Heeej wszystkim! :D
Jak zapewne wiecie, od dłuższego czasu zastanawiam się nad stworzeniem II Księgi.
Zakończenie świadczy o kontynuacji tej historii. Jednak jeśli będzie dużo chętnych czytelników ( zapraszam do głosowania), to powstanie kolejna część :*
Przed wami jeszcze 2 rozdziału( które pojawią się w piątki) +? epilog ( kilka dni po publikacji ostatniego rozdziału).
Wszystko jest już gotowe i z niecierpliwością czekam na ich publikacje xd
W międzyczasie postanowiłam stworzyć nowy blog z najwspanialszą osobą- kata riną <3
Zapraszam was na ocenienie go :*
http://cien-upadlej-gwiazdy.blogspot.com/
środa, 5 lutego 2014
czwartek, 30 stycznia 2014
Rozdział XII
"Będziesz błagać mnie o śmierć".
- Coś ty jej
zrobił?!- głos blondyna rozbrzmiał po całej komnacie.
- Nic!- bronił się
Władca.- Nie wiedziałem, że ona tu jest! Musisz jej pomóc...-
prosił desperacko.
- Jak mam jej
pomóc, skoro jest martwa?!- teraz własne słowa dotarły do niego.
Martwa. Czy tak to
widział? Czy to właśnie tak, miało się to skończyć?
Oczywiście, że
nie. Mieli żyć razem, na wieki... Przecież on nie wyobrażał
sobie życie bez niej... Od pierwszego ich spotkania, tylko tego pragnął, być z nią. Całować ją w te czerwone usta. Dotykać
jej delikatnej skóry... A teraz? Wszystko zniszczył. Przez jeden
głupi układ, który zawarł. Wiedział, że nie daje sobie rady.
Ciało zostało przygotowane do przyjęcia mocy, która nie chciała
wyjść. A tylko Christoph mógł jej pomóc. Dlaczego się na to
zgodził?!- to pytanie, dosłownie, waliło go w głowę.
Zawiódł ją. I to
cholernie bolało. Pustka, która zaraz się uaktywni... bał się
jej. Tak cholernie się bał, żyć bez niej. Przecież to
niemożliwe!
- Żyje.- wyszeptał
kasztanowłosy.- Ale nie jest z nią za dobrze. Umiera i jak szybko
czegoś nie zrobimy, to stracę ją...
O tak, na pewno ty
ją stracisz!- pomyślał.
- No rusz się!
Trzeba jej pomóc!- wołał gniewnie.
Estes zbliżył się
do dziewczyny.
Ona żyła!!!
Wyczuł słabą
energię życiową, emanującą od niej. Nie było za późno. Ona
żyła! Jego ukochana żyła...
Przeleciał
wzrokiem po jej ciele. Wszystkie nerwy sczerniały. Widać było
cienkie żyłki, malującą jej bladą skórę. Krew- to właśnie
najbardziej go niepokoiło. Skąd ona się wzięła?
Ręce, one były
najbardziej nią umazane. Dotknął jej zimnych dłoni. Dreszcze
przebiegły po jego ciele. Była zimna, jak trup... Trzeba się
śpieszyć.
Metale na jej
rękach! To właśnie to! Dotknął ich z zamiarem ściągnięcia i
poczuł jak prąd przebiega bo jego ciele. Były zaczarowane...
- Trzeba to
ściągnąć!- krzyknął do Władcy. Teraz nie zważał na to, że
jego słowa go rażą. To była hańba dla niego, że strażnik tak
się zwracał. Nie było czasu na to, żeby go ukarać. Trzeba ją
ratować.- Ściągnij to!- rozkazał, wskazując na metale.
Król posłusznie
wykonał polecenie strażnika. Kajdanki z hukiem opadły na ziemię,
uwalniając jej moc. Głośno zaczerpnęła tchu, jednak nie
otworzyła oczów. Czarne żyłki powoli znikały z jej bladej skóry,
wraz z uwalniającą się energią.
Estes czuł silny,
bolesny podmuch, rozprzestrzeniający się po pomieszczeniu.
Cierpiał. I to
cholernie, ale nie zgiął się z bólu. Bacznie przyglądał się
jej, z nadzieją, że znów ujrzy te słodkie czarne oczka, które
wpatrują się w niego z miłością i czułością. Jednak to nie
nastąpiło.
Ból słabł, a ona
się nie budziła. Usłyszał jakiś huk. Obejrzał się za siebie.
Na podłodze leżały dwa ciała topiące się we własnej krwi.
Anzel i Modrit,
młodzi strażnicy, którzy go tu sprowadzili, nie żyli.
Wzdrygnął się na
ich widok. Widział strach i ból w ich oczach, ale teraz
najważniejsza była Samantha. Podszedł bliżej do niej i odetchnął
z ulgą.
Żyła.
Jego ukochana wciąż
żyła, a teraz jej moc zjednoczyła się z ciałem. Jest bezpieczna,
ale czy na pewno? Nic jej już nie zagrażało, oprócz Króla.
Co on mógł od
niej chcieć? Przecież ona może go zabić, a on ją ratował.
- Poznałem ją
parę dni temu, będąc na Ziemi.- wyznał, przerywając cisze.- Od
razu zauroczyła mnie swoją urodą. A jej moc... Taka silna energia
emanowała z niej... Nawet trochę mnie tym przeraziła, ale
zapragnąłem ją. Chciałem by była moja, tylko moja...- spojrzał
na swojego sługę.- Widziałem też twoją siostrę.- tego się nie
spodziewał. Był gotów na poniesienie za niej kary, zapewne
bolesnej...- Jednak jest ona dla mnie zbędna, więc może tam
zostać. Wiem, że to Shanel ją tam sprowadziła... Dziękuje ci za
pomoc.- wydukał z bólem.- Mam u ciebie dług, który za pewne
niebawem spłacę.- powiedział z lekkim rozczarowaniem.- A teraz
zostaw mnie samego. Zawołaj Kathriane.- rozkazał.
Niechętnie
opuścił komnatę. Wiedział, że musi ją zostawić, gdyż tak Król
chciał, a jego rozkazy, zwłaszcza wypowiedziane do najbliższej
jemu osoby- prawej ręki Władcy- muszą zostać wypełnione.
Wraz z zamknięciem
wielkich, mosiężnych drzwi, kasztanowłosy przyklęknął przed
ciałem kobiety.
- Moja
piękność...-wyszeptał głaszcząc jej zakrwawione dłonie.-...
taka silna na łożu śmierci...- zaśmiał się bez krzty wesołości.
Podziwiał ją.
Była taka delikatna i zarazem silna. Chciał ją przytulić, ale bał
się ją dotknąć, w obawie, że skrzywdzi jej, już dość
poranione ciało.
Ciche pukanie
rozniosło się po sali. Przez uchylone drzwi, weszła kobieta w
podeszłym wieku. Siwawe włosy zostały przykryte białą chustką,
dopasowaną do reszty brązowego stroju służącej.
- Wzywał mnie
Król?- wzrok miała utkwiony w podłodze, na którym leżały dwa,
zakrwawione trupy. Bała się. Najwidoczniej Król znów był w swoim
złym humorze, a to nie wróżyło niczego dobrego...
- Zajmij się nią.-
rozkazał.- Doprowadź do porządku.- wskazał palcem na nieprzytomną
dziewczynę.
Siwowłosa zrobiła
to, o co prosił ją Władca, a raczej żądał. Nie słyszała
żadnych miłych słów od niego, choć służyła mu dość długo.
Tym bardziej słowo „ proszę” nie przeszłoby mu przez gardło.
Umyła zakrwawione
ciało i przebrała czarnowłosą w białą suknie. Zawołała
strażników, stojących przed drzwiami, i wraz z ich pomocą,
ułożyła ją do łóżka Pana.
Następnie wzięła
się za sprzątnięcie dwóch pozostałych ciał...
***
Cała obolała
otworzyłam oczy, zmuszając się do poruszania głową, w celu
rozejrzenia się po pomieszczeniu. Nie znałam tej komnaty, choć
przejrzałam ich dość sporo, ta była mi kompletnie obca.
Próbowałam wstać i, od razu tego pożałowałam. Ból...mdłości
i zawroty głowy. To wszystko naraz tworzyło dość zabójczą
mieszankę...
- Nie wstawaj.-
usłyszałam miły, pełny troski, kobiecy głos. Obróciłam obolałą
głowę w bok, i ujrzałam staruszkę, czuwającą przy łóżku.
- Musisz
odpoczywać,- wyszeptała.- omal nie umarłaś... Proszę.- podała
mi słodko pachnący wywar ziołowy. Wypiwszy kilka łyków, osunęłam
się ospała na miękką poduszkę. Otulona ciepłą kołdrą, dałam
się ująć snu.
***
- Ezra!- krzyczałam
wchodząc do drewnianego domu przy jeziorze. Wszystko wyglądało
tak, jak to zostawiłam. Resztki po śniadaniu walały się po
kuchni, czekając na Dorothe, kilka ubrań znajdowały się w
korytarzu. A Scott? Oczywiście leżał rozwalony na kanapie,
oglądając jakiś, zapewne głupi, film.
- Widziałeś
Ezrę?- zapytałam z nadzieją na uzyskanie pozytywnej odpowiedzi.
- Nie, a kto to?-
zrobił zdziwioną minę.
- Jak to kto?
- No kto?-
powtórzył.
Wywróciłam
teatralnie oczami.- Przecież on to mój...- przerwałam. Właśnie.
Kim on w ogóle był?
Ezra- ciąg liter
składających się w jedno imię. Tak wiele, a zarazem, tak mało
wspomnień. Kim był?- nie wiem. Dlaczego tyle dla mnie znaczył?-
tego też nie wiedziałam.
Więc skąd wzięło
się to imię w mojej głowie?
Kim on do jasnej
cholery był! Czułam jakieś silne emocje z nim związane.
Jakie?
Tego nie byłam
pewna, ale coś ważnego dla mnie znaczył.
Tyle pytań... tak
mało odpowiedzi.
Zostawiłam
chłopaka i udałam się do swojego pokoju. Zrezygnowana rzuciłam
się na łóżko. Co się tak w ogóle działo, przez te ostatnie
kilka dni?
Weszłam do
łazienki z nadzieją, że prysznic, jak zwykle mi pomoże.
Wychodząc z
kabiny, opatulona ręcznikiem, zaczęłam rozglądać się za piżamą.
Dostrzegłam czarną koszulkę na wieszaku. Od razu ją założyłam,
tak jakby to była normalna czynność, za każdym razem tuż po
kąpieli.
Cholera! Ten
zapach... tak diabelsko znajomy...Ale skąd wzięła się tu męska
koszulka? Nie należała do Scotta, a zresztą przecież miał swoją
łazienkę. Czyżby należała do tego Ezry? Kimkolwiek był,
musiałam go odnaleźć.
Myjąc zęby
pochyliłam się nad zlewem, w celu spłukania piany z ust. Pytania
męczyły moją, wciąż, obolałą głowę. Do tego doszło
kolejne...
Kim JA
jestem?
Pustka. Kompletna
nicość odbijała się po niej. Nie wiedziałam nawet skąd się
wzięłam w tym domu. Wytarłszy mokre usta, spojrzałam w lustro i
przez ułamek sekundy zachwiałam się na miękkich nogach.
Na popękanym
szkle, który jeszcze chwile temu było całe, widniał napis
namalowany krwią, ściekającą po moich zakrwawionych dłoniach.
Nadchodzę.
***
Budząc, zerwałam
się do pozycji siedzącej...
To był tylko
sen...
Przetarłam
zmęczone powieki i znieruchomiałam. A jednak. To była gorzka
rzeczywistość...
Jestem w zamku.
Ezra też tu jest...
Gula w gardle
uniemożliwiła mi wybuchnięciem płaczem. Kochałam go, a on tak po
prostu mnie zdradził. Od początku planował sprowadzenie mnie
tutaj, chociaż mógł to zrobić w mniej bolesny sposób... Nie
chodzi o tortury. W życiu dość fizycznie się nacierpiałam. Czemu
udawał tą całą miłość do mnie? Przecież mogło się i bez
niej obejść... Moglibyśmy zostać przyjaciółmi... oczywiście
dopóki by mnie tu nie sprowadził.
A teraz?
Stał się
najbardziej znienawidzoną przeze mnie osobą. To koniec... Bolesny
koniec.
Pragnęłam zarówno
swojej, jak i jego śmierci.
Właśnie Śmierć!
Gdzie on do cholery był?! Przecież ja umierałam! Powinien się tu
zja... A no tak.- westchnęłam ironicznie.- Przejście jest
zamknięte...
Dopiero po chwili
zauważyłam, że nie jestem sama. Starsza kobieta, siedząca przy
łóżku, przyglądała się mi. Skądś ją kojarzyłam...
To ona była przy Amandzie, w tym
dniu...
Czy ona też była
w to zamieszana? W końcu jest jego siostrą, musiała coś
wiedzieć...
- Do diabła!-
krzyknęłam opadając na poduszkę. Widziałam jak kobieta
wzdrygnęła. Chyba ją wystraszyłam...Cholera.- Przepraszam.-
spojrzałam na nią.
Kolejna osoba,
która się mnie bała...
- Nic ci nie
zrobię.- wyszeptałam.
- Wiem.- w końcu
się odezwała.- Jestem tu by ci pomóc.
- Hm? A w czym
niby?
- Powoli
odzyskujesz energię, Król chciał się z tobą jak najszybciej
spotkać...
- Król?!- z nową
siłą usiadłam na łóżku.- Co on ode mnie chce?!- nawrzeszczałam
na niewinną służkę. Ta znów wzdrygnęła ze strachu.
- Chce
porozmawiać,- zapewniła.- Nie martw się, On nic ci nie zrobi. Nie
skrzywdzi cię...
Parsknęłam
śmiechem.
- Już w dość
dokładny sposób uświadomił mi, że nie chce mnie skrzywdzić.
- Nie wiedział o
tym.- posmutniała.- Jesteś dla niego zbyt ważna.
No nic. Czas w
końcu zmierzyć się z Jego Wysokością.- przewróciłam teatralnie
oczami.
Wstałam, i
chwiejnym krokiem, udałam się do wielkich drzwi.
- Proszę
zaczekać!- usłyszałam głos staruszki.- Nie możesz iść tak
ubrana!- wskazała na moje ciuchy.
Dopiero teraz
zauważyłam, że jestem w samej sukni nocnej. Ale kiedy to ja...
Pewnie ona mnie w
to ubrała.
- W co mam się
ubrać?- zapytałam z niechęcią.
- Przygotowałam
dla ciebie to.- wskazała na czerwoną suknie, opartą o sofę.
Pomogła mi
ściągnąć piżamę i, wraz z jej pomocą, ubrałam suknię. Bez
niej, wątpię bym dała radę cokolwiek na siebie założyć.
Wszystko było z tyłu sznurowane. Pomimo moich umiejętności
gimnastycznych, nie byłam zdolna do sięgnięcia przez ramię. Do
tego mój obecny stan nie pomagał.
Usiadłam przed
toaletką i pozwoliłam na uczesanie swoich włosów. Czułam lekkie
pociągnięcia, wraz z kolejnym ruchem szczotki, ale nie mogłam
napatrzeć się na swoje odbicie w lustrze. W przeciwieństwie do tego
jak się czułam, wyglądałam olśniewająco.
Suknia. Prosta
czerwona tkanina z ubogimi dodatkami, pięknie prezentowała się na
moim ciele. Do tego włosy... Ich kruczoczarny kolor rozjaśniał
moją, już dość jasną, skórę. Czarne oczy, stały się
intensywniejsze i większe.
- Ale z ciebie
szczęściara...- głos służki wyrwał mnie z samo podziwu.- Taka
młoda, i taka piękna...
- I dlatego jestem
szczęściarą?- zapytałam z pogardą. Zazdrościła mi. Ale czy to
moja wina, że jest stara?
- Nie do końca.
Chodzi mi raczej o to co cię czeka...- spojrzałam na nią ze
zdziwieniem. Co miało mnie spotkać?
- Oh! Przepraszam.
Chodzi mi o to...- mieszała się.- że jesteś tak ważna dla Króla.
Troszczy się o ciebie i w ogóle...
- To nie powód do
szczęścia.- odparłam zła. O co jej chodziło?
- Tak, pewnie masz
rację, ale myślę że ślub jest już tym powo...- nie pozwoliłam
jej do kończyć. Wstałam i spojrzałam na nią z przerażeniem.
- Co?! Jaki ślub!-
krzyknęłam.
- No twój i
Króla... w końcu jesteś Księżniczką, prawowitą następczynią
tronu...
- To nie znaczy, że
go poślubię!
- On tego chce...
- Ale ja nie chce!-
co on sobie wyobrażał? Myślał, że go poślubię?! Nawet nie
wiedział jak się mylił...
- Ty nie
rozumiesz.- pokręciła głową.- On zawsze dostaje to, czego chce, a
na ciebie już dość długo czekał....
- Idziemy do
niego.- oznajmiłam ciągnąc służkę za nadgarstek.
***
Dwóch strażników,
stojących przed wielkimi drzwiami, wpuściło mnie do środka.
Pomieszczenie wyglądało mi na salę balową. Zastałam GO w
towarzystwie jakieś młodej kobiety o brązowych włosach i ciemnej
karnacji. W rękach trzymała papier i zapisywała, zapewne jakieś
polecenia, które wypowiadał Król, gestykulując przy tym rękami.
Wskazywał na różne strony pokoju, co wyglądało jakby planował
ustrój tego pomieszczenia. Trzask zamykających się drzwi
spowodował zwrócenie jego uwagi na mnie. Najpierw złość malowała
się na jego twarzy, która po chwili została przyciemniona
uśmiechem.
- Przyszłaś.-
oznajmił nie przestając się uśmiechać.
- Jeśli
twierdzisz, że kiedykolwiek poślubię takiego, takiego...- nie
mogłam znaleźć odpowiedniego określenia na tą bestię.
- Poślubisz?-
zapytał ze zdziwieniem.- Kto ci takie głupoty nagadał?
- Nie rób z siebie
idioty! Nie będzie żadnego ślubu! A szczególnie z tobą!-
zrobiłam chwilę przerwy, aby nabrać energii. To był zbyt duży
wysiłek jak na mój stan...- Jak tylko odzyskam moc to...-
zaczerpnęłam tchu. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.
Oczywiście, nie przeszło to jego uwadze, więc zbliżył się do
mnie. Teraz zaledwie kilka metrów dzieliło nas.
- To co?-
przedrzeźniał mnie.- Wrócisz do domu? Tu jest twój dom!- wskazał
ręką pokój.- A zresztą, wzmocniłem czary, co pewnie już
zdążyłaś zauważyć...
- W dupie to mam!-
wybuchłam gniewem.- Wolę zginąć niż wyjść za takiego
człowieka!
- Jakiego?-
zapytał.- Wiesz, myślę ,że mnie wcale nie znasz, więc wątpię
abyś mogła powiedzieć cokolwiek na mój temat.
- Widziałam do
czego jesteś zdolny.- powiedziałam lodowatym tonem.- Powiedz, co
ona ci takiego zrobiła, że musiała tak cierpieć?
Przez krótką
chwilę zastanawiał się, zapewne, nad odpowiedzią. Albo moje
pytanie wytrąciło go z równowagi?
- Zasłużyła na
to- mruknął pod nosem.- Złamała zasady i musiała ponieść
konsekwencje. Dobrze wiedziała jak to się wszystko skończy!
Nielojalność jest karana, więc myślę, że w pełni zasłużyła
na taką karę...
- Lojalność? I
myślisz, że przez te twoje pieprzone zasady zdobędziesz ją? Oni
cię słuchają tylko dlatego, że się ciebie boją! A nie szanują!-
Kolejny wybuch mojej złości, nie skończył się najlepiej. Znowu
traciłam przytomność. Nie powinnam była się tak unosić...nie
teraz. Ledwo co się obudziłam i nie odzyskałam w pełni siły, a
już latałam po zamku jak petarda, kłócąc się z kim popadnie.
Od feralnego
upadku uchronił mnie, nie kto inny jak... William. Objął mnie
swoimi umięśnionymi ramionami i podniósł. Nie miałam siły do
oporu, nawet dałam się odnieść do łóżka. Gdy sen znów
zagościł we mnie, zaczęłam obmyślać plan, jak najlepiej i
najszybciej się go pozbyć.
Chciał mieć
Królową? To ją dostanie, ale kto powiedział, że będzie jej
towarzyszył? O ile w ogóle będzie żył...
Ocknęłam się w
swojej nowej komnacie. O dziwo, przy łóżku nie było siwowłosej
służki, tylko ON. Siedział na krześle i z troską patrzył się
na mnie. Wyglądał tak słodko... szkoda, że taki przystojniak
musiał być aż tak zły. A zresztą, znałam go jedynie z opowieści
Amandy, które nie koniecznie musiały być prawdziwe...chociaż to
co widziałam. Oparł ręką podbródek i uśmiechnął się. Na
nadgarstku widniało jakieś znamię. Domyśliłam się, że to
kolejny urok, tak żeby nikt go na Ziemi nie rozpoznał. Taki jak
Ezra miał w celu „wtopienia się w tłum”...
Ezra... to imię
wciąż przyprawiało mnie o ból.
Zdrajca.
Oszust.
Kłamca.
Wykorzystał mnie.
Tak po prostu żeby, dostarczyć JEMU. Mój plan dopiero co się
kształtował, ale na pewno znajdzie się w nim miejsce na zemstę, i
to dość okrutną.
- Czego chcesz...-
zapytałam ochrypłym głosem.
- Martwię się o
ciebie. Tyle wycierpiałaś... Omal cię nie straciłem.- dotknął
moją rękę, którą szybko zabrałam.- Proszę cię, nie oceniaj
mnie z opowiastek od innych. Te historie są zbytnio naciągane.
Zostaniesz tu, więc będziesz miała sporo czasu na poznanie mnie. I
zobaczysz, że nie jestem takim potworem za jakiego mnie uważasz.-
podał mi kubek z jakimś wywarem.- Wypij to. Poczujesz się lepiej.
- Chyba sobie
żartujesz... Myślisz, że to bez problemu wypiję?
Uśmiechnął się
do mnie.- Oj przestań. Przecież nie chce cię otruć.- zrobił
zdziwioną minę, ujrzawszy niepewność w moich oczach.- Gdybym
chciał twojej śmierci, już dawno byłabyś martwa. Ale mam inne
plany...
- Aha!-krzyknęłam
ożywiona.- Więc jednak chcesz mnie poślubić!
- A kto by nie
chciał? Nie martw się, bez twojej zgody nic nie zrobię...
- Mam nadzieję.-
sięgnęłam po napój.
- A ja mam
nadzieję, że szybko zmienisz zdanie.- wstał.- Kolacja będzie za
godzinę, Dasz radę wstać? Czy mam kogoś przysłać?
- Nie jestem
głodna.- odparłam.
- Musisz nabrać
siły.- uśmiechnął się.- Przyślę Kathriane, pomoże ci i
zaprowadzi do jadalni.- usiadł na łóżku tak, że nasze nogi się
stykały.- Przepraszam...-posmutniał.- Nie wiedziałem że tam
jesteś... Gdybym mógł to wszystko cofnąć... Te wszystkie
tortury...ten ból...- łzy zbierały mu się w oczach. Cholera!
Wyglądał jakby mu naprawdę zależało...- Przepraszam...-
uśmiechnął się słabo. Dopiero po chwili zauważyłam, że trzyma
moją dłoń, ale teraz jakoś mi to nie przeszkadzało.
Czas wdrążyć
swój plan! Pierwszy etap: być miłym, dla niego...
Na samą myśl
zrobiło mi się niedobrze. No cóż... sama wymyśliłam ten plan i
sama muszę go wykonać, inaczej cały mój wysiłek po prostu szlag
trafi.
***
Kathriane pomogła
mi się przygotować do kolacji, a z pomocą młodej służki,
dotarłam do jadalni. Z kolejnym pomieszczeniem, coraz bardziej
podobał mi się zamek. Oprócz korytarzy i pokojów służących,
nie był aż taki szpetny. Każda sala była bogato ozdobiona.
Przepych widniał w każdym kącie. Przywitawszy się z kilkoma,
kompletnie nieznanych mi ludźmi, zajęłam wyznaczone przez Króla
miejsce, oczywiście obok niego. Udawanie miłą, strasznie mnie
męczyło. Te uśmiechy, fascynacja jego historiami... NUDA!
Rozmawialiśmy dość
długo, czekając na ostatniego gościa. Trochę było to dla mnie
dziwne, że Król czeka na jednego ze swoich sług. Przecież to
zniewaga Władcy, który czeka na swojego poddanego. Widocznie musiał
być tego wart...
Czekając na
tajemniczego gościa, zaczęłam wyciągać jakieś informację od
Willa. Niestety, temat tamtego dnia został przełożony na inny
termin. Choć chciałam uzyskać jak najszybciej informacji o tym, to
wytrzymanie tych kilku dni nie było takie straszne... W końcu
mogłam się czegoś dowiedzieć.
Każdy inaczej
przedstawiał tą historię, dlatego też sama musiałam dojść do
prawdy. Zanudzona, oczywiście z uśmiechem, słuchałam kolejnych
jego opowiieści, gdy nagle drzwi jadalni kolejny raz się otworzyły.
Usłyszałam kroki skierowane w naszą stronę. O! W końcu jaśnie
pan się pojawił... Uśmiechnięta odwróciłam wzrok w kierunku
przybysza.
- No nareszcie!-
odezwał się Król.- Samantho, proszę poznaj mojego doradcę,
Estesa.
Przyjrzałam mu się
uważnie, zastanawiając się, co tak naprawdę czułam do niego. W
tym momencie? Nic. Kompletną pustkę. Miłość, pożądanie, smutek
i ból po prostu zniknęły. Tak jakby nigdy nie istniały.
Ukłonił się
przede mną i ucałowawszy moją dłoń, zajął miejsce naprzeciwko
mnie. Znów odwróciłam wzrok ku Królowi i rozpoczęłam dalszą
konwersację. Nie zwracałam na niego żadnej uwagi, choć czułam
jego wzrok na sobie. Nie wiedziałam czy cokolwiek zdziałam tym, ale
postanowiłam bawić się w najlepsze, z Królem. Może jakimś cudem
będzie zazdrosny? A może nawet zranię go tym. Kto wie? No racja,
zaraz się pewnie dowiem. Zjadłszy kolację, poprosiłam Williama,
aby oprowadził mnie po zamku. Estes wszystko słyszał...
Gniew emanował z
jego ciała. Wiedziałam, że to było skierowane do mnie. Powinien
mnie nienawidzić, bo przecież tak bardzo chciał mnie zranić, a tu
proszę! Ledwie zwróciłam na to uwagę.
- Estesie, jestem
ci bardzo wdzięczny za uratowanie jej życia. Tak, jak już
wspomniałem mam dług u ciebie, a raczej miałem. Pomyślałem, że
skoro już od tak dawna jesteś samotny, a córka hrabiego Mihheleya
pała do ciebie jakimś uczuciem, stwierdziłem że czas na ślub! Co
ty na to? Myślę, że taka spłata, jest dość obfita. Nieprawdaż
Samantho?- zwrócił się do mnie.
Co ja miałam
powiedzieć? Oh, tak oczywiście? Niech chłopak się żeni jak
najszybciej by mieć co pieprzyć w nagrodę?
A jednak. Coś
zabolało mnie w klatce piersiowej. Małe ukłucie...dosyć bolesne.
Chyba wciąż coś do niego czułam... No jasne, że tak! Przecież
ja go kochałam...pomimo tego, że on to wszystko udawał. Czułam
gule w gardle. Nie miałam siły na odpowiadanie. Ale musiałam.
Chciałam pokazać że, to wszystko co on mi zrobił, mam w dupie.
Zrobiłam kilka dość sporych łyków wina i spojrzałam na Ezrę.
Wpatrywał się we mnie, szukając jakichkolwiek emocji.
Nie ze mną
takie numery!
Myślał, że wciąż
zależy mi na nim? Nawet nie wiedział jak bardzo... Ale moje
zachowanie nic nie wskazywało na to.
- Skoro ona do
niego coś czuje, to czemu nie? Chociaż, chyba liczą się uczucia
obojga. Nieprawdaż?
- Zapewne.-
powiedział jednocześnie kiwając głową.- Estesie, czy chciałbyś
ją poślubić? Słyszałem, że jest dość ostra w łóżku...-
zaśmiał się.
- Z przyjemnością.-
odparł blondyn chłodnym tonem.- Tyle lat samotności wystarczy.
Więc kiedy możemy się pobrać?- powiedział entuzjastycznie.
- Hola, hola!-
zatrzymał go Król.- Najpierw czeka nas mój ślub, o ile ta piękna
niewiasta mnie zechce.- spojrzał na mnie zalotnym uśmiechem.
- Oj Estesie, chyba
sobie trochę poczekasz - oznajmiłam.
Znów zobaczyłam
ten uśmiech, który tak bardzo kochałam. Spojrzał na mnie swoimi
niebieskimi oczami, a ja czułam jak powoli odpływam. Dosłownie
kilka sekund i... I co? Pocałowałabym go? Nie.
Otrząsnęłam się
i spojrzałam na swój pusty talerz. Najedzona miałam ochotę
wrócić, jak najszybciej do swojej komnaty.
Król wstał, a
wraz z nim reszta gości. Więc to chyba koniec tej kolacji...
Chociaż nie powiem, była pyszna. Odsunęłam krzesło i trochę
chwiejnym krokiem odeszłam od stołu. Will widząc moje, wciąż
niesprawne ruchy, podszedł i objął mnie w pasie, pomagając
utrzymać równowagę.
Ba! Poczułam silną
wściekłość od blondyna. A jednak! Już wyprowadziłam go z
równowagi, a moja zemsta dopiero się zaczęła. Podziękowałam za
pomoc i trzymając się pod jego łokciem, wyszłam z pomieszczenia.
Czas zacząć
zwiedzanie.
***
Po kilku godzinnych
przechadzkach i słuchaniu różnych historii wojennych, zostałam
odprowadzona pod samą komnatę przez Króla. Prawie zanudził mnie
na śmierć, tymi swoimi opowiastkami... Ale nie powiem, trochę
dowiedziałam się o nim. Tylko, że nic co mogłabym wykorzystać w
swojej zemście...
Usiadłam na
kanapie przed kominkiem i rozkoszowałam się ciepłem płomieni.
Biały wilczur oklapł koło mnie, kładąc swój pysk na moich
kolanach.
Miałam teraz czas
na swoje przemyślenia. Głownie męczyło mnie to, że nie mogłam
się stąd wydostać. A chciałam, i to bardzo... Oczywiście, że
bym wróciła. Pomimo tego, że to miejsce jest mi kompletnie obce i
coraz bardziej znienawidzone...to jest to mój dom. I jakieś uczucia
względem niego się pojawiły. Już zdążyłam przywyknąć do tych
obskurnych korytarzu, które swoim wyglądem strasznie mnie raziły.
A komnaty? Strasznie podobał mi się ich wystrój. Wszystko
wyglądało jakby było sprzed XVIII w. . Żadnych komputerów,
telewizorów czy innych sprzętów. Wszystko opierało się na
książkach, które akurat kochałam...
Kochać... Czy będę
w stanie kogokolwiek obdarzyć takim uczuciem? Ostatnia moja miłosna
przygoda nie skończyła się za dobrze... Chociaż straciłam tyle,
to wciąż miałam kogoś na kim mi zależało- a mianowicie Scotta.
Chciałam jakoś poinformować go, o tym gdzie jestem i co się u
mnie dzieje, bo na pewno się martwił, tak jak ja o niego.
A Amanda? Miałam
mieszane uczucia co do niej. Nie wiedziałam czy ona brała w tym
wszystkim udział. Może po prostu była nieświadoma tego
wszystkiego...
A jeśli nie?
Postanowiłam nie
męczyć się z tym. Dłuższe przemyślenia sprowadziły by do Ezry,
a wystarczyło mi dzisiejsze spotkanie z nim.
Więc jak mogłabym
się stąd wydostać? Albo chociaż wysłać wiadomość...
- Co piesku... Ty
chyba nie będziesz wiedział jak mam stąd uciec?- wilk warknął i
szturchnął moją dłoń pyskiem.
- Przepraszam,
wilczku.- poprawiłam się. Nazwaniem go psem chyba niezbyt mu się to
spodobało. Zaczęłam głaskać jego śnieżnobiałe futro, gdy po
komnacie rozległo się głośne pukanie. Nim zdążyłam zareagować,
drzwi otworzyły się, a do komnaty wszedł Król...
- Nie za późno na
wizyty?- zapytałam.
Nie miałam ochoty
na ponowne rozmowy z nim wystarczyło, że spędziłam pół dnia w
jego towarzystwie, udając miłą i nim zafascynowaną. Mój limit
już powoli się kończył na dzisiaj. Zresztą, sama byłam w szoku,
że potrafiłam tak długo wytrzymać, nie udławiając się własnymi
słowami.
- Tak, pewnie masz
rację, ale nie przyszedłem z wizytą.
- Nie?-
zaniepokoiłam się.
- Jest już dość
późno. Czas spać.- oznajmił ściągając koszulę.
- Przepraszam
bardzo, ale to jest moja komnata.
- Z tym to bym się
nie zgodził. To jest mój pokój.
I co teraz? Ten
człowiek chyba na poważnie ma zamiar tu spać! Ze mną! O nie, nie,
nie. Nie będę dzieliła z nim łóżka!
- Nie możesz
wybrać sobie innej komnaty?- nie miałam zamiaru ustępować mu tego
pokoju. Łóżko było takie wygodne...
- Wszystkie są
zajęte.- uśmiechnął się.
- Jak to?! Przecież
tu jest chyba kilkaset komnat.
- Tak, ale nie
wszystkie są sprawne do spania. A reszta jest zajęta przez naszych
gości. Zaprosiłem kilka osób na bal.
Jeszcze tylko tego
mi było trzeba...
Chyba jestem
skazana na jego towarzystwo dzisiaj w nocy...
- Dobra... Ale
śpisz na kanapie.
- Oj nie
przesadzaj. Łóżko jest wystarczająco duże dla nas dwojga-
wzruszył brwiami.- a kanapa jest niezbyt wygodna.
Spojrzałam na
łóżko. Rzeczywiście, zmieściły by się tam jeszcze dwie osoby,
ale spać tam z nim?
Kurde... A co jeśli
mu odmówię? Nie wiem co mogłaby ta jego pusta główka wymyślić,
ale na pewno nie skończyłoby się to za dobrze... Musiałam
kierować się swoim planem. Tak właśnie. To by bardzo pomogło w
jego realizacji.
- Ale wilk śpi z
nami- zastrzegłam, a ten się uśmiechnął.
- Boisz się, że
mógłbym co nieco...- nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Tak! Facet w
łóżku z kobietą którą chce poślubić? Myślisz, że wiem do
czego zmierzasz? O nie! On śpi z nami.- wskazałam na zwierze.
- No dobra. To
chodźmy, jest już późno...
Ułożyłam się
wygodnie w łóżku i zawołałam wilka. Położył się między
nami, a ja przytuliłam go do siebie.
- Myślę, że
byłbym o wiele wygodniejszy od niego.- usłyszałam rozbawiony głos
obok siebie.
- Jestem pewna, że
nie. On przynajmniej jest miękki i taki słodki...- odpowiedziałam
nie otwierając oczu. Byłam zmęczona, a temu jeszcze na pogawędki
się zebrało...
- Ja też jestem
słodki, jeśli chcesz mogę ci to udowodnić...
- Śpisz na
kanapie! - odpowiedziałam szybko wstając.
- Dobrze, już
dobrze... Przepraszam.
Zaniemówiłam. Czy
on właśnie mnie przeprosił? Rzadko spotykałam się z tym, żeby
Król za cokolwiek przepraszał, a zwłaszcza za swoje zachowanie.
Zwykle ich duma na to nie pozwalała, ale zdarzały się wyjątki. No
i właśnie taki leżał obok mnie. Nie wyglądał mi on na żadnego
tyrana. Zwykły, nawet mogłabym powiedzieć, że dobry Król.
Musiałam jak najszybciej dowiedzieć się, co stało się tamtej
nocy...
- No dobrze...-
znów położyłam się, tuląc do siebie wilka.
Will wymówił
jakieś słowo w nieznanym mi języku, następnie zwrócił się do
mnie, a jego delikatny głos mówiący „ Dobranoc” rozniósł się
po mojej głowie.
***
Obudziłam się
wtulona do swojego ukochanego. To był tylko sen... na szczęście.
Znów leżałam w jego objęciach, grzejąc się o jego ciało.
Czułam jak smyra mnie dłonią po plecach. To wszystko, było jednym
wielkim koszmarem. Przecież kto by pomyślał, kiedykolwiek, że
Ezra mógłby coś takiego mi zrobić? Kochał mnie. Nigdy by mnie
nie skrzywdził, tak jak ja jego.
- Proszę wstawać,
niedługo śniadanie...- jego miły głos dobiegający zza moich
pleców, pieścił moje uszy... Następnie usłyszałam tylko huk
zamykających się drzwi.
Oprzytomniała
oderwałam się od niego i spojrzałam na jego rozbawioną twarz.
- A nie mówiłem,
że jestem wygodniejszy od Morta?- zapytał rozbawiony głos.
- Gdzie on jest?-
zwróciłam się do niego.
- Leży pod
kominkiem z Shadow'em.
- Kazałeś mu
iść!- oskarżyłam go.
- Może.- spojrzał
w górę przymrużając jedno oko.- A może po prostu nie dopowiadało
mu twoje towarzystwo, w przeciwieństwie do mnie...- zaśmiał się.
Nie wytrzymałam.
Miałam ochotę go teraz zabić. Jednak musiałam powstrzymać się.
Wzięłam poduszkę i mocno przywaliłam go nią.
- Szukaj sobie
nowej komnaty! Ja na pewno nie będę więcej z tobą spać!-
oznajmiłam schodząc z łóżka. Usłyszałam długie gwizdnięcie i
obejrzałam się za siebie. Will wpatrywał się we mnie z
nierozumianym błyskiem w oczach. Przypomniałam sobie, że jeździł
dłonią po moich plecach. Chwyciłam za tylną część sukni i
dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ten dupek rozwiązał
sznureczek, przez co mój tyłek był widoczny.
Wściekła
podeszłam do niego i zabrałam mu kapę. Cała owinięta nią,
weszłam do łazienki, w której wisiała kolejna suknia,
przygotowana przez Kathriane.
Z lepszą
sprawnością przebrałam się w nią, ale nadal miałam problemy z
zawiązaniem jej. Czy wszystkie sukienki muszą mieć ten pieprzony
sznurek z tyłu?
Już chyba od
dobrych dziesięciu minut próbowałam to zawiązać...
- Pomóc ci?-
usłyszałam męski głos za sobą. Jeszcze tylko jego mi tu
brakowało...
- Długo tak
stoisz?- rzuciłam gniewnie.
- Trochę...-
podszedł do mnie. Odgarnęłam włosy, pozwalając mu na zawiązanie
tego paskudztwa.
- Chyba za
podglądanie Księżniczki jest jakaś kara?- rzuciłam wścielke.
- Sam...proszę
porozmawiajmy. Wytłumaczę ci wszystko.
- Ezra, nie. Nie
mam zamiaru na wysłuchiwanie, zapewne, twoich kolejnych kłamstw.
Już dobitnie uświadomiłeś mi, że zrobiłam z siebie idiotkę,
wierząc tobie.
- To nie tak Sam.
Ja chciałem...
- Co chciałeś?
Jeszcze bardziej zabawić się mną? Wykorzystać mnie? Jakbyś już
dość mnie nie zranił. Ale wiedz, że mam to gdzieś. To co ty i
twoi koledzy zrobiliście, zostanie pomszczone. A ja tak łatwo nie
odpuszczam swoim wrogom.- ruszyłam w stronę wyjścia, gdy poczułam
ciepłą dłoń na moim nadgarstku i lekkie szarpnięcie.
- Sam, proszę
wysłuchaj mnie...- czyżbym usłyszała w jego głosie nutkę
rozpaczy?
- Nie...Ale możesz
odpowiedzieć na moje jedno pytanie.- zawahałam się. Chciałam go
spytać czy rzeczywiście coś do mnie czuł, czy też to wszystko
było udawane. Bałam się odpowiedzi.
Ezra skinął głową
na zgodę. Westchnęłam. W końcu przemogłam się, a moje usta
otworzyły się, gotowe do wypowiedzenie tych słów.
- Czy po tym jak
zniknęłam, szukałeś mnie?- czemu zapytałam właśnie o to? No
nic. Odpowiedź na to pytanie, może być zarówno odpowiedzią na
tamte. Tylko ona może uświadomić moje przeczucia.
Blondyn wpatrywał
się w moje oczy. Mogłam teraz z nich wyczytać wszystko co chciałam
wiedzieć. I tak też zrobiłam. Widząc co robię, spuścił wzrok.
Wciąż nie odezwał się ani słowem...
- To chyba wszystko
co chciałam wiedzieć.- odezwał się mój lodowaty ton. Pustka.
Tylko to gościło w moim sercu. Jedna wielka nicość, która nie
wyrażała żadnych emocji. Czułam jakby moje człowieczeństwo,
znów zostało wyłączone...zamknięte za metalowymi drzwiami. Tylko
ja miałam do nich klucz, który w tym momencie po prostu
zgubiłam....A może nie chciałam ich? Czarne źrenice powiększyły
się, a ja wiedząc co zaraz nastąpi, wyszłam jak najszybciej i
najdalej od niego.
Nadchodził demon.
Mój wewnętrzny
demon...
A więc... Miałam już kończyć tą Księge, ale że zostałam w domku <3 na parę dni, z nudów co chwila dodawałam coś do rozdziału i tak wyszło, że jeszcze ze 2 rozdziały się zbierze xd
Mam nadzieje, że to nie jest takie tragiczne jak mi się wydaje :c
Miłego czytania :*
niedziela, 26 stycznia 2014
Rozdział XI
„Już
niedługo Piekło będzie rajem, w porównaniu ze spotkaniem ze mną”.
***
Kolejny dzień, kolejny trening i kolejne rozczarowanie.
Właśnie tak to
wszystko wyglądało od kilku dni. Ta monotonia potrafiła naprawdę
mnie dobić. Tyle czasu poświęciłam na te pieprzone treningi i
nic. Żadnych postępów związanych z moją mocą. Nic, kompletne
ZERO. Zrezygnowana wróciłam do domu. Wzięłam prysznic i opadłam
na kanapę w salonie, włączając telewizor. Słyszałam jak Ezra
krząta się po kuchni. Za niedługo obiad...
Scott jeszcze spał.
Nie chciałam go budzić, w końcu tyle wycierpiał. Ale najgorsze za
nim. Teraz wszystko się zmieni. Oczywiście w jego ciele. Uaktywni
się instynkt, wzmocnią zmysły... Myślę, że to wystarczająca
nagroda za to cierpienie.
Zamyślona, nawet
nie zauważyłam, że Amanda usiadła obok mnie.
- Śpi?- zapytała
z troską w oczach.
- Tak. Zapewne
będzie spał do wieczora.
- Aha.- odparła
smutna. Brakowało go jej. Widziałam to. Czyli ona także coś do
niego czuła...
- Co ty na to, żeby
jechać popołudniu do miasta? Muszę się z kimś spotkać i przy
okazji pójdziemy na zakupy?- dziewczyna wciąż miała na sobie moje
ciuchy. No cóż, nie miałam nic przeciwko temu, ale powoli kończyły
mi się sukienki, a tylko w nich chodziła.
- Tak!- ucieszyła
się.- O której jedziemy?
- Myślę, że
gdzieś za godzinę powinniśmy wyjechać.
- Dobrze, to ja idę
się powoli szykować.- oznajmiła i wyszła z pomieszczenia.
Czułam wzrok Ezry
na karku. Nie podobało mu się to, że mam jechać bez żadnej
opieki do miasta. Ale w końcu po wielu prośbach, niechętnie
zgodził się. Widziałam, że z wielkim bólem to robi, ale
wiedział, że jest to dla mnie bardzo ważne. Tylko i wyłącznie
dlatego, że Scott prosił mnie o to. Bez niego na pewno bym się z
nim nie zgodziła.
Z miską popcornu
usiadł obok mnie i objął ramieniem.
- Jesteś pewna, że
mam z tobą nie jechać?- zapytał z nadzieją, że jednak zmieniłam
zdanie.
- Tak.- cmoknęłam
go w policzek.- Nie martw się, nic mi nie zrobi. W przeciwieństwie
do mnie...
Zaśmiał się.-
Mam nadzieję, bo gdyby cię dotknął, to chyba nie wiem co bym mu
zrobił.
- Dotknął? To już
nawet nikt nie może mnie dotykać?- w śmieszny sposób uniosłam
brew. - Rozumiem, gdyby chciał mnie skrzywdzić, ale tylko dotknąć?
- Nikt.- powiedział
dumnie.
- A co jeśli to
zrobi?
- To go zabiję.-
pocałował mnie w skroń.
- No panie Estesie
Maltali, nie wiedziałam, że z pana taki brutal.- zaśmiałam się.
- Tylko jeśli
chodzi o moją dziewczynę.- odparł przytulając się do mnie.
***
Zaparkowałam
przed dużą galerią. Miałam się tam spotkać z Christophem i,
przy okazji, pójść na zakupy z Amandą. Weszłyśmy do budynku, a
ja od razu udałam się do kawiarni. Dałam dziewczynie trochę
pieniędzy i umówiłyśmy się, że za pół godziny spotkamy się
przed wyjściem. A potem znów pochodzimy po sklepach. W końcu też
chcę sobie coś kupić.
Udałam się w
stronę stolika, znajdującego się w rogu i zajęłam miejsce na
czerwonym fotelu.
Po chwili podeszła
do mnie ciemnowłosa, młoda kelnerka. Wilkołak. Gdy na nią
spojrzałam, ta lekko wzdrygnęła. Bała się mnie? Zamówiłam
zwykłą kawę z mlekiem, a jej ręka drżała podczas zapisywania.
Na pewno się mnie bała, ale czemu?
Moje zamówienie
szybko zostało dostarczone. Piłam kawę i oglądałam ludzi zza
okna, poszukując mojego Anioła. Po chwili, naprzeciw mnie usiadł
jakiś brunet. Przewróciłam teatralnie oczy.
- Zajęte.-
odparłam nie patrząc się na mężczyznę.
- Wiem.-
odpowiedział.
Ten znajomy
głos...ale nie spodziewałam się, że będzie on należał właśnie
do niego. Spojrzałam na mężczyznę. Nie myliłam się, ale wolałam
się upewnić.
- Christoph?
- Mhm.-
potwierdził.
- Co ci się
stało?- zapytałam z lekkim szokiem.
Wyglądał
okropnie. Miał cienie pod oczami, jakby nie spał od kilku dni.
Srebrzyste włosy, zostały zastąpione ciemno brązowymi. Na twarzy
miał kilkudniowy zarost. I tak wyglądał olśniewająco, dla tych,
którzy nie widzieli go wcześniej, ale czułam coś jeszcze. Dziwną
moc. Nie tą co wcześniej, symbolizującą jego anielskie
pochodzenie. To było coś innego, mroczniejszego...
- Trochę się
pozmieniało po naszym ostatnim spotkaniu.- stwierdził.
- Kto ci to zrobił?
Widziałam, że
przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, ale w końcu
odparł.
- Archaniołowie.
Jedno słowo i tyle
nie przyjemnych wspomnień.
- Mój ojciec?-
miałam nadzieję, że zaprzeczy. Chociaż nigdy go nie widziałam,
nie znałam i nie chciałam poznać, to w środku czułam pewny
niepokój. Zastanawiało mnie jedno. Czy to przeze mnie?
- Po części.-
odparł mętnie.- Słuchaj, to nie jest twoja wina, po prostu nie
wykonałem odpowiednio zadania, jakie na mnie nałożono.
- Czyli szkolenie
mnie.- stwierdziłam.
Niechętnie, ale
przyznał mi rację.
- Co oni ci
zrobili?- zapytałam z troską. Czemu on tak na mnie działał?
- Oderwali mi
skrzydła...-zatrzymał się.- Pozbawili anielskiej mocy....Zrobili
ze mnie upadłego anioła.
- Przykro mi.- znów
poczułam smutek i żal, emanowane z innego ciała. To moja wina. To
ja doprowadziłam do tego. Gdyby tylko można było coś zrobić...
- Nie trzeba. Już
wcześniej byłem przygotowany do tego. W końcu nie każdy jest
idealny, nawet anioł.- zaśmiał się.
- Tak, ale gdyby
nie ja...wciąż miałbyś skrzydła...
- Oj, nie
przesadzaj. Życie upadłego nie jest wcale takie złe...- widziałam,
że nawet on, nie wierzy w swoje słowa.
- Właśnie widzę.-
stwierdziłam.
- Dobrze, ale nie
chciałem z tobą o tym rozmawiać. Wszystko u ciebie w porządku?
Jak treningi?
- Straciłeś
skrzydła przez to, że ja nie chciałam z tobą trenować i dalej
martwisz się o mnie?-to było dziwne...
- No tak, mówiłem
ci już. Zależy mi na twoim bezpieczeństwie.
- Ale czemu?- nie
wiem dlaczego zapytałam, ale bałam się odpowiedzi.
- To było po
części moje zadanie. Żebyś była bezpieczna. Chociaż nie muszę
je już wykonywać, to chce być po prostu pewien, że nic ci nie
grozi.- kłamał. Czułam, że to nie wszystko.
- Jakoś idzie.
Dalej nie mogę używać samodzielnie mocy, ale myślę, że za
niedługo dam radę.- skłamałam. Sama nie byłam pewna czy
kiedykolwiek mi się to uda.
- Nie musisz
udawać.- oznajmił.- Sam, proszę powiedz co się dzieję.
Opowiedziałam mu
o wszystkich moich obawach. Wiedziałam, że mnie rozumie. Wszystko
to, co kłębiło się we mnie, po prostu wyszło. Czułam się winna
wszystkich rzeczy jakie go spotkały, dlatego też powinien to
wiedzieć. W końcu przecież, on też miał mnie trenować, więc
może mi pomóc.
Ku mojemu
zdziwieniu, znał odpowiedź na to. Stwierdził, że skoro potrafiłam
raz się przenieść, powinnam dalej ćwiczyć teleportację. Od
czegoś trzeba zacząć.
Naprawdę miło nam
się rozmawiało. Chociaż nie uzyskałam żadnych więcej odpowiedzi
na temat mojego ojca, to muszę przyznać, że nawet polubiłam
Christopha. W końcu wybaczyłam mu ten nieszczęsny incydent. Nie
wiem czemu, aż tak mu na tym zależało, ale w pewnym sensie byłam
mu to dłużna.
Po paru minutach
pożegnałam się z nim, przecież Amanda już na pewno na mnie
czekała, a chciałam jeszcze iść z nią na zakupy.
Wyszłam przed
budynek, rozejrzawszy się dostrzegłam ją siedzącą w towarzystwie
jakiegoś mężczyzny na ławce. Zaniepokoiłam się.
Jak najszybciej
podeszłam do niej.
- O, Sam!
Nareszcie.- powiedziała, gdy stanęłam obok niej. Zimnym wzrokiem
spojrzałam na bruneta siedzącego obok niej. Wilkołak.
- Poznaj Williama.
Dotrzymał mi towarzystwa podczas twojej nieobecności.
Widziałam jak
wystraszony spogląda na mnie. Aż tak strasznie wyglądam? No
ludzie! Co się dzisiaj z wami dzieje! Wszyscy się mnie boicie?
- To ja już
pójdę...- wstał.
- Czekaj!-
zatrzymała go Amanda.
- Nie naprawdę
muszę już iść. Hm...Miło było poznać.- wydukał i chwiejnym
krokiem udał się w stronę parku.
- Pozdrów Aarona!-
krzyknęłam za nim. Widziałam jak lekko wzdrygnął usłyszawszy
mój głos.
- Wy się znacie?-
zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Nie, ale znam
jego dowódcę.
- To on był
wilkołakiem?!
Zmarszczyłam
brwi.- Nie wiedziałaś o tym?
- Nie, to znaczy
tak.- mieszała się.- Czułam coś dziwnego, ale naprawdę miło mi
się z nim rozmawiało.- posmutniała.
- Mam nadzieję, że
więcej go nie spotkasz. Wybacz, ale myślę, że Ezra nie byłby
zadowolony z tego, zresztą ja też nie. On mógł przecież coś ci
zrobić!
- Przepraszam, nie
wiedziałam...
- Nic się nie
stało, po prostu tak na przyszłość uważaj na nich. To podstępne
małe żmije.- przymrużyłam oczy spoglądając na oddalającego się
wilkołaka.
Dziewczyna zaśmiała
się.- Dobrze, to idziemy na zakupy?
- Tak. Chodźmy,
chcę już jak najszybciej wrócić do domu.
- Zmęczona? Czy
takie długie rozstanie z ukochanym źle na ciebie wpływa?
- Zapewne to
drugie, ale zmęczona też jestem.- złapałam ją pod rękę i,
obydwie, wesołe weszłyśmy na kolejną turę po sklepach.
***
Zaparkowałam
czarnego jeepa na podjeździe. Tonny wraz z Natte'm byli na zewnątrz
i cieli drzewo. Robiło się coraz zimniej, więc przydałoby się
napalić w kominku.
Wyszłyśmy i
obsypane torbami z ubraniami udaliśmy się w stronę domu.
- Może byście
pomogli?!- zapytałam. Tych torb naprawdę było dość sporo.
Głównie rzeczy dla Amandy. W końcu przecież nie miała tu nic
swojego, oprócz tej sukienki w której tu przybyła.
Chłopaki jak na
zawołanie przyszli pomóc. Stojąc na chodniku, prowadzonego do
domu, zostałam zatrzymana przez Natta. Okrążył mnie kilkakrotnie,
trzymając rękę na brodzie. Chyba się nad czymś zastanawiał.
- Co...- nie
pozwolono mi dokończyć.
- Żadnych obrażeń
fizycznych.- stwierdził.- Stan psychiczny w miarę, ale przydałaby
się dokładniejsza opinia lekarza. Doktorze Shaffer, co pan sądzi o
tej pacjentce?- zapytał spoglądając na Tonny'ego, który
stwierdził, że psychicznie już mi nikt i nic, nie pomoże.
- Bardzo śmieszne
chłopaki.- przewróciłam teatralnie oczami.- A teraz niech pan
doktor i jego asystent zaniosą resztę torb do domu. Inaczej stan
fizyczny ich, nieco się pogorszy.
Ciemnowłosy
złapał się za pierś.- Jak tak można! Takie groźby wobec
doktora?
- Ruchy!-
ponagliłam.- Nie mamy całego dnia doktorze!
- Fakt, jej stan
może się pogorszyć. Myślę, że będzie trzeba operować. Proszę
przygotować się na zabieg, niestety będzie musiała pani ściągnąć
te śliczne fatałaszki.- wskazał palcem na moje ubrania.
- Jeśli chciałeś
zobaczyć mnie nago, wystarczyło powiedzieć.- zaczęłam się z nim
drażnić. Chyba nie myślał, że na poważnie rozbiorę się dla
niego.
- Co?! Rozebrałabyś
się dla mnie?- zapytał zaciekawiony.
Widząc
zbliżającego się do nas Ezrę, nie odpowiedziałam.
- Wara od mojej
dziewczyny.- powiedział przytulając mnie.
- No weź!- oburzył
się Natte.- A właśnie mieliśmy iść na górę pobawić się w
lekarza.- puścił do mnie oczko.
- Jeszcze chwila i
tobie będzie potrzebny lekarz.- zagroził.
- Doktorze Shaffer,
jakie mam szanse?-zapytał kasztanowłosy.
- Marne. Starcie z
tym oto osobnikiem- wskazał na mojego kochanka.- w dobrym przypadku,
skończyłoby się złamaniem kilku kości. Ale jestem pewien, że
zakończy się śmiercią. Radziłbym zabrać swoją dupę i iść po
drewno.- wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
Z pomocą chłopaków
zabraliśmy się za wypakowanie auta. Chyba obkupiłam się do końca
życia...
Chociaż, w
przyszłym tygodniu planujemy kolejne zakupy.
Zaniósłszy swoje
rzeczy do pokoju, poszłam do Scotta. Zbliżała się pora obiadowa,
a ten musiał nabrać trochę sił, po tym wszystkim...
Weszłam do jego
pokoju. Nie spał, łóżko było puste. Po chwili wyszedł, z
ręcznikiem na ramieniu, z łazienki.
- Przepraszam.-
wydukałam.- Chciałam sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku.
- Już lepiej.-
niepewny grymas zdobił jego twarz. Wiedziałam, że ciężko będzie
przeżywać tą przemianę, ale nie sądziłam, że aż tak.- Czemu
nie powiedziałaś, że to będzie tak cholernie boleć?- zapytał. W
jego głosie można było wyczuć lekkie rozbawienie. Nie miał do
mnie żadnego o to żalu.
- Nie chciałam cię
straszyć.- przyznałam.- Z resztą pewnie jeszcze gorzej byś to
przeżywał.
- Zapewne.-
uśmiechnął się.- Mam nadzieję, że kolacja jest gotowa, bo
umieram z głodu!- chwycił białą koszulkę z szafy, którą po
chwili ubrał. Obrócił się bokiem do mnie, przez co mogłam
zobaczyć jego tatuaż. Podeszłam i złapałam go za wytatuowane
ramię.
- Hm?- zapytał
unosząc ze zdziwienia brwi.
Przejechałam
palcami po czarnej skórze.
- Nie masz żadnych
więcej znaków?-zapytałam niepewnie. Coś mi nie pasowało w tym
tatuażu. Był dziwny. To musiałam przyznać. Scott pokazał mi
nadgarstek z symbolem nieśmiertelności.
- To wszystko.
Chyba dostałem tylko jeden dar.- wzruszył obojętnie ramionami.
- Nie wydaje mi
się. Popatrz.- przybliżyłam oznaczoną rękę do wytatuowanego
ramienia.- Powiedz, dlaczego akurat wybrałeś sobie tricelion?
- Nie
wiem.-przyznał.- Po prostu stwierdziłem, że on będzie dla mnie
najodpowiedniejszy. Coś nie tak?
- Dziwne. Wygląda
na to, że ten tatuaż stał się w pewnym sensie znakiem. Jednak
nigdy nie widziałam takiego symbolu u łowców.
- Skąd wiedziałaś,
że to akurat tricelion? Trochę czasu zajęło mi wytłumaczenie
Śmierci co to jest.
- Tricelion był
herbem dawnych łowców. Stare dzieje. Wierzono, że łowca powstał
przez mieszankę demona i człowieka. To też symbolizują te wiry.-
przejechałam palcem po jego skórze.- Człowiek, demon i łowca,
tworzą w pewnym sensie jedność. Dlatego przez pewien czas, to
właśnie tricelion był naszym symbolem. Aż w końcu część
łowców się oburzyła, bo przecież nie mogą być po części
demonami i ich zabijać.... Ludowe bajki.-dodałam.
- Ale przecież
Łowca jest po części demonem.- stwierdził.
- Tak, ale
wcześniej nie wiedziano o tym...- ruszyłam w stronę drzwi.- Chodź,
bo nie mam zamiaru czekać na ciebie z jedzeniem!
Zaśmiał się.- Oj
Sam, czasem zastanawiam się, gdzie ty do cholery mieścisz to
jedzenie?
- W sumie...Sama
nie wiem,- poklepałam się po brzuchu.- ale pomyślę o tym po
kolacji. Na głodnego nic nie wskóram.- wzruszyłam ramionami i
zeszłam po schodach, słysząc kroki i śmiech Scotta za mną.
Niestety, kolacja
nie odbyła się w przyjemnej atmosferze. Przed podaniem jedzenia,
wparował do nas Śmierć. Dosłownie. Pojawił się na środku
kuchni, przez co w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach siarki.
Przyszedł po
Scotta...
Musiał iść z
nim, tylko tak miałam pewność, że będzie bezpieczny. Przecież,
kto o zdrowym rozsądku atakowałby, bądź obrabiał dom Śmierci?
Pomyślałam, że
Amanda byłaby też bezpieczniejsza w ich towarzystwie. Oczywiście
Ezra ostro protestował twierdząc, że nie puści siostry z tym
zboczeńcem.
Po wielu prośbach
i zapewnieniach Scotta, że zadba o jej bezpieczeństwo, niechętnie,
ale się zgodził. Przyznał mi rację, teraz było zbyt
niebezpiecznie, a szczególnie w moim towarzystwie...
***
- Już myślałem,
że nie przyjdziesz.- stwierdził ciemnowłosy opierając się o
zimną, mokrą ścianę w ciemnym zaułku.
Niedbale zarzucił
kaptur na głowę, osłaniając się przed igiełkami spadającymi
prosto z nieba.
- Czego chcesz?-
warknął przybysz. Nie podobało mu się to spotkanie. Nawet nie
ukrywał swojego niezadowolenia.
- Nie tak ostro
kochasiu.- zaśmiał się.- Wiesz dobrze czego chce. Więc jak?-
łobuzerski uśmieszek zagościł na jego twarzy.
- Jesteś w stanie
jej pomóc?- zapytał z posępną miną.
- Tak, ale pod
jednym warunkiem.
- Wiem. Chociaż
nie jestem pewny, czy to wszystko, tak ma się potoczyć.- stanął
naprzeciwko ciemnowłosego.
- Uwierz mi. Tylko
w ten sposób można jej pomóc. To jest mój warunek. Masz tydzień
na spełnienie go, inaczej naszą umowę uznam za nieważną, a TY-
dziabnął go palcem w ramię.- będziesz miał ją na sumieniu. Nie
martw się, nie odpuszczę ci wtedy tak łatwo.
Mężczyzna
odprowadzał go wzrokiem. Ścisnął dłonie w pięść i spojrzał w
dół. Był cały mokry. Nie wziął żadnej kurtki. W końcu nie
spodziewał się tak długiej wymiany słów. Przetarł swoje mokre
blond włosy i spojrzał ku górze. Drobne krople wody kuły go po
twarzy. Niebo było takie piękne...
- Mam nadzieję, że
kiedyś mi to wybaczysz.- wyszeptał i udał się w stronę srebrnego
Wranglera, stojącego kilkanaście metrów od niego.
***
Kolejny trening
rozpoczęłam medytacją, tak jak radził Christopher. W końcu,
przecież nie zaszkodzi, chociaż raz, posłuchać jego rad. Ku
mojemu zdziwieniu, moja moc uaktywniała się. Kilka jej okruchów
przeszywało moje ciało. Dzięki czemu potrafiłam przenieść się
kilka kroków dalej. Cieszyłam się jak głupia, że potrafię tak
jakby, nią kierować. Nie byłoby to nic szczególnego dla kogoś
również obdarowanym taką mocą...ale dla mnie owszem. Przecież to
właśnie od niej zależało moje życie. Musiałam jak najszybciej
nauczyć się jej używać, inaczej umrę.
Przez kilka
następnych dni rozwijała się w błyskawicznym tempie. Potrafiłam
bez problemu przenieść się między miastami. Jednak przyszedł
czas, abym spróbowała przedostać się do innego świata. Wybrałam
Ceris. Po części, był to mój dom i nie zamierzałam z niego
zrezygnować. Dla siebie, Ezry, Amandy... i innych jego mieszkańców,
którzy obdarzyli mnie ślepą wiarą i nadzieją na lepsze życie.
Oczywiście, nie
zamierzałam przenosić się sama, więc zabrałam mojego ukochanego
ze sobą.
Złapałam jego
dłoń i splotłam nasze palce ze sobą. Ten czule pocałował mnie w
usta. Jego wargi powoli miękły. Chwile tak staliśmy obsypując się
pocałunkami. Nie wiem czemu, ale czułam się tak, jakby właśnie
się ze mną...żegnał?
Albo, to po prostu
mój chory instynkt świruje przy nim. Zamknęłam oczy i próbowałam
się skupić na mocy. Poczułam ciepłe wargi Ezry na moim czole. Od
kilku dni obserwowałam jego zachowanie. Notorycznie się zmieniało.
W pewnym momencie namiętnie mnie całował z pożądaniem w oczach,
w innym zaś jego oczy stawały się szkliste jakby patrzył na mnie
z politowaniem. Widziałam cienie malujące się pod jego oczami.
Ewidentnie coś ukrywał, albo po prostu coś go trapiło.
Postanowiłam tuż po treningu porozmawiać z nim. Martwiłam się o
niego, a widać było, że nie radzi sobie z tym czymś. Cokolwiek by
to było...
- Kocham cię.-
wyszeptał odrywając je ode mnie.
Znów próbowałam
się skupić. Przez ostatnie dni ćwiczyłam teleportację. W
dalekich zakamarkach mojego umysłu wyobrażałam sobie drzwi, przez
które wchodząc, miałam mały dostęp do mojej mocy. I tak też
było tym razem. Drewniane drzwi, przez które przeszłam
zaprowadziły mnie do innego świata.
Otworzyłam oczy.
- Udało się!-
krzyknęłam obracając się do Ezry. Jednak jego nie było...
Wzruszyłam
ramionami. Pewnie jeszcze byłam za słaba na to, żeby przenosić
dwie osoby jednocześnie, więc musiał zostać. Otworzyłam
drewniane drzwi w pomieszczeniu, w którym aktualnie się
znajdowałam. Wyszłam na korytarz, który jak zwykle był ubogo
oświetlony. Stanęłam w miejscu i znieruchomiałam. Ze wszystkich
stron słyszałam kroki. Teraz mogli mnie zobaczyć, więc musiałam
się schować. Drzwi, które jeszcze przed chwilą bez żadnego
problemu otwierały się, teraz stały jak skamieniałe.
Bezskutecznie szarpałam klamką.
Było już za
późno...
Z obydwóch stron
korytarza napływali strażnicy, ubrani w srebrne zbroje. Otoczyli
mnie wokół, jak obraz do ściany, tak ja przywarłam do drzwi, nie
wiedząc, co mam zrobić. Na ucieczkę było już za późno. A
walka? Nie miałam żadnych szans. Było ich za dużo, jednak nie
zamierzałam poddać się bez niej. Jedna dziewczyna przeciwko około
czterdziestu uzbrojonym strażnikom. Wzięłam głęboki wdech i...
po prostu mając do dyspozycji swoje gołe ręce, zaciśnięte w
pięść, ruszyłam na nich.
***
Nigdy nie
zastanawiałam się jak umrę. Bo przecież kto myśli o swojej
śmierci będąc nieśmiertelnym?
A teraz?
Leżąc samotnie w
jakieś zimnej i wilgotnej komnacie, zapewne służącej za
więzienie, właśnie to rozchodziło się po mojej głowie. I
oczywiście zastanawiało mnie, czy ktoś chociaż próbuje mnie
znaleźć.
Umrę? Tego byłam
pewna.
Dlaczego? Bo zakuta
w jakieś piekielne kajdanki, które doprowadzały moje dłonie do
krwistego płaczu, dały mi dość do zrozumienia, że to koniec.
Kwestia kilku
dni... Czułam jak trucizna rozchodzi się po moim ciele. Nie było
to jednak spowodowane tymi metalami na dłoniach. To moja moc dawała
znak, że musi się uwolnić, inaczej będzie źle.
Już nawet nie
miałam siły, na podniesienie tej pieprzonej ręki. Wpatrywałam się
tępo w nią z lekkim przerażeniem. Wszystkie nerwy sczerniały,
przebijając się przez bladą skórę. Czarne paski na niej dosyć
strasznie wyglądały. Trucizna powoli dochodziła do mojego serca...
Chyba czas pogodzić
się ze śmiercią?
Metalowe wrota
otworzyły się z ogromnym hukiem. Dwóch strażników weszło do
środka.
- Wstawaj!-
krzyknął wyższy mężczyzna, szturchając mnie nogą. Byłam zbyt
słaba żeby uraczyć go zimnym spojrzeniem.
- Co jest z nią?-
zwrócił się do towarzysza.
- Nie wiem. Lukas
też nie ma pojęcia. Nigdy czegoś takiego nie widział...
Ah! Lukas... przez
ostatnie dni to właśnie on nadzorował wszystkie moje tortury. Ból
był niesamowita, chociaż szybko znikał, to i tak cholernie bolało.
Wraz z pogorszeniem mojego stanu zdrowotnego, zaprzestał.
-... może Król
będzie coś wiedział? Chyba jest za ładna żeby umierać.-
wybuchli śmiechem podchodząc do mnie. Złapali mnie pod ramiona i
szurając nogami po podłodze, wyszliśmy z lochu. Korytarz był
oświetlony dosyć ubogo, jednak mogłam dostrzec, że ci dwaj
mężczyźni są młodzi i obydwaj mają ciemne włosy i to wszystko,
co mogłam dostrzec. Obrazy zbyt szybko rozmazywały się przed moimi
oczami, tworząc jedną wielką, ciemną maź.
Nawet nie wiem jak
długo szliśmy. Musiałam zemdleć...
- Kogo tam macie?-
zapytał znajomy głos, który miło obijał się o uszy.
- Panie,
znaleźliśmy ją dwa tygodnie temu. Od kilku dni coś się z nią
dziwnego dzieje. Wygląda jakby umierała. Nikt ze straży nie wie,
co się z nią dzieje. Może Król by coś poradził? W końcu,
szkoda by było stracić takiej ładnej buźki.- czułam jak jego
ciało trzęsie się ze śmiechu.
Z każdą sekundą,
coraz głośniejsze, kroki zbliżały się do mnie. Wielkie brązowe,
skórzane buty, stały przede mną. Głowę miałam zwróconą ku
ziemi, bez jakiejkolwiek siły na podniesienie jej, i spojrzenie na
długo oczekiwaną twarz człowieka, a raczej bestii, którą
chciałam zabić.
- Oj piękna, pokaż
no się.- rzekł śmiejąc się.
-
Nie...nazywaj...mnie...tak...-wydukałam ochrypłym głosem.
Wraz z ostatnim
słowem mocno chwycił mnie za podbródek i zadarł go do góry,
spoglądając na mnie.
Widziałam jak
czerwienieje ze złości. Ostrym, pełnym obrzydzenia spojrzeniem,
uraczył moich towarzyszy.
- Idioci!- wycedził
przez zęby.- Czy wy wiecie kim ona jest?! Jak śmialiście ją w
ogóle tknąć!
Czułam jak
obejmuje mnie, zabierając od nich. Nie protestowałam. Nie miałam
na to sił. Zastanawiało mnie jedno. Czy to możliwe, że nie
wiedział o mojej obecności?
- Moja słodka
Shanel...- wyszeptał kładąc mnie na kanapie... albo na łóżku?-
Co oni ci zrobili...- pokręcił głową.- Przepraszam...
Przyjrzałam mu
się uważnie. Teraz widziałam jego niewyraźną twarz. Delikatne
rysy, stawały się coraz wyraźniejsze. Kasztanowe włosy, były
krótko przycięte, a oczy? Oczy były głęboko zielone, zupełnie
jakbym wpatrywała się latem w trawę. Można było się w nich
zatracić.
Czemu taki
przystojniak był, aż tak zły? Przecież w tym momencie troszczył
się o mnie...
Powoli wszystko
stawało się wyraźne. Nie na długo, ale wystarczająco żebym
mogła wymówić jedno słowo, imię. Teraz wszystko powoli nabierało
sensu. Jego wygląd, głos...
W moich oczach
powoli zbierały się łzy. Pomimo tego, że umierałam, nie
pozwoliłam im się wydostać.
- William?-
wyszeptałam, nim zagościła ciemność. Zdążyłam usłyszeć
jeszcze jedno zdanie, wydobywające się z jego ust. To piekielne
zdanie, które wywołały jeszcze większy ból niż trucizna, zwana
moją mocą. Czułam jak moje serce przeszywają setki, a może nawet
i tysiące, drobnych igieł, które pozostawiają po sobie ślad, nie
nadający się do samowolnego zagojenia. Nigdy.
- Zawołajcie
Estesa!
***
Blondyn, jak tajfun, wparował do komnaty. Król go wezwał, a ten nie lubił czekać.
Zresztą, to musiała być jakaś pilna sprawa, skoro młody tak
latał po zamku, wołając go.
Pan czekał na
niego w swojej sypialni. W przeciwieństwie do reszty pomieszczeń,
ten był najbogaciej udekorowany. Wielkie łoże z baldachimem w
kolorze szkarłatu, było zwrócone prosto na drzwi. Trzy sofy, ustawione przed kominkiem, zdobiły mały salonik. Dwie wzdłuż niego, a jedna naprzeciw. Do tego stare
malowidła przyozdabiały ściany. Zwykle wisiały tam portrety przodków
królewskich, ale zważywszy na to, że obecny Król nie był
prawowitym następcą tronu, zastąpiono je pejzażami. Natura-
właśnie to, jako jedyne kochał. Widok zieleni, podobnej do koloru jego oczów, uspokajał go. Uwielbiał częste podróże po lesie, a
szczególnie konno. Oczywiście nie obeszło to się bez towarzystwa
swoich wiernych wilkołaków.
Miał ich dwóch.
Jeden czarny, drugi śnieżno biały. Tylko jeden kolor dominował na
ich futrze. Dwa wilczury, o cholernie różnym charakterze, tworzyły
jedność. Pod pewnym względem dopełniały się, co i też
wzmacniało jego- Króla. Teraz właśnie spały, leżąc przed
kominkiem, ogrzewając się jego ogniem.
Wzrok Estesa
powędrował na drugą stronę komnaty. Leżała tam dziewczyna,
zapewne kolejna kochanka Władcy. Ale było w niej coś
niepokojącego. Zdawała się być martwa? Podszedł bliżej do
tapczanu, na którym została ułożona. Wyglądała marnie. Ciuchy
miała zakrwawione, czyżby ją torturowali? Ale przecież czemu
mieliby to robić jakieś dziwce?
- Pomóż jej...-
wyszeptał kasztanowłosy.
Strażnik zbliżył się na tyle, by dostrzec twarz dziewczyny.
To była
Samantha... Jego ukochana...
Poczuł się tak,
jakby go spoliczkowano. Wielki, twardy przedmiot uderzył go, całą swoją siłą. Czuł, jak świat mu się zawala. Wszystko po prostu
ulegało zniszczeniu.
-To moja wina.-
obarczał się w myślach.- Czemu do cholery zgodziłem się na
to?!
Nie tak, to sobie
wyobrażał. Ona nie miała tak skończyć... Christoph obiecał mu,
że nic się jej nie stanie... Albo sobie to wymyślił? Może to był
jedyny sposób, aby ona przeżyła? Ból w jego sercu nasilał się.
Czuł jak część jego ciała znika. Jego dobra część, która
była jedyną rzeczą jaka utrzymywała go przy życiu.
Bo bez niej, nic nie miało sensu.
Szczęście, czułość, pożądanie, smutek, ból.
Bez niej, życie nie miało sensu.
Przyglądał się
jej uważnie, a łzy napłynęły mu do oczu.
Była martwa.
Witam wszystkich :D
Wiem, że rozdział nieco wcześnie... ale kurde xd stwierdziłam, że jest on zbyt krótki, a w tym momencie chciałam go zakończyć :c
Więc podzieliłam go na 2 części, tylko takie znalazłam wyjście : * Oczywiście 2 część pojawi się w piątek ;)
Strasznie jestem ciekawa waszej reakcji na końcówkę. Jak myślicie, Sam jest martwa? :D
Pozdrawiam i dziękuje za 2,200 wyświetleń!!!
Nie no, ja po prostu was kocham <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)