
Samantha! Jedyna kobieta, której pozwoliłem się do siebie zbliżyć.
Ta, która bez mrugnięcia oka by mnie zabiła. Nasza przyjaźń w
niczym by mi pomogła. I pomyśleć, że kiedyś służyłem tej
parszywej gnidzie. Chociaż? W zasadzie chyba nigdy tak nie było.
Jedyny powód dlaczego postanowiłem przyjąć to zadanie, było to,
że chciałem ją uratować. A to już od niej zależało, po której
stanie stronie.
Jeśli będzie miała jakiś wybór...
Lucyfer może i był teraz demonem, ale
wcześniej płynęła w nim anielska krew. Wciąż można nim
manipulować. Znajdę sposób, aby odpuścić. Może i jesteśmy
demonami, przebrzydłymi gnidami, które czekają na odpowiedni
moment, aby wykorzystać słabość innych, ale jak wszyscy-
kierujemy się Kodeksem, a wszystkie zasady jakoś idzie obejść.
Zatrzasnąłem drzwi do wielkiej
komnaty. Podszedłem do okien i odsłoniłem zasłony, aby wpuścić
chociaż trochę światła do pomieszczeń. Gdy już to zrobiłem,
odwróciłem się do Samanthy, która przepełniona złością,
wpatrywała się we mnie.
Już po mnie.
- Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!-
Wrzasnąłem.
- Jak śmiesz tak zwracać się do
swojej...
- Jesteśmy sami- przerwałem jej.-
Cienie mają tu zakaz wstępu, a twój mały pokaz mocy zniechęcił
wszystkie demony do podsłuchu.
- To dobrze- zauważyłem jak jej
postawa się zmienia. Już nie przypominała tej wściekłej i
spiętej osoby. Patrzyłem na nią i dostrzegłem zwykłą
dwudziestolatkę, która pojawiła się w nieodpowiednim miejscu i
czasie. Wyobrażałem sobie ją jako zwykłą dziewczynę. Z dala od
tego całego popieprzonego świata. Byłaby jedną z wielu
mieszkańców, którzy nie wiedzieli by o naszym istnieniu. I
doszedłem do wniosku... że to nie dla niej. Ona była urodzoną
wojowniczką. Przywódczynią, która zaprowadzi spokój i rozejm
między naszymi światami. Była potężna, a ja wierzyłem, że da
radę.
- Po co to zrobiłaś?- zapytałem, na
co ona wzruszyła tylko ramionami.- Nie mów, że urządziłaś sobie
tą całą akcję, tylko dla zabawy.
- Może- udała zamyśloną.- Albo po
prostu chciałam wkurzyć mojego kochanego tatusia- zaśmiała się.
- Przeginasz- zagroziłem siląc się
na poważny ton.- Przez ciebie jeszcze wyląduje w Piekle- po moich
słowach obydwoje wybuchliśmy śmiechem. Tak, tego jej było trzeba.
O drobinę normalności w tym wariactwie.
- Jak myślisz... Jak to wszystko się
skończy?
- Nie wiem, Sam. Czasami mam nadzieję,
że to wszystko jest jednym, wielkim koszmarem, z którego nie
potrafię się obudzić. Ale potem zdaję sobie sprawę, że jestem
tylko drobną częścią tego. Błahym elementem, a ty tworzysz
całość. To od ciebie będzie zależało czy pozwolisz, aby demony
zniszczyły wszystko. Spaliły cały nasz świat, czy przywrócisz
jako taki porządek.
- Myślisz, że dam radę? Ty siedzisz
w tym od dłuższego czasu. Ja... ledwo co wiąże koniec z końcem.
Przez całe swoje życie nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile mnie
ominęło. Może gdybym wcześniej się dowiedziała byłoby
prościej?
- Może- założyłem ręce za głowę
i zacząłem wszystko rozmyślać. Może gdyby się dowiedziała
wcześniej, nadal byłbym aniołem? A może do niczego by takiego nie
doszło? Nigdy byśmy się nie spotkali. Czego oczywiście bardzo bym
nie chciał. Może i Sam była straszna, gdy wpadała w ten swój
amok, ale poza tym, nie dało jej się nie lubić. Po prostu czułem
dziwną energię, która mnie di niej ciągnęła.- Ale nie możemy
tego cofnąć. Zobacz, gdybyś się wcześniej dowiedziała, nie
przeżyłabyś tego co teraz. Scott na pewno by nie żył, ani Amanda
czy ich dzieci. Nie poznałabyś...- zamilkłem, gdy zdałem sobie
sprawę co chciałem powiedzieć. Świetnie! Miałem poprawić jej
humor, a tylko pogorszyłem sytuację. Po jaką cholerę chciałem o
nim mówić?!
- Ezry- dokończył męski głos.
Nerwowo obejrzałem się za siebie. Odetchnąłem z ulgi, gdy osoba,
która się odezwała, okazała się być Śmiercią, a nie
Lucyferem.- Nie poznałabyś Ezry, a to wszystko by się nie
wydarzyło. Zobacz co by się stało, gdybyś go nie poznała. Nie
bylibyśmy w tym miejscu, a już prawie koniec.
Zmarszczyłem brwi analizując jego
słowa. Jaki koniec? O czym on w ogóle pieprzy?
- Śmierć- rzekła spokojnie, choć
mógłbym przysiąc, że w jej oczach widziałem ten znajomy błysk,
który zawsze zwiastował nieszczęście.- Po co tu przyszedłeś?
Chyba mieliśmy umowę.
- O! Widzę, że nie tylko z diabłem
zawierasz pakty- rzuciłem bez zbędnego namysłu. Do jasnej cholery!
Co się ze mną dzieję?!
- To nie twoja sprawa- warknęła do
mnie, po czym skierowała się do Kosiarza.- Po co tu przyszedłeś?
- Mała zmiana planów. Twój kochaś
postanowił przyśpieszyć wasze spotkanie i właśnie w tym momencie
wybiera się do ciebie.
***SAMANTHA***
Zdumiona jego słowami, przez chwilę
trwałam w milczeniu. Ezra... dlaczego teraz? Przecież jeszcze parę
dni, a sama bym do ciebie przyszła. I co teraz?! Jak ja mam mu to
powiedzieć? Czułam się jeszcze bardziej zakłopotana niż
wcześniej. Bardzo chciałam się z nim spotkać. W końcu nie
widzieliśmy się przez miesiąc, ale z drugiej strony, wiedziałam,
że to spotkanie źle się skończy. Żeby tylko mnie nie
znienawidził... O ile już tego nie zrobił.
- Jakim cudem dowiedział się o moim
pobycie w Piekle?- Zapytałam, gdy Chris opuścił komnatę,
zostawiając nas samych.
- No może....Chociaż nie....
Albo...?- Zaczął się jąkać, a ja jeszcze bardziej się
wkurzyłam.
- To twoja sprawka, tak?! Ty mu to
powiedziałeś!
- Powiedziałeś... To raczej złe
określenie. Może bardziej trafne byłoby, że wymsknęło mi się,
albo...
- Przestań- przerwałam jego
bezsensowne wypowiedzi.- Już po fakcie, więc niczego nie zmienimy.
Teraz tylko musimy dojść do tego, co konkretnie mu powiemy. Wiesz,
że nie chcę go okłamywać.
- Ale to nie będzie kłamstwo. Zwykłe
niedomówienie prawdy. Pominiemy po prostu kwestię twojej śmierci i
to wszystko. Resztę sama załatwisz- mrugnął do mnie, a ja po
prostu miałam ochotę lekko podbić mu to oko. Różowo-fioletowy
„cień” idealnie pasowałby do jego cery.
- Zgoda- westchnęłam. - Pominę to.
Ale wiesz, że potem będę chciała wrócić na Ziemię?
- Wiem, ale to chwilowo niemożliwe.
Jeśli ten fanatyk wciąż żyję, na pewno zechce polować na
twojego demona. W tym stanie jest to możliwe. Będzie mógł go
wydostać z ciebie, ale kosztem waszego życia i wielu innych.
Najpierw będziemy musieli go znaleźć. Moi ludzie przeczesują całą
Ziemię, potem zajmą się Patresem i Piekłem. Ceris jest czysty,
więc zaraz po wypuszczeniu cię, wrócisz grzecznie do Cerisu, nie
robiąc żadnych problemów. Zrozumiano?
- Ale skąd wiesz, że mnie wypuszczą?
Oni myślą, że to ja jestem odpowiedzialna za to.
- Już nie. Will nigdy nie uwierzył w
to, a kolejny atak dowiódł twojej niewinności.
- Znowu kogoś zabił?
- Tak. Tym razem wybił całe stado
wilkołaków. Robi się coraz potężniejszy i odważniejszy. Musimy
go szybko dopaść.
***EZRA***
Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem aż
tak szczęśliwy. Samantha ma na mnie pozytywny wpływ. Zresztą, nie
tylko na mnie. Nawet Tonny był dzisiaj w lepszym humorze. Nie wiem
co się z nim ostatnio działo, ale wyglądał fatalnie.
- Tylko sprowadź ją całą i zdrową-
uśmiechnął się do mnie, po czym podał fiolkę z portalem.
- Postaram się- sam wyszczerzyłem się
w uśmiechu.
Dzisiaj byłem zdolny nawet przenosić
góry. Energia rozpierała całe moje ciało, a to tylko dlatego, że
Śmierć powiedział, że moja ukochana chce się ze mną spotkać.
Wiedziałem, że ona wciąż coś do mnie czuje, a to wszystko co
napisała w liście, to zwykłe bzdury.
Ustawiłem się na środku salonu.
Wszyscy lokatorzy też tu byli. Oni również nie mogli się doczekać
powrotu Sam. Nawet Ethan i Tyler znaleźli się wśród nas. Już nie
przypominali tych noworodków sprzed tygodnia. Może dlatego, że w
naszym świecie mężczyźni szybko dojrzewają? Bardzo szybko. Wiem,
że zanim osiągnąłem dorosły wiek, czyli zanim wyglądałem na
dwadzieścia trzy lata, minął zaledwie rok. Z dziewczynami było o
wiele trudniej. Nasz lud był nieśmiertelny. Byliśmy wojownikami,
czyli przepełnionymi mężczyznami. Aby w rodzinie urodziła się
córka, rodzice musieli mieć błogosławieństwo samej Królowej, w
innym wypadku, tylko potężne demony mogły sobie pozwolić na taki
dar. Szlachecka dziewczyna była postrzegana niemal jak bóstwo.
Przynajmniej dla mnie Sam była niczym bóstwo.
Odkręciłem fiolkę i wysypałem jej
zawartość na podłogę, po czym mocno wdepnąłem w nią. Pył
uniósł się ku górze, pochłaniając mnie całego. Zamknąłem
oczy i zacząłem wypowiadać nazwę miejsca, do którego chciałem
się udać.
- Inferno- po raz ostatni
zawołałem, a ciemność spowiła mój umysł.
Nie musiałem długo czekać. W ciągu
kilku sekund, pojawiłem się w Piekle. Ze względu na to, że już
tu byłem, wiedziałem, że właśnie trafiłem do jednej z cel.
Wszystkie, że tak się wyrażę, nieautoryzowane teleportacje,
właśnie tu się kończyły. Spokojnie zająłem miejsce na ławce i
czekałem, aż Cienie upomną się o mnie.
Niemalże od razu metalowe kraty
zostały otwarte. Nawet dobrze nie potrafiłem się usadowić na
miejscu, a on już zawołał mnie do siebie. Zostałem zaprowadzony
do głównej sali. Chociaż zwykły poboczny widz, widząc to,
stwierdziłby, że jakiś wariat, ze skutymi rękami idzie przed
siebie, a łańcuch lewituje nad nim. Tak, one były tylko widoczne
dla takich przeklętych jak ja.
Jak zwykle, demony przygotowywały się
do uczty. Wiedziałem, że to na cześć Sam. Stanąłem przed
Lucyferem i pokłoniłem się mu. Łańcuchy z brzdękiem opadły na
ziemię.
- Co cię do mnie sprowadza, chłopcze?-
Zapytał swoim jak zwykle spokojnym i lekko znudzonym głosem.
- Panie, przybyłem tu na rozkaz
Lilith. Mam dla ciebie list, który przekazuje w jej imieniu.- Diabeł
wzdrygnął się i podszedł do mnie. Wyciągnąłem kopertę z jego
pochyłym imieniem napisanym z tyłu. Wręczyłem mu ją i oddaliłem
się od Króla o parę kroków. Tak, jak nakazywała etyka. Lucyfer
nie otworzył koperty. Uśmiechnął się do mnie zawadiacko, a przez
moje ciało przeszła fala dreszczy. Co on kombinuje?
- Mam nadzieję, że zostaniesz z nami
na kolacji. Mamy dzisiaj bardzo ważnego gościa, którego chciałbym
ci przedstawić.
- To będzie dla mnie zaszczy- lekko
się pokłoniłem i zauważyłem zbliżającego się do nas demona.
Pochylił się nad Królem w szepnął mu do ucha.
- Zabiła trzech demonów, Panie. Jej
demon wciąż łaknie dusz. Musimy wysłać jej kolejnego, inaczej
sama sobie wybierze następną ofiarę.
Idiota myślał, że nie usłyszę. No
tak... demony nie mają tych zdolności, ale my półdemony, ze
zmysłami wilków, potrafimy to. Wiedziałem, że rozmawiają o mojej
ukochanej. Choć próbowałem udać obojętnego, chyba niezbyt mi się
to udało.
- Zwołajcie tu wszystkich. Chyba
będziemy musieli przyśpieszyć naszą kolację. Asmodeuszu- zwrócił
się do demona żądzy, którego najchętniej bym zabił. Miałem z
nim już wcześniej niemiłe spotkanie i nie chciałbym tego
powtórzyć. Zważywszy, że przybrał postać Lukasa, moja złość
się nasiliła. Jak ja mogłem go nie wyczuć?- Przyprowadź naszego
gościa, a ciebie Estesie, proszę o zajęcie miejsca. Przy mnie-
skinąłem głową na zgodę i podążyłem za Władcą Piekieł.
Udaliśmy się do jadalni, która świeciła przepychem. Na początku
zdawało mi się, że jest ona wykonana cała ze złota, jednak duża
ilość świec, odbijających się o złote i srebrne dodatki, dawała
takiego uroku temu pomieszczeniu. Tuż nad wielkim kamiennym stołem,
który został nakryty dla ponad trzydziestu osób, zwisał żelazny
świecznik, z którego ciągnęły się czerwone szale, kończąc swój
bieg na ścianach. Wyglądało to jak w cyrku, jednak jak tradycja
nakazywała, właśnie tak powinno się witać ważnych gości. A Sam
taka była. Szczególnie dla mnie.
Wszyscy zajęliśmy miejsca, oprócz
Asmodeusza i Samanthy. Siedziałem po prawej stronie Władcy, a tuż
obok mnie, miejsce było wolne. Wiedziałem, że właśnie tam ona
usiądzie. Obok mnie. Moje serce przyśpieszyło swoje bicie, gdy
drzwi do komnaty się otworzyły. Dostrzegłem ją. Dumnie kroczącą
przez salę. Nie przyglądała się tamtym demonom, tylko patrzyła
przed siebie. Nawet mnie nie dostrzegła...
Wszyscy powstaliśmy i czekaliśmy, aż
ona zajmie swoje miejsce. Zanim jednak usiadła, spojrzała na mnie.
Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jakby była pusta. Oczy zaś
mówiły o wszystkim. Dostrzegłem to samo spojrzenie, jakim mnie
obdarowywała wcześniej, gdy wierzyła w naszą miłość.
- Przepraszam- odchrząknął Król.-
Samantho, poznaj proszę Estesa. Przybył dzisiaj z wiadomością od
twojej matki- ująłem jej dłoń, po czym złożyłem delikatny
pocałunek. Zajęliśmy miejsca, a w pomieszczeniu zaczął unosić
się gwar rozmów. Władca za wszelką cenę chciał nawiązać
kontakt ze swoją córką, która po prostu zbywała go za każdą
próbą.
- Więc Estesie- zaczął, gdy już
znudziło mu się to ciągłe spławianie- może opowiesz mi coś o
sobie? Chyba, że chciałbyś mówić o Lilith, ale wiem, że jest to
u was zakazane.
- Tak, panie. Nie mamy prawa mówić o
osobistych sprawach naszych Władców. Jest to surowo zakazane i
grozi nawet śmiercią.
- Dura lex sed lex- powiedział
uśmiechając się przy tym.- Twarde prawo, ale prawo. Moje ulubione
powiedzenie. Więc powiedz coś o sobie. Jakieś plany na przyszłość?
Dziewczyna? Żona? Rodzina? Czy masz zamiar służyć jej do końca
swoich dni?
- W zasadzie mam dziewczynę-
powiedziałem, kątem oka zerkając na Sam. Jej kostki zbielały, gdy
ścisnęła nóż w dłoni.- A dokładnie narzeczoną. Niestety mamy
mały kryzys w związku.
- Uuu... Ciężka sprawa. Ja na twoim
miejscu bym się nie ustatkowywał. Na świecie jest wiele pięknych
kobiet i to aż grzech być tylko z jedną- zaśmiał się, a ja
poczułem dziwną, mroczną energię. Sam.
- To samo powiedziałeś matce, gdy
mnie odrzuciłeś?- Zapytała.- I teraz sobie przypomniałeś o moim
istnieniu, gdy okazało się, że jestem wystarczająco potężna,
aby spełnić twoje rozkazy. Przez ciebie już zbyt dużo osób
umarło, a ty nadal nie masz dość?
- Nigdy cię nie zostawiłem-
zapewnił.- Twoja matka ukryła cię przede mną. Gdybym wiedział
wcześniej, że mam córkę, to wszystko wyglądałoby inaczej.
- Masz rację. Zginęłoby więcej
ludzi, a Ceris całkowicie by upadł, przez twoją chorą żądze
krwi.
- To nie przeze mnie on zginął.
Zauważ, że wszystkie wojny są skutkami jednego, błahego uczucia,
jakim jest miłość. Twoja matka zniszczyła swój kraj, tylko
dlatego, że mnie pokochała. Tak samo było z Willem i Azatrą.
Gdyby ona nie zakochała się w nim, nie straciłaby władzy i nie
gniła we własnym lochu. Miłość bez wzajemności niszczy
wszystko. Każda wojna jest nią spowodowana. Nawet w mitologii
możesz ją dostrzec.
- Skoro twierdzisz, że miłość nie
istnieje, to jak możesz się o mnie martwić, nie czując nic do
mnie? Jako ojciec powinieneś kochać swoje dziecko, a nie się go
bać.
- Sam, ja nie twierdzę, że ona nie
istnieje, tylko to właśnie ona jest odpowiedzialna częściowo za
zło. Nie ja.
- To ty mnie stworzyłeś, więc
owszem. Jesteś w stu procentach odpowiedzialny za zło.
- Wtedy nie wiedzieliśmy do czego to
doprowadzi. Byliśmy młodzi i głupi.
- Teraz niewiele się zmieniło. Wciąż
nie wiecie do czego doprowadziliście.
- Ty też nie.
- Nie. Ja już wiem. I wiem też jak to
się skończy- dziewczyna wstała, a za nią my wszyscy. Jeden ze
strażników
podszedł do niej, aby zaprowadzić ją do komnaty. Na rozkaz Władcy,
podążyłem za nimi.
Niepewnie
kroczyłem za nią. Wydawała się być inna, ale to wciąż była
moja Sam. Ta, którą kocham ponad życie. Demon przystanął na
łuku, a my w milczeniu szliśmy dalej. W końcu trafiliśmy do jej
komnaty. Ujrzawszy rozłożonego Chrisa na jej łóżku, cały
zawrzałem. Ścisnąłem dłonie w pięści, aby nie wybuchnąć.
-
O! Kochaś wrócił? - zawołał radośnie.
-
Zamknij się, albo powiem Lucyferowi, żeby się tobą zajął-
zagroziła.
-
A ty pewnie masz się zająć nim- wskazał na mnie, a ona
zmarszczyła brwi.- Asmodeusz mówił, że zaraz po kolacji przyjdzie
demon, żebyś mogła się nakarmiła. Przypuszczam, że nie
powiedziałaś mu o waszym związku?
-
Nie, ale zaraz mogę mu o czymś innym powiedzieć.
-
Dobra! Tylko spokojnie, mała. Rozumiem, że mam wyjść, abyście
mogli się zająć sobą- powoli wycofał się, po czym zostawił nas
samych. Nie wiedziałem co powiedzieć. Najlepiej, to wtopiłbym
dłonie w jej jedwabiste włosy, a wiśniowe usta złączył ze
swoimi. Miałem ochotę ją dotknąć. Poczuć jej bliskość i mieć
pewność, że to nie sen.
-
Po co tu przyszedłeś?- Zapytała, a ja znieruchomiałem.
-
To chyba oczywiste, Sam- wzdrygnęła, gdy wypowiedziałem jej
imię.
-
Dla mnie nie. Chyba dałam ci jasno do zrozumienia, że nie chce cię
więcej widzieć.
-
Wiem, że kłamałaś. To co między nami było, jest prawdziwe.
Kocham cię i wiem, że ty mnie też.
-
Nie, Ezra. Ja nic do ciebie nie czuje. To co było, minęło i już
nie wróci- stanąłem tuż przed nią. Spojrzałem w te piękne,
czarne oczy i dłonią pogładziłem po policzku. Zamknęła
powieki,
przez co skorzystałem z okazji i pocałowałem ją. Nie odepchnęła
mnie, tylko pogłębiła nasz pocałunek. Byliśmy jak dwaj
pustelnicy, którzy spragnieni po długiej tułaczce, w końcu
dostali się do wody. W naszym przypadku ta woda to my sami.
Potrzebowaliśmy się nawzajem. Potrzebowałem jej, aby żyć. Gdy
zabrakło nam tchu, niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
Stykaliśmy się czołami,
głośno dysząc.
-
Dlaczego nie możesz zostawić mnie w spokoju? Nie dociera do ciebie
to, że cię nie chce?- zapytała, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem.
Jeszcze raz złączyłem nasze usta w spragnionym pocałunku.
-
Nie - wyszeptałem. Chwyciłem ją w pasie przyciągając do siebie.-
Czemu nie możesz przyznać, że coś do mnie czujesz?
-
Bo nienawidzę ciebie za to, że cię kocham.
-
Więc nie odchodź więcej ode mnie-
poprosiłem.-
Nie chce żyć bez ciebie. Zostań ze
mną...
-
Nie!- Krzyknęła, po czym odepchnęła mnie od siebie. Zachwiałem
się, ale nie straciłem całkowicie równowagi.- To nie miało tak
być...- przetarła dłońmi twarz.- Nie mogę...
-
Sam, powiedz co się dzieje- podszedłem do niej i tym razem mnie nie
odrzuciła, jednak nie chciała na mnie spojrzeć.- Jeśli mi nie
powiesz, nie będę w stanie ci pomóc, a wiesz, że zawsze możesz
na mnie liczyć.
-
Chciałabym, żeby tak było- wymamrotała.- Teraz już nikt nie
potrafi mi pomóc.
-
Wiesz, że nie odpuszczę? Choćby nie wiem co, będę walczył o
ciebie, póki sama nie przyznasz, że mnie kochasz.
-
Kocham cię!- Krzyknęła zirytowana.- Nigdy nie przestałam cię
kochać. Przez te ostatnie tygodnie czułam się jak jakiś wrak, gdy
zdałam sobie sprawę, jak bardzo was zraniłam. Codziennie szukałam
sposoby, żeby do was wrócić. Żeby mieć pewność, że nie
zagrażam nikomu. Że będąc przy mnie, możecie się czuć
bezpieczni, a nie, mieć wrażenie, że czyham na was na każdym
kroku- dopiero teraz na mnie spojrzała, a ja ujrzałem dawną Sam.
Moją Sam. Widziałem tą znajomą twarz, która z matczyną troską
patrzy na nas. Szczególnie na mnie. Wtuliła się w moją pierś.
Staliśmy tak przez kilka minut delektując się tą chwilą. Ale ja
wiedziałem, że za niedługo będę musiał zniknąć. Nie dość,
że Lucyfer skazał mnie na śmierć, to portal znów się otworzy,
żeby mnie zabrać do domu. Chociaż mój dom jest tam gdzie ona.
-
Musisz już iść- powiedziała, jakby słyszała moje myśli.-
Niedługo wrócę.
-
Pójdę, jeśli mi powiesz co się stało- zastrzegłem, a ona
poprowadziła mnie na kanapę. Obydwoje zajęliśmy miejsca tuż
przed kominkiem. Jej spojrzenie utknęło w ogniu, które wzmocniło
swoją moc.
-
Po spotkaniu z Daviną chciałam pojechać do ciebie- wyznała.- Lukas jakoś
wezwał mnie do siebie. Nie wiem jak, ale znalazłam się na polanie
i wtedy to wszystko się stało...- przystanęła na chwilę, a ja
ścisnąłem jej dłoń, aby dodać otuchy.- Na rozkaz Lucyfera użył
na mnie swojej mocy. Przypomniałam sobie wszystko. Objęłam jakąś
kontrolę nad demonem i ujrzałam urywki naszej przeszłości. Część
była związana z moim zniknięciem, inna zaś była o moim początku.
Przez pewien czas znajdowałam się w Otchłani. Widziałam swoją
matkę, zanim straciła Ceris i ojca, jako anioła. Wszystko było
takie idealne... Jednak, gdy zaszła w ciążę i powiedziała
Królowi o tym, że on nie jest moim ojcem, wściekł się. Chociaż
przed nią udawał, to w Otchłani czułam jego gniew. Przeklął
mnie, a wtedy demon skorzystał z okazji i uciekł. Schował się w
moim ciele. Od setek lat czekał na tą okazję. Dzięki mnie mógł
odzyskać swoją cielesną postać i moc. Już od dziecka z nim
walczyłam, więc jakoś udało mi się go poskromić. Tym razem było
inaczej. Od
dawna szukałam sposobu, aby się go pozbyć. Aż w końcu znalazłam
kogoś, kto potrafiłby uwięzić go w moim ciele. Znów byłby
uśpiony, a wy bezpieczni-
przerwała na chwilę, a ja
dostrzegłem
ból w jej spojrzeniu.-Niestety,
każda magia ma swoją cenę. Ja już swoją zapłaciłam i do końca
życia będę zmuszona o tym pamiętać. Przez własną głupotę oni
są w niebezpieczeństwie.
-
Sam, o czym ty mówisz? Przecież nikt nie jest w
niebezpieczeństwie!
-
Owszem, jest. Filii
Azazel, semper et me connexae. ego sum, suis Dn et illi mea famuli
parati reditum propter me vitae*- zacytowała
dobrze znany mi fragment naszej księgi.-
Moje istnienie je powołało i niedługo tu przybędą.
-
Ethan i Tyler? Jesteś pewna, że nie ktoś inny? Nie rozumiem
dlaczego mieliby cię chronić? Przecież jesteś od nich
silniejsza.
-
Nie mnie, tylko dziecko- spojrzałem na nią zdziwiony. Jeszcze do
końca wszystkiego nie rozumiałem...
-
Jakie dziecko?- Zapytałem zszokowany. To było zbyt wiele.
-
Ezra, jestem z tobą w ciąży.
***
Po
raz kolejny Kosiarz przemieszczał korytarz, rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. Nie spodziewał się takiego zwrotu akcji. Na jego prostej drodze pojawił się zakręt. Jak zwykle spowodowany przez tą samą osobę.
Pomimo łączącego ich paktu, żadne nie dostało tego, czego
chciało. On czekał już wystarczająco długo, więc postanowił
wziąć sprawy w swoje ręce. Zatrzymał się przed wielkim, szklanym
regale na dziale ksiąg zakazanych. Oczywiście miała być to
przestroga dla intruzów. Część tych ksiąg posiadała zęby i
mogła wgryźć
się w skórę,
zostawiając długotrwałe blizny po sobie.
Wyciągnął starą i
zakurzoną książkę. Przetarł dłonią po niej, ukazując tytuł
Mythicon creaturarum*.
Delikatnie przewracał
strony,
nie chcąc zniszczyć tak cennej rzeczy. Niestety, żadna z istot nie
odpowiadała opisowi stworzeniu przez niego szukanym.
Wiedział, że jest człowiekiem z dużą ilością demonicznej krwi.
Ale takiej osoby nie było tutaj. Jedynie czego się dowiedział, to
to, że musiał pochodzić z Cerisu. Z hukiem zamknął ją
i schował. Pomimo jego wiecznego stoicyzmu, nie potrafił ukryć
swojego sfrustrowania. To wszystko wydawało się zbyt śmieszne, aby było prawdziwe. Przetarł dłonią po twarzy i głośno wypuścił powietrze, po czym
zaczął się śmiać. Był Kosiarzem. Śmiercią, więc był martwy
i nie musiał oddychać, a zachowywał się jak typowy człowiek. Na tą myśl poczuł do siebie niechęć. Nie cierpiał ludzi. Byli dla niego zbyt odrażający, aby istnieć. Najchętniej sam by ich pozabijał, ale musiał zachować harmonię w świecie.
Gdy już udał się w stronę wyjścia z
pokoju, usłyszał jakiś hałas za sobą i obrócił się przez
ramię. Dostrzegł czarną księgę, która spadła z półki,
otwierając się na prawie ostatniej stronie. Zmarszczył brwi
podchodząc do niej. Litery zaczęły świecić na złoto, niemalże
oślepiając swoim blaskiem. Śmierć chwilowo zakrył dłonią
powieki, jednak blask wciąż był oślepiający. Wiatr znikąd
pojawił się w pomieszczeniu. Targał kartkami, które waliły w
jego ciało. Zatoczył się do tyłu i podtrzymał się mosiężnego
biurka, aby nie stracić równowagi. Gdy już wszystko ustąpiło,
mógł dostrzec skutki tego nagłego zdarzenia. Pokój wyglądał jak
po spotkaniu z mini tornadem. Wszystkie papiery, które leżały
luzem, utworzyły wir rozpoczynając swój bieg od księgi. Podszedł
do niej i zauważył czarną czcionkę, która zapełniała ostatnią
stronę. Podniósł ją i z szelmowskim uśmiechem czytał jej
wnętrze. Właśnie tego potrzebował. Coś, co utwierdzi go w
przekonaniu, że wszystko pójdzie po jego myśli. Nie spodziewał
się tego, że tak szybko się to skończy. Ledwo co rozpoczął
tą zabawę,
a już będzie trzeba ją
zakończyć.
Przewrócił
stronę i spojrzał na imię swojego dziedzica. A raczej
partnerkę.
Shanel
Rivelash
Palcem
przejechał po wyrytym w książce napisie. Wiedział, że zabawa
dopiero się zacznie, gdy już Samantha spełni swoją obietnice i on
również dotrzyma danego jej słowa.
Mythicon creaturarum- mityczne stwory
Filii
Azazel, semper et me connexae. ego sum, suis Dn et illi mea famuli
parati reditum propter me vitae*-
Synowie Azazela, na wieki ze mną połączeni. Ja jestem ich panem,
oni moimi sługami, gotowy oddać za mnie życie.
Hejka :* No więc... jest nowy rozdział :D Chociaż nie aż tak jakbym chciała. Wgl, myślę że spieprzyłam spotkanie Sam i Ezry :c Ale ocena należy do was ;* Liczę na choćby parę komentarzy na poprawę humoru :D Nigdy nie wierzyłam w te różne przesądy. Szczególnie z "Piątkiem 13". Ale dzisiaj robię wyjątek i muszę rzeczywiście przyznać, że ten dzień to jeden wielki koszmar -.- Dobra, nie będę się rozpisywać, ale tak wgl, to przepraszam jeśli nie skomentowałam Wasze blogi. Obiecuję, że wszystko nadrobię. Jak nie w niedzielę, to postaram się do czwartku <3
Pozdrawiam
Seo
piątek, 30 maja 2014
Księga II: Rozdział XIII
"Dajesz im nadzieję... Nadzieję na zwycięstwo. Choć obydwoje wiemy, że są skazani na porażkę".
***SAMANTHA***
Miejsce,
w którym się znalazłam było...piękne. Pomijając jaskinie przez,
którą się tu dostaliśmy, warto było. Niesamowite, złote
sklepienia zdobiły ten XIIX w. gmach. Wszędzie górował przepych,
jednak odpowiadał temu miejscowi. Pierwszy raz czułam się, jakby
właśnie tutaj był mój dom. Wszystko wydawało mi się takie
znajome i na swój sposób przyjemne. Nawet naszło mnie pragnienie,
aby zostać tu na zawsze. Ale wiedziałam, że nie mogę. Przede mną
czekało zadanie do wykonania i musiałam się tego trzymać. Zbyt
wiele zależało od tego.
Kolejne
drzwi jakby automatycznie się przed nami otworzyły. Gdy mój wzrok
już przyzwyczaił
się do ciemności, dostrzegłam kilka cieni tańczących na
ścianach. Zdawały się cieszyć z mojej wizyty. Ja też. Ale
dlaczego?
Bo
tu jest twój dom. Jesteś częścią tego. Jesteś demonem.
O!
W końcu się odezwałeś? A już było tak pięknie...
Wiem,
że się stęskniłaś za mną, ale bez przesady. Moja cierpliwość
już się kończy.
Tylko
na to czekałam.
Tym
razem drzwi otworzyły się do sali tronowej. Wszystkie stoły były
zakryte, a przed nimi zasiadały
demony w ludzkich postaciach. Były piękne i zarazem straszne.
Wszystkie szepty umilkły, a ich wzrok skierował się na mnie.
Poczułam się onieśmielona tą całą sytuacją. Jednak bardzo mi
się ona podobała. Byłam w centrum ich zainteresowania. W końcu
nie po raz pierwszy w Piekle pojawił się potomek
ich Pana.
Zauważyłam
go dumnie siedzącego na swoim tronie. Czekał na mnie. Podeszliśmy
do niego, a Chris uklęknął, oddając mu hołd.
Ja
tylko prychnęłam pod nosem, gdy zauważyłam Lukasa obok niego.
Władca szepnął mu coś na ucho, po czym ta mała gnida skierowała
się w moją stronę. Niepewnie spojrzałam na Chrisa, który skinął
głową nakazując mi zachowanie spokoju. Patrzyłam się na idącego
w moim kierunku demona, nie wyrażając żadnych emocji. Może
jedynie złość, która była spowodowana chęcią zemsty na tej
pijawce. Lukas stojąc już przy mnie, chwycił moje dłonie, a
następnie ściągnął metalowe kajdanki, które z hukiem spadły na
podłogę. Otarłam zakrwawiony nadgarstek. Nienawidziłam
zaczarowanych przedmiotów. Nawet niewielki ruch powodował krwawe
skutki. Bolało jak diabli, chociaż rany szybko się goiły, wciąż
miałam wrażenie, że ktoś wypala w ich miejscu dziurę. Gdy już
rany się zagoiły, podniosłam wzrok na Upadłego. Na jego twarzy
zawitał grymas, gdy tylko spojrzał na moje zakrwawione dłonie.
Tak!
To twoja wina- chciałam to wykrzyczeć, jednak w ostatniej chwili
ugryzłam się w język. Król podniósł swój szanowny tyłek i
podszedł do mnie.
-
Wynoście się stąd!- Krzyknął po drodze do swoich poddanych.
Demony jak poparzone zaczęły wybiegać z sali, wpadając i
potykając się nawzajem o siebie. Był to dosyć komiczny widok,
który nawet poprawił mi humor. Po kilku sekundach w pomieszczeniu
zostały tylko cztery osoby i pełno potłuczonego szkła na
podłodze.
-
Witaj w domu, Sam- odezwał się Lucyfer. Teraz zauważyłam
podobieństwo między nami. Ostre rysy, ten sam kolor włosów jak i
oczu. Jasna cera, a co najważniejsze
obydwoje
byliśmy potężni, wzbudzając lęk u innych.
-
Witaj ojcze- powiedziałam, na co on się uśmiechnął.
-
Dziękuje ci, że przyszłaś. Sądziłem, że będziesz miała
problem
z dotarciem tutaj, jednak widzę, że dałaś sobie radę. Cieszę
się, że jesteś tu ze mną- położył dłoń na moim ramieniu.
Spojrzałam na jego skórę, na której widniały dawne runy. Moje
były czarne, a jego białe, wyblakłe.
-
Boisz się mnie- bardziej to stwierdziłam niż zapytałam.
-
Ja niczego się nie boje. Zwłaszcza własnej córki- odparł niemal
od razu. Jednak ja czułam jego strach, który zaczął mną
kierować. Lucyfer gestem ręki nakazał także Lukasowi i Chrisowi
opuszczenie sali. Zostaliśmy sami. Ja także wyczułam zbliżający
się wybuch, więc lepiej żeby ich tu nie było. Mogłabym ich
skrzywdzić, chociaż nie chciałam tego.
Czułam
rozprzestrzeniającą się ciemność po moim ciele. Dostrzegłam
nowe znaki na ramionach, które pojawiały się tylko podczas
przemiany. Zamrugałam kilka razy, póki
mój wzrok nie przystosował się do zmienionych zmysłów. Były one
intensywniejsze, więc przyzwyczajenie się do nich trochę
trwało. Złapałam za dłoń Upadłego,
mocno zaciskając na nim palce. Syknął z bólu. Popchałam go tak,
że zatrzymał się na ścianie, kilka metrów nad podłogą.
Wkurzona, ruszyłam w jego kierunku.
-
Sam, uspokój
się!- Krzyknął, podnosząc się. Wyrwałam metalowy świecznik,
którym przywaliłam mu w twarz. W miejscu uderzenia pojawiła się
krew. Ponowiłam tą czynność, a na koniec przebiłam metalem jego
brzuch. Świecznik utknął
w
ścianie.
-
Czego ty właściwie chcesz ode mnie? - Warknęłam, spoglądając na
jego gojące się rany.
-
Sama powinnaś odpowiedzieć sobie na to pytanie- bez problemu
wyciągnął z siebie metal, odrzucając go na bok.- Czego może
chcieć ojciec od córki?
-
A czego może chcieć Władca Piekieł od demona?
-
Słusznie. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym.
-
Nie myśl, że będę ci służyć jak te pijawy. Nie jestem żadnym
psem na posyłki- tym razem chwyciłam krzesło, które cisnęłam w
jego kierunku. Zasłonił się rękoma, ale mebel i tak roztrzaskał
się na nim. Miałam ochotę rozbić
każdy
przedmiot na jego ciele. I tak też zamierzałam zrobić.
***CHRISTOPH***
Stałem
tuż za drzwiami w towarzystwie tej rudej świni. Rozumiałem
Samanthę,
która go nie cierpiała. Ja też nie darzyłem go sympatią. Mała
fałszywa żmija, która tylko czeka na odpowiedni moment, aby
zaatakować. Oparłem się o drzwi, a wzrok wlepiłem w sufit.
Strasznie mi się nudziło. Nie byłem przyzwyczajony do
bezczynności. Wzdrygnąłem się, słysząc kolejny huk w
pomieszczeniu. Spodziewałem
się takiej reakcji po Sam.
-
Chyba się dogadują- mruknąłem, przez co zgromił
mnie
wzrokiem. - No więc... Co tam u ciebie?
- Jakoś leci- odparł
wzruszając ramionami.- Córka mojego Pana pewnie próbuje go zabić,
a ja stoję
bezczynnie z jakimś idiotą, który nie potrafi przyzwoicie się
zachować. Poza tym to wszystko w porządku. A u ciebie?
- Aha -
mruknąłem unosząc jedną brew ze zdziwienia. Kolejny powód żeby
go nienawidzić. - Przystojniaczku,
nie mów, że moje towarzystwo ci nie odpowiada. Przecież tu jest
taaak
romantycznie.
- Zamknij się- warknął zły, co mnie bardzo
rozbawiło.
- Nie mów, że nie odwzajemniasz moich uczuć-
złapałem się za pierś udając ból.- Nie niszcz tego, co
zbudowaliśmy przez ostatnie lata. Przecież my się kochamy,
Luki!
Chłopak ścisnął dłonie na mojej szyi, przywierając
mnie do ściany. Zacząłem się jeszcze głośniej śmiać.
-
Chyba ci coś powiedziałem! Dla mnie to nie są żarty!
- Oj weź,
mógłbyś czasem się zabawić, a nie tylko wykonujesz jego
polecenia. Możesz pójść na Ziemię i zrobić co zechcesz!
-
Teraz jedynie mam ochotę cię zabić- w jego dłoni pojawił się
demoniczny
sztylet z anielską rękojeścią- rzadko
spotykany przedmiot,
gdyż potrzeba silnego zaklęcia, aby połączyć te dwa wrogie
siebie materiały. Jego dłoń z bronią zbliżyła się do mnie.
Zacząłem się wierzgać nieswojo, gdy poczułem piekący metal na
skórze.
-
Wystarczy!- usłyszałem wybawicielski głos kruczowłosej. Nie
wiadomo co by ten psychopata zrobił, gdyby ona się nie pojawiła.
Lukas zgiął się w połowie i opadł na ziemię, wijąc się z
bólu. Wiedziałem, że ona
jest
w swoim żywiole, więc nie chciałem jej przeszkadzać, aby samemu
nie ucierpieć. A
może
też dlatego, że widok cierpiącego demona bardzo mi się podobał?
-
Samantho- zawołał Lucyfer wyłaniając się z pomieszczenia. Jego
ubrania zdobiła krew.
Przyjemny widok.- Myślę, że już wystarczy.
-
To chyba nie od ciebie zależy. To, że jesteś moim ojcem czy też
Władcą Piekła, a ja po części jestem demonem, nie znaczy, że
możesz mi rozkazywać!
-
Chyba już wyjaśniliśmy sobie tą kwestię posłuszeństwa.
Wezwałem cię tu jako ojciec, a nie jako twój Pan.
-
Nigdy nie będziesz nim, więc daruj sobie te ckliwe teksty.
-
Samantho, jeszcze musimy sobie wiele wyjaśnić, gdyż zaszło
wielkie nieporozumienie.
-
Twierdzisz, że mój demon nie zawarł z tobą paktu?
Lucyfer
zamilkł. Widziałem jego zmieszanie związane z tą sytuacją. Nie
spodziewał się tego, iż ona dowiedziała się o tym. Zmierzył
mnie wrogim spojrzeniem. Tak, wiem...zapomniałem mu o tym wspomnieć.
Teraz to mi się zbierze, chociaż wolałem spotkanie z nim, niż z
wściekłą Sam. Ona jakimś dziwnym
sposobem
potrafiła wyciągnąć mój wewnętrzny ból na wierzch. Albo to
wszystko działo się w mojej głowie? Kto wie...
-
Nie znasz całej prawdy, więc nie dopowiadaj sobie. Proponowałbym,
abyś ochłonęła i później dokończymy naszą rozmowę. Chris-
zwrócił się do mnie, a moje mięśnie spięły się- zaprowadź ją
do pokoju, a potem przyjdź do mnie. Musimy omówić parę
kwestii.
Wiedziałem,
że tak będzie! Może dałbym rade uciec? Ta, jasne... Już widzę
tą ucieczkę. Cienie mnie dopadną i przyciągną do niego.
Zobaczę jego gębę zwisając do góry nogami. Znowu.
-
Chris zostaje ze mną- odezwała się kruczowłosa, na co ja
odetchnąłem z ulgi. Ta dziewczyna znowu uratowała mój zgrabny
tyłeczek.
-
Jak chcesz- odparł Władca.-
Ale kara go i tak nie ominie.
-
Dotknij go, a zabiję Lukasa i inne demony-
warknęła wściekła, a jej oczy ponownie stały się całe
czarne.
Lucyfer
niechętnie ustąpił. Zdążył się już przekonać co do siły
swojej córki. W końcu płynie w niej jego krew.
-
Mam nadzieję, że przyjdziesz dzisiaj na kolację i w spokoju
dokończymy naszą rozmowę. Wiele demonów chciałoby poznać
pierwszego dziedzica Piekła.
Dziewczyna
ruszyła w głąb budowli nie oglądając się za siebie.
Wymieniliśmy się zdziwionymi
spojrzeniami
i ruszyłem za nią.
Wiedziałem,
że przez nią będę miał kłopoty, ale bez przesady...
***EZRA***
Leżałem
na dworze rozkoszując się ostatnimi promieniami słońca. Tego
tygodnia oczywiście. Jak przystało na niedzielę, nuda strasznie mi
doskwierała. W ostatnim czasie nawet zaangażowałem się w życie
mojej rodziny. Awansowałem ze zdrajcy i zbiega na opiekunkę dla
dzieci. Chociaż każdy normalny rodzic nie pozwoliłby oddać
dziecko pod opiekę kilkusetletniego półdemona, zwanego Łowcą,
który przez ostatnie parę tygodni zalewał smutki w alkoholu, a
jeszcze wcześniej zawodowo zabijał demony. Do tego dochodziły
tortury, ale to taki szczegół. Teraz to życie wydało się być
takie odległe.
Pamiętam
jak wraz z Sam zaczynaliśmy ćwiczenia. Jak słodko marszczyła swój
nosek, gdy się denerwowała, co często się zdarzało. Nie
potrafiła się nad niczym skupić. Kierowała się emocjami, co ją
zbyt rozkojarzyło. A potem nasz pocałunek... Gdy poczułem smak jej
wiśniowych ust, myślałem, że jestem w Raju. Czułem, jakbym
próbował puszystą piankę, bojąc się, że
mogę jej zrobić krzywdę. Podczas każdego dotyku, jej delikatna
skóra wyrażała więcej uczuć, niż mógłbym jej wypowiedzieć przez każdą sekundę naszego życia. Nie
zasługiwałem na nią i, w końcu, chyba to do niej dotarło. To co
było, już nie wróci, a ja musiałem się z tym pogodzić. Wstałem,
kierując się w stronę domu. Minąłem taras i otworzyłem wielkie,
szklane drzwi. Gdy już znalazłem się w środku, zauważyłem, że
Scott siedzi zmartwiony na kanapie. Schował twarz w dłoniach.
Chciałem znaleźć się jak najdalej od niego, jednak obiecałem coś
Sam. I musiałem dotrzymać słowa.
-
Wszystko w porządku?- Zapytałem zajmując miejsce naprzeciw niego.
Chłopak dopiero teraz zauważył moją obecność, przez co lekko
drgnął, słysząc mój głos.
-
Nie, Ezra. Nic nie jest w porządku- głośno wypuścił powietrze.
-
Więc mów co cię trapi.
-
Myślałem, że po odejściu Samanthy gorzej już być nie może.
Jednak się myliłem. Wiesz, niektórzy mają takie przeczucie, coś
jak szósty zmysł. Przez lata będąc z nią, poznałem ją na
wylot. Zawsze wiedziałem co się dzieje. I nawet teraz, gdy nie ma
jej ze mną, wiem, że potrzebuje pomocy.
-
Jest dużą dziewczynką i jestem pewien, że zdawała sobie z tego
sprawę, gdy nas zostawiała- westchnąłem, próbując uwierzyć we
własne słowa.
-
Wiem, ale to coś innego. Dziwnego. Mam wrażenie, że ona mnie woła.
Chce, abyśmy byli przy niej i jej pomogli.
-
Wiesz, że to niemożliwe. Gdyby się z nami skontaktowała, na pewno
wszyscy byśmy to wyczuli.
-
To nie wszystko- zaczął nerwowo pocierać dłonie.- Camill i ja
jesteśmy rodziną. Jej matka była siostrą mojego ojca.
-
Ty chyba sobie żartujesz!- Krzyknąłem wstając. Spojrzałem
na chłopaka. Chyba mówił poważnie... Nie mogłem uwierzyć, że
to prawda! Jak ona mogła?! Przecież sama była zwykłym półdemonem,
wilkołakiem, a nie Łowcą! Czułem to i sama mi się do tego
przyznała! Tonny też to potwierdził... sam uznał, że ona jest
odpowiednia na to miejsce, a on nigdy się nie mylił!
-
Mówię poważnie. Sam mi kiedyś wspomniała, że pochodził z
Irlandii, ale przecież to jakiś absurd. Nie chciałem nic wiedzieć
na jego temat. Przez niego zostałem sam. Gdyby nie ona, pewnie już
bym nie żył. To cud, że się spotkaliśmy. Przecież tu żyje
kilkanaście tysięcy osób, więc czemu akurat ona się pojawiła?
Mógł to być każdy... ale nie ona!
-
Może to nie był przypadek?- Podzieliłem się z nim swoimi
obawami.- Przez ostatnie lata powinniśmy zrozumieć, że nic nie
dzieje się bez przypadku. Ktoś specjalnie ją tu skierował, a my
musimy się dowiedzieć w jakim celu. Nie chce ryzykować, że może
coś się stać, zwłaszcza, że teraz nie jesteśmy zbytnio
bezpieczni. Mamy zbyt wiele do stracenia- wypowiadając ostatnie
zdanie, poczułem niemiłe ukłucie w klatce piersiowej.
Ja
już i tak zbyt wiele straciłem.
***SCOTT***
Stałem
spoglądając na otaczających mnie ludzi. Wszyscy tak beztrosko
zajmowali się codziennymi zajęciami. Nawet mój szwagier wydawał
się być szczęśliwy, chociaż miałem wrażenie, że nigdy się
nie otrzęsie po stracie Sam. Ja wciąż cierpiałem z tego powodu.
Była dla mnie siostrą. Jedyną osobą, która przez te lata się
mną zajmowała. Kochałem ją i straciłem. Ale chyba już taka
kolej rzeczy. Ludzie, czy też nieludzie, wszystkich łączy jedno;
cierpienie. Cobyśmy nie zrobili, zawsze szczęściu towarzyszy ból.
Bo przecież bez tego nie wiedzielibyśmy co to dobro. Gdybyśmy nie
zaznali tego wszystkiego, żylibyśmy jak bezduszni, gotowi na każdy
rozkaz. Czyli bylibyśmy nikim. Nic by nas nie poruszyło, zmartwiło,
czy też uszczęśliwiło. Zwykłe maszyny kierowane przez innych.
Ale
bardziej zastanawiał mnie powód jego zmiennego nastroju, niż
własne przemyślenia. Stanąłem tuż obok drzwi i, gdy chciałem
zadać mu to pytanie, blondyn po prostu mnie minął, jakby mnie w
ogóle nie dostrzegał. Nawet nie zareagował na moje wołanie.
Rozumiem, że może być wściekły przez to co mu powiedziałem, ale
sam nie dałbym rady z tym problemem. Dlaczego nie mogę martwić się
o to, czy moja żona jest szczęśliwa, czy też jest jej dobrze, jak
przystało na normalne małżeństwo? No tak, bo my przecież nie
jesteśmy normalni.
Skierowałem
się do pokoju chłopców. Zauważyłem, że przebywając z nimi
czułem się spokojniej. Te słodziaki sprawiały, że odcinałem się
od świata. Przez chwilę przebywałem w zupełnie innym miejscu,
jakim jest ich pokój. Drzwi do ich sypialni były otwarte, a w
środku... To pomieszczenie nie przypominało pokoju dla dzieci.
Zamiast łóżeczek stała kanapa, a miejsce ich mebli zajęły
regały z książkami. Co ty się kurwa dzieje?!
Pobiegłem
do sypialni, gdzie zastałem swoją ukochaną. Klęczała przy łóżku,
a wokół niej leżały zużyte chusteczki. Moje serce przyśpieszyło
swoje bicie, gdy zbliżałem się do niej. Coś musiało się stać.
Coś naprawdę okropnego. Blondynka nie zauważyła mojej obecności,
co mnie jeszcze bardziej zmartwiło. Czyżby aż tak zatraciła się
w cierpieniu, że nie dostrzegała otaczającego ją świata?
Mój
wzrok skierował się na dwóch
młodych mężczyzn, którzy weszli do pokoju. Wydawali się dość
znajomi. Obydwoje mieli około szesnaście lat. Byli prawie
identyczni, jednak różnił ich kolor włosów. Jeden był
blondynem, zaś drugi miał prawie czarne włosy. Ich twarze także
wyrażały smutek. Pomimo tych wyraźnych rys, w oczach widziałem
łagodność.
-
Mamo?- Odezwał się jeden z nich, na co ja zamarłem. Czyżby to
byli moi chłopcy?! Czy to Tyler i Ethan?- Nam też go brakuje...
-
Nie możesz wiecznie tu siedzieć- zaczął drugi.- Musisz do nas
wrócić. Brakuje nam ciebie.
Halo!
Ja też tu jestem! Może mi ktoś wytłumaczyć, co tu się dzieje?!
-
Wiem, ale to wciąż boli... Dzisiaj mija dopiero druga rocznica, a
ja wciąż czuję jakbym straciła go wczoraj...-O CZYM TY MÓWISZ
KOBIETO?!- Wasz ojciec na pewno byłby dumny, że ma takich synów.
-
I córkę- odparł blondynek siląc się na uśmiech.
Ja
tu jestem!- Krzyczałem, chociaż nikt mnie nie słyszał. W moich
oczach zagościły łzy, chociaż żadna nie wypłynęła.
-
Tak, kochanie- wstała, po czym przytuliła do siebie chłopaków.-
Zawołajcie Cassie. Chcę dzisiaj pojechać na jego grób. Na pewno
się za nami stęsknił.
-
Wszyscy już czekają na dole- tym razem odezwał się Tyler.- Wujek
Ezra z ciocią
Sam także przyjechali.
Czekaj...
Sam wróciła?
-
Więc chodźmy- odparła blondynka uśmiechając się smutno. W
towarzystwie chłopaków, wyszła z naszej sypialni, w ogóle mnie
nie zauważając. Gdy drzwi się zamknęły, otrząsnąłem się.
Mogłem znów poruszać kończynami. Skierowałem się do łóżka,
na którym leżała ramka. Chwyciłem ją i z niedowierzaniem
patrzyłem na fotografie. Przedstawiała nasze zdjęcie ślubne.
Trzymałem ją na rękach, boso stąpając po piasku. Moja koszula
była rozpięta, a marynarkę zostawiłem na sali. Amanda ujęła
dłońmi moją twarz, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
Uśmiechnąłem się podczas tej czułości. Fotograf uchwycił
tą chwilę, gdy blondynka akurat położyła dłoń na zaokrąglonym
brzuszku, nie przestając mnie całować. Byliśmy wtedy tacy
szczęśliwi.
Dopiero
po chwili dostrzegłem, że fotografia jest czarno biała, a u góry
widniała czarna wstążka. Nie! To nie może być prawda... Ja
żyję... Jestem tutaj... Oddycham...
Albo
nie? Co jeśli to moja dusza, w końcu odnalazła drogę do nich? A
ja byłem martwy...
Zostawiłem
swoją rodzinę tak, jak mój ojciec mnie.
Zdjęcie z hukiem roztrzaskała się na podłodze. Drobinki szkła odbiły się
od mojego ciała. Zobaczyłem oślepiający blask, który
rozprzestrzeniał się po pomieszczeniu. Nie widziałem nic, prócz
tej jasności, póki nie poczułem jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
Głośno dysząc usiadłem na łóżku. Przez chwilę nie mogłem się uspokoić,
jednak widząc śpiącą obok siebie blondynkę, wszystko samo się
ustatkowało. To był kolejny koszmar. Ten
sam sen, który już wcześniej mnie męczył, jednak tym razem było
inaczej. Miałem wrażenie, że przede mną stoi wybór. Mogłem temu
wszystkiemu zaradzić. Nie musiało dojść do tej tragedii. Wiedząc,
że i tak już nie usnę, skierowałem się do pokoju chłopców,
upewniając się, że z nimi wszystko w porządku. Gdy zobaczyłem
śpiących maluchów, powoli i po cichu wycofałem się z
pomieszczenia i udałem się do kuchni. Zegar wskazywał dopiero
trzecią w nocy, więc miałem sporo czasu przed sobą. Wyciągnąłem
jedną butelkę wina i zasiadłem samotnie na kanapie. Korek niemal
sam wyleciał, a moje gardło poczuło przyjemny smak słodkiego
alkoholu. Wypiłem pół butelki wina. Oparłem ją o udo, nie
wypuszczając z dłoni. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywałem się w
jej zawartość. Ciecz przechylała się z jednego boku na drugi. Nagle poczułem ugniatający się materac pod czyimś ciężarem. Nie musiałem się oglądać, aby wiedzieć, kto zaszczycił mnie swoją obecnością. W
końcu podniosłem butelkę i podałem ją przyjacielowi.
-
Chcesz?- Zapytałem. Chłopak od razu chwycił moją zdobycz i
przyssał się do niej.- Czemu pojawiasz się za każdym razem, gdy
mam koszmary?
-
Wiesz, pomyślałem, że jakaś dobra bajka na dobranoc załatwi
sprawę. Nawet wymyśliłem kilka, jednak każda kończy się jakąś
krwawą masakrą. Ale najlepsza jest ta, w której dziewczynie
podrzynają gardło! Słuchaj. Dawno, ale to bardzo dawno temu...
-
Śmierć- przerwałem mu.- Powiedz prawdę. To ona cie tu przysłała?
-
I tak sam byś się domyślił... Tak, Sam chciała, abym cię
pilnował.
-
Nie jestem dzieckiem- warknąłem, wyrywając mu trunek z dłoni.
Pustą butelkę wyrzuciłem na
dywan. Szkło nie wydało z siebie żadnego odgłosu.- Może jeszcze
powiesz, że chłopakom także kazała mnie pilnować?
-
W zasadzie...Tylko blondaskowi.
-
Świetnie- mruknąłem.- No po prostu zajebiście.
-
Ona martwi się o ciebie. Chciała, abyś był szczęśliwy, gdy jej
nie będzie.
-
Myśli, że bez niej będę szczęśliwy? Dobre! A tak w ogóle, może
tobie powiedziała dlaczego od nas odeszła? Bez żadnego pożegnania,
czy też jakiegokolwiek słowa. Wracam do domu i dowiaduję się, że
moja kochana siostrzyczka postanowiła wyjechać na wieczne wakacje.
Nawet kurwa nie raczyła mnie o tym poinformować!
-
Scott, to nie jest takie proste. Wiesz co się działo z nią przez
te ostatnie kilka miesięcy. Potrzebuje czasu, żeby wszystko
zrozumieć.
-
Ale jakoś tobie wybaczyła- mruknąłem wściekły.
-
Łączą nas pewne sprawy, które wymagają wzajemnej komunikacji.
Nie miała wyjścia, chociaż jeśli ci to poprawi humor, mnie także
nie cierpi.
-
O matko! Mam teraz skakać z radości? Chce się z nią spotkać.
Musi mi to osobiście wyjaśnić- narzuciłem na siebie koszulkę i,
nie zważając na protesty chłopaka, nakazałem mu siebie
zaprowadzić do niej.
-
To jest bardziej skomplikowane niż myślisz. Ona nie jest w Cerisie,
tylko...- przerwał spoglądając za mnie. Powiodłem swój wzrok w
tamtym kierunku, dostrzegając stojącego blondyna za mną.
Cholera... Ciekawe ile usłyszał z naszej rozmowy.
-
Ona jest w Piekle, prawda?- Zapytał, a ja jeszcze bardziej
wytrzeszczyłem oczy.
Hejka :* Rozdział pisany na lekcji... więc za wszystkie błędy przepraszam >.<
Zawaliłam rodzinne spotkanie -.- Miał być więcej akcji... ale tyle musi wystarczyć. Następny rozdział może będzie za tydzień( nie obiecuję, bo sprawy się trochę pokomplikowały). Po 16 już wszystko wróci do normy ;)
A tak wgl, jak myślicie, co będzie ze Scott'em? Jak Ezra zareaguje na wieść, że Samantha jest w Piekle? I co kombinuje Sam? Jakieś sugestie, które mogłyby mnie zachęcić do zmiany zakończenia? Jak już wcześniej wspomniałam, nie będzie one zbyt szczęśliwe, ale do końca jeszcze trochę :*
Pozdrawiam
Seo
PS. Zapraszam -----------> W imię wolności...
środa, 28 maja 2014
Śmierć
Nie wiem jak wam, ale mi się bardzo podoba ;3
Nowy rozdział w piątek ! :D
Nowy rozdział w piątek ! :D
Widzisz to?
To są tylko łzy. Kropelki słonego
deszczu, bezwładnie spływające po policzkach.
Gromadzą się w tobie, zamazując
realia świata. Ukazują się w najgorszych momentach. W sytuacjach,
gdy chcąc zostać silnym, poddajesz się ich woli. Popadasz w obłęd.
Jesteś skazany na ich wieczne
towarzystwo.
Pytasz dlaczego?
One odpowiadają wciąż tak samo.
Kolejny żołnierz opuszcza swoje szeregi, zostawiając ślad po
sobie na twojej twarzy.
Krzyczysz bezsilnie do pustego domu. Po
chwili jednak zaczynasz się śmiać. To wszystko jest zbyt
przytłaczające, aby było prawdziwe. Śmiechem zagłuszasz ból,
dzięki czemu jeszcze bardziej cierpisz.
Twoja maska beznamiętności osuwa się
na ziemie i z wielkim hukiem łamie się na kilkaset kawałków.
Chwytasz po kolejną, ale ktoś ci zabrania. Ktoś cię powstrzymuje
przed kolejną grą.
Nie jesteś przecież aktorem, więc na
co ci to? Czemu nie chcesz pozostać sobą, tylko wciąż udajesz
kogoś innego? Znowu się śmiejesz. Jakby odpowiedź była aż tak
oczywista.
W jednym momencie krzyżujesz ręce na
piersi tak, jakby to miało pomóc. Mylisz się. To nie pomaga, tylko
wzmacnia twoje cierpienie. Silne ukłucie w okolicach serca
paraliżuje cię. Teraz to ty spadasz. Klęczysz, a kolejni żołnierze
maszerują po twoich maskach. Każda z nich zostaje brutalnie
zerwana. Zaciskasz zęby z bólu. Syczysz.
Czujesz zimno na lewej stronie twarzy.
Chłód bucha z podłogi, niczym rozpędzona lokomotywa. Próbujesz
przewrócić się na plecy, ale kolejny ból powstrzymuje cię przed
tym. W tle zaczyna grać muzyka.
Śmiejesz się, słysząc jej treść.
Nie reagujesz na ból fizyczny zadawany ci przez organizm. Wiesz, że
to już koniec.
Poddajesz się. Nie chcesz walczyć.
Może i wygrałaś bitwę, jednak wojna całkowicie pochłonęła
cię.
Zamykasz powieki i w momencie, gdy
chcesz się oddać w sidła Śmierci, ból ustępuje. Z
niedowierzaniem w oczach wstajesz. Spoglądasz na swoje ciało i się
uśmiechasz. Nic już nie sprawia ci bólu. Każda, nawet najmniejsza
rana, została wyleczona. Ciało nie jest już niczym naznaczone.
Wplątujesz swoje chude palce w włosy.
Nie czujesz ich miękkości, jednak to cię nie martwi. Teraz uśmiech
góruje na twojej twarzy. Pierwsza nachodząca umysł myśl, to to,
że życie jednak nie jest okrutne. Trzeba tylko dać sobie szanse.
Nawet nie wiesz jak się mylisz...
Poprawiasz białą sukienkę, w którą
jesteś ubrana i marszczysz mały nosek. Nie przypominasz sobie,
żebyś ją ubierała, ani kupowała. Ale to wciąż nie martwi cię,
ani nie zasmuca. Wyciągasz rękę w stronę drzwi. Jednak ona przez
nie przechodzi. Właśnie teraz czujesz, że twoje życie balansuje
na krawędzi. Chociaż nie wiesz czemu. Uczucie szczęścia góruje
nad tym. Czujesz się wolna i bezpieczna.
Drzwi z premedytacją zostają
otwierane. Do środka wchodzi starsza kobieta. Biegiem rusza w głąb
pomieszczenia.
Twój wzrok wędruje na oddalające się
jej ciało. Krzyczysz. Jednak ona cię nie słyszy. Wciąż powtarza
twoje imię.
Odbija się w głowie jak echo.
Żołnierze znów próbują wymaszerować, ale czemu? Przecież
wszystko jest już dobrze. Ból zniknął, a pojawiło się
szczęście.
Pozory mylą.
Uczucie melancholii powraca.
Podchodzisz do kobiety i kładziesz
dłoń na jej ramieniu. Znowu przez nią przenika. Cicho szepczesz
mamo... Ona nie odpowiada, tylko płacze, pokrzykując przy
tym.
Wiedziesz za jej wzrokiem i dopiero
teraz widzisz to, co ona.
Ciało młodej dziewczyny, leżącej na
ziemi. W jej oczach widać ból, a ona sama tonie; we krwi. Kałuża
wokół jej ciała się powiększa. Nie ma już żadnych szans.
Klękasz obok niej i składasz delikatny pocałunek na martwym czole.
Na ustach czujesz zimno. Niewyobrażalne chłód, który zawsze
towarzyszy martwym. Wiesz co to znaczy.
Spoglądasz na swoje nadgarstki. Są
czyste, co tylko utwierdza cię w przekonaniu, że ona odeszła.
Ostatnia łza spływa po jej policzku.
Ścierasz ją i chowasz w sercu. Ona nie żyje- myślisz.- A ja wraz
z nią.
Zamykasz powieki i znów oddajesz się
w sidła Śmierci. Jednak zdążasz wyszeptać jedno słowo. Jeden
wyraz, który zmienia całe twoje martwe życie.
Zastanawiasz się czemu nie
przeprosiłaś? Czemu nie pożegnałaś się z nimi, wiedząc, że to
właśnie tak się skończy? Znów odpowiedź nasuwa ci się przed
oczami. Szybko ją omijasz, bo wiesz, że to znów przyniesie
niepotrzebne cierpienie.
Teraz jesteś wolna i z kpiną patrzysz
na ten cały teatrzyk. Lalki ponownie zajęły swoje miejsca, ale tym
razem doszedł ktoś nowy. Ktoś kto zajął twoje miejsce i
przyjmuje na siebie całe cierpienie. Spoglądasz w górę i czujesz
szczęście. Znowu szepczesz ciche dziękuje i skaczesz.
Wiatr otula twoje nagie ramiona.
Rozsuwasz skrzydła i lecisz. Czujesz się wolna, niczym ptak.
W momencie, gdy dziewczyna przykłada
swoją zimną przyjaciółkę do nadgarstka, stajesz przed nią,
ostatni raz machając skrzydłami. Kukiełka w osłupieniu patrzy na
ciebie, a ty wciąż się uśmiechasz. Delikatnie zabierasz jej
żyletkę. Wiesz, że to pomoże i jednocześnie ją uratuje od bólu.
Mocno ściskasz jej drobne i wychudzone ciało. Zabierasz ją w sidła
swojego przyjaciela.
Śmierć już czeka i wie, że spektakl
właśnie dobiegł końca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)