piątek, 30 stycznia 2015

Rozdział 6 Księga III

A tylko spróbujcie mi ponarzekać, że rozdział jest za krótki!
Jak tam mija wam tydzień? Uwierzycie, że właśnie kończą mi się ferie? ;__; Aż strach pomyśleć o powrocie do szkoły i tej pięknej stercie książek na biurku... Ta nauka w końcu mnie dobije xd
 No i niestety wpłynie na moje blogi :c Nie wiem, kiedy dodam nowy rozdział. Najbliższe weekendy mam zawalone...
Dobrze, nie będę Wam już marudzić xd Miłego czytania i czekam na waszą ocenę!

I na koniec taka mała prośba do Was... Postanowiłam wziąć udział w konkursie i dzięki temu powstała pierwsza moja opowieść Harlequina :D Jeśli spodoba się wam, to poprosiłabym o polubienie posta ( głosowanie odbywa się na facebooku) :3


Z góry dziękuje!
Seo <3



LEA


 Czas mijał coraz szybciej. Obojętnie czy dzień poświęciłam czystemu lenistwu, czy był przepełniony robotą. Za każdym razem, gdy spojrzałam na zegarek, wskazówki coraz bliżej znajdowały się siebie i równocześnie oznajmiały kończący się dzień. A to była najgorsza wiadomość, jaką ktoś mógłby mi powiedzieć. 
 Szkoła okazała się być dla mnie drugim domem. Już nie byliśmy żadną sensacją - znaczy się ja, gdyż Cass tryskała energią i zagadywała do kogo popadnie. Napotkała się z dużą aprobatą innych uczniów, zaś jej bracia - Ethan i Tyler - odkryli w sobie nowy talent. Okazało się, że nasz ludowy instrument bardzo przypomina tutejszą gitarę, na której Ethan potrafił grać z zamkniętymi oczami. Tyler zaś ujawnił swój wokalny talent. Nawet założyli razem z jakimiś uczniami zespół.
 Spędzałam dużo czasu w pracowni malarskiej. Od kilku dni pracowałam nad obrazem, który przedstawiał nasz rodzinny dom. Chciałam podarować go ojcu, który niemalże codziennie mnie odwiedzał. Jego pojawienie się, było witane gromkim śmiechem Camill. Nie rozumiała troski ojca, lecz ja nie zamierzałam jej tego tłumaczyć. Starałam się być wyrozumiała i nie narzekać.
 Dziś w końcu udało mi się dokończyć swoje dzieło. Wpatrywałam się w płótno, zastanawiając się co można by było jeszcze dodać. Niestety, obraz był kompletny. Wyróżniłam każdy szczegół, jednak coś mi nie pasowało. 
 - Piękny - aż podskoczyłam, słysząc czyiś głos za sobą - Przepraszam... - powiedział chłopak. 
 Stał tuż za mną. Jak mogłam tego nie zauważyć? Gdyby mój ojciec dowiedział się, że byłam zbyt pochłonięta malowaniem, że aż straciłam czujność, jak nic wylądowałabym w domu. W Cerisie. 
 - Nie strasz mnie, Cam - zaśmiałam się. - Zmieści się w twoim samochodzie? 
 Zapomniałam wspomnieć, że moje relacje z Cameronem nieco się... polepszyły? Od tygodnia codziennie zawoził mnie do domu ze szkoły, jak i rano do niej przywoził. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i chyba nawet go polubiłam. Śmieszyła go moja niewiedza i przy nim nie było to upokarzające lecz słodkie. A przynajmniej w jakimś tam sensie. 
 - Jasne - uśmiechnął się. - Zaraz go zapakuje... A tak w ogóle, to co to za miejsce? Nigdy go nie widziałem.
 - Nie wiem - odparłam zbyt nerwowo. - Spróbowałam stworzyć coś z wyobraźni i jakoś tak to namalowałam... Ciekawe, prawda?
 - Bardzo - jeszcze raz spojrzał na rysunek. Tym razem zmarszczył brwi, przez co na jego czole pojawiła się zmarszczka. 
 Dotknął palcem róg obrazu, na którym widniał nasz herb - wyjący wilkołak na czerwonym tle. Po jego bokach można było dostrzec dwa skrzyżowane miecze.
 - I sama to wszystko wymyśliłaś? - zapytał podejrzliwie. 
 - No coś ty! - coraz bardziej denerwowałam się jego zachowaniem. - Połączyłam kilka obrazów. Woda i góry w tle są wzorowane jeziorem Alberta Wektora, zaś zamek to mała przeróbka tego ze Stuttgartu. Jest trochę większy niż Hohenzollnerów. A ta wioska wokół niego to mój mały dodatek. 
 - Picasso nie namalowałby tego lepiej - dodał z uznaniem, a ja uśmiechnęłam się. 
 - Picasso nie pobierał żadnych lekcji malarstwa trzy godzinni dziennie, przez siedem dni w tygodniu. Chcę go podarować ojcu, żeby zobaczył, że jego starania nie poszły na marne. 
 - O Boże! - położył dłoń na piersi, krzywiąc się z bólu, jednak kąciki jego ust pięły się do góry, tworząc delikatny uśmiech. - Twój ojciec musiał być tyranem. Tak zniszczyć dziecko? Zero technologi, tylko jakieś średniowieczne zajęcia. Dziwie się, że w ogóle pozwalał ci opuszczać dom. Gdyby mógł, pewnie zamknął by cię w takim pałacu - wskazał jedną wierze na obrazku. 
 Wybuchłam śmiechem. To było akurat niedaleko mojej sypialni.
 - Chodźmy już - powiedziałam. 
 Cameron przerzucił sobie moją torbę przez ramię i ostrożnie chwycił obraz, a następnie ruszyliśmy na szkolny parking. 

 Powróciwszy do domu od razu ruszyłam w stronę łazienki. Musiałam szybko doprowadzić się do jakiegoś porządku, szczególnie, gdy moje ubranie, i o dziwo włosy też, były lekko ubrudzone farbą. 
 - Wow! Dziewczyno, uspokój się! - zawołała Sinee, pojawiając się w mojej sypialni. Jak zwykle wyglądała idealnie. 
 - Nie mam czasu! - krzyknęłam, wychylając się z łazienki. - Zaraz przyjdzie ojciec na obiad. W ogóle chyba wszyscy wpadną z wizytą! 
 - Nerwy? - zaśmiała się. - Nie przesadzaj... To tak, jakby zwykły obiad w Cerisie. 
 - Nieprawda - zaprzeczyłam. - Tym razem to będzie zupełnie coś innego.
 - A później nie wybierasz się na ten koncert? Z tym przystojniakiem - poruszyła śmiesznie brwiami. 
 - Jesteś okropna - wybuchłam śmiechem. - A tam przy okazji... Zastanawiałam się, czy nie chciałabyś także uczestniczyć w tej kolacji? Przebierzesz się w coś normalnego i nikt nie musiałby wiedzieć, że jesteś moim aniołem stróżem. Udasz zwykłą dziewczynę. 
 Sinee pokręciła głową, a następnie rozłożyła się na moim łóżku. 
 - Już to omawiałyśmy, Lea. Nikt nie może mnie zobaczyć. W twoim przypadku zrobili wyjątek, po... No wiesz... - zmieszała się. 
 - Po śmierci mojej matki - powiedziałam. - Nasz lud nie zasługuje na pomoc z Nieba. Patersi też tak mówią - warknęłam. - Więc nie wiem, dlaczego zgodziłaś się zostać moim aniołem stróżem. Przecież jestem spokrewniona z demonem, a nie nefilem. Dziwie się, że tak długo ze mną wytrzymałaś! - wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. Usłyszałam za sobą wołanie anielicy, jednak miałam ją po dziurki w nosie. Kolejna osoba, która oceniła mnie ze względu na moje pochodzenie. Patersowianie też tak robili. Twierdzili, że powinni z nami walczyć, gdyż także posiadamy zabójcze instynkty jak demony. Może i byliśmy Łowcami, ale nie mogliśmy ukryć naszej natury - a przynajmniej oni tak twierdzili.
 Usłyszałam za sobą wołanie Sinee i otwierające się drzwi mojej sypialni. Jednak zaraz je zamknęła, gdyż zza rogu wyszła Cassandra.
 Może i dobrze, że nie mogła ujawnić się innym?
 - Wołałaś mnie? - zapytała dziewczyna.
 - Nie - powiedziałam, jednak później zdałam sobie sprawę, że przecież krzyczałam w pokoju i na pewno ktoś to musiał usłyszeć. - Widziałaś Nirrę?
 - W kuchni - odparła. - Czyha na obiadek - zaśmiała się, a następnie minęła mnie udając się w stronę własnego pokoju.
 Zeszłam na dół, szukając swojego strażnika. Byłam zła, że nie jest przy mnie. A gdyby coś mi się stało? Powinna wiernie trwać u mojego boku! No dobrze... Trochę przesadzałam, ale to tylko dlatego, że byłam zdenerwowana.
 Ledwo zeszłam z ostatniego schodka, gdy przede mną ukazał się portal. Prostokąt, przypominający wodną ścianę. Jednak była koloru czerwonego. Każdy, kto miał wystarczająco dużo mocy, aby utworzyć przejście między światami, miał też swój własny portal. Wiedziałam, że babcia tworzy niebieskie przejście. Moje zaś było zielone. I potrafiło przenieść kogoś wielkości polnej myszy. Kolejny dowód na to, że nie zasługuję na koronę...
 Przez portal przeszedł ojciec - oczywiście musiał być pierwszy ze wszystkich.
 - Lea! - zawołał, a następnie przytulił mnie. - Ale ty wyrosłaś od naszego ostatniego spotkania...
 - Czyli od wczoraj - westchnęłam. - Nie jesteś za wcześnie?
 - Wyganiasz staruszka? - zaśmiał się. - Nie ukrywam, że nie mogłem się doczekać tej wizyty, szczególnie, gdy moja córka postanowiła zapędzić mnie do grobu...
 - Tato! - zdenerwowałam się. - To nie moja wina, że tak się przejmujesz. Jak widzisz nic mi tu nie grozi. Jestem cała i zdrowa.
 - Wiem, Lea - nagle jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Uśmiech zniknął ustępując miejsce smutkowi. Wyglądał o wiele starzej niż wcześniej. Fakt, nie byliśmy nieśmiertelni, tylko bardzo wolno się starzeliśmy, a on miał już kilka setek na karku, jednak wciąż przypominał trzydziestolatka. Bardzo zmęczonego i zmartwionego trzydziestolatka.
 - Tato - spojrzałam na niego uważnie. - Powiedz mi, co się dzieje?
 - Nie chcę cię martwić, aniołku - przejechał kciukiem po moim policzku. - Te sprawy nie dotyczą ciebie.
 Złapałam ojca pod rękę i zaprowadziłam go do salonu. Camill przywitała się z nim, po czym wróciła do przygotowywania posiłku. Usiedliśmy na kanapie.
 - Za niedługo te sprawy będą mnie dotyczyć - oznajmiła. - W domu zawsze mi o wszystkim mówiłeś, więc czemu miałoby być teraz inaczej?
 - Bo tu jesteś bezpieczna - rzekł. - Masz rację, powinienem ci o tym powiedzieć... Patersi naciskają na nasz układ. Nie tylko my mamy problem z demonami. Jakimś cudem udało się opanować ich ataki na Ziemi. Większość powróciła do Piekła i teraz Lucyfer się nimi zajmuje. Ale złamali bariery ochronne i teraz potrafią wejść na nasz teren. Straciliśmy już zbyt wielu żołnierzy, a wojna nadal trwa.
 Zasmuciła mnie ta informacja. Już od dłuższego czasu podejrzewałam, że coś się dzieje, ale nie myślałam, że jest aż tak źle.
 - Damy radę, tato - próbowałam dodać mu otuchy. - A czy oni nie mogą przesłać nam swoje wojska przed tym ślubem? Przecież traktat jest prawie podpisane. Zaręczyny doszczętnie przypieczętują umowę. Nie mogliby wysłać posiłki wcześniej?
 - Sami też mają problemy i nie chcą na razie ryzykować... Jeśli chcesz, to możemy omówić to przy obiedzie.
 - Z Patrickiem i Scottem? - zapytała.
 - Z Patrickiem i Scottem - potwierdził ojciec. Przytuliłam się do niego.
 - A teraz mam dla ciebie zadanie - uśmiechnęłam się. - U mnie w pokoju znajduje się prezent dla ciebie.
 - I mam go znaleźć?
 - Otóż to, staruszku - wyszczerzyłam się jeszcze bardziej. - Masz dziesięć minut i jeśli spóźnisz się na obiad, możesz się pożegnać z jedzeniem.
 Ojciec zaśmiał się, ale ruszył na poszukiwania. Dzięki czemu miałam chwilę na rozmowę z Camill.
 - Mam do ciebie sprawę - zwróciłam się do dziewczyny.
 - Czy to ma coś wspólnego z twoją dzisiejszą randką z Cameronem? - zapytała, uśmiechając się.
 - To nie jest żadna randka! - oburzyłam się. - Idziemy na jakiś koncert jego przyjaciela... I jeśli ojciec się o tym dowie, zejdzie na zawał.
 - Tak jest, księżniczko - zakpiła.
 - Bardzo śmieszne - oburzyłam się. - Zresztą, to nie był rozkaz, tylko zwykła, przyjacielska prośba.
 Dziewczyna zaczęła wykładać jedzenie do misek.
 - I tak się zgadzam - wzruszyła ramionami. - Nie powiem królowi, choć obiecałam mu pod groźbą śmierci, że będę go o wszystkim informować. Nie dowie się, że idziesz z Cameronem do Cherry. Sama.
 - To... świetnie - zmarszczyłam brwi.
 Nakryłam stół, po czym zawołałam resztę domowników na obiad. Oczywiście, gdy pojawiła się Amanda i Davina musiały najpierw mnie wyściskać, a dopiero później zacząć jeść. I tak popołudnie minęło nam w przyjemnej atmosferze. Wraz z Cassandrą opowiadałyśmy o szkole. Pomimo wcześniejszych protestów jej braci, nawet podobało im się uczęszczanie do niej. Szczególnie, gdy teraz stali się gwiazdami.
 - To my się zbieramy - oznajmiła Amanda. - Lea, na pewno nie chcesz z nami iść?
 - Dokąd? - zainteresował się ojciec.
 Powstrzymałam się przed wybuchem śmiechu. Słyszałam ten przerażony ton za każdym razem, gdy chciałam opuścić pomieszczenie.
 - Na zakupy - powiedziała jego siostra. - Wiesz, moja córka była tak wspaniałomyślna, że zamiast odpowiedzieć na mój list, przesłała mi listę rzeczy, które chciałaby dostać - wyciągnęła kartkę z torebki, a następnie rozłożyła ją na stole. - To jest jeden z siedmiu listów, jakie dla mnie przygotowała.
 - Ja także przygotowałam listę dla siebie - dodała Davina.
 - No nie! - jęknął jej mąż. - Czy zmieści się to w naszej sypialni? Czy mamy zająć kolejną, gościnną?
 - Nie marudź, kochanie - cmoknęła go w policzek. - Idziemy!
  Dziewczyny wstały, a zaraz za nimi ruszyli Ethan i Tyler.
 - Proszę, powiedzcie mi, że to nie prawda... - wyszeptał Scott. Schował twarz w dłoniach. - Powiedzcie, że nie idziecie na zakupy. Że zabieracie się z nimi do miasta, ale pójdziecie... Do biblioteki!
 Ethan parsknął śmiechem.
 - Jasne, tato. Idziemy do biblioteki. Ale najpierw skoczymy po dziewczyny i udamy się do baru. Później powinniśmy skoczyć na jakąś imprezę. W końcu jest piątek - wzruszył ramionami.
 - Dzięki Bogu! Już się wystraszyłem...
 - Twój syn właśnie oznajmił ci, że zamierzają całą noc pić i imprezować. Podejrzewam, że zostaną u tych dziewczyn na noc - wtrącił się Patrick.
 - Z racji tego, że sam urodziłem się i wychowałem na Ziemi, wiem co jest dobre dla takich chłopców, jak oni. A patrząc na dzisiejszą młodzież, lepiej żeby imprezowali niż z wielkim entuzjazmem kupowali jakieś fatałaszki.
 - A ty, kochanie, nie idziesz z nami? - zapytałam Amanda wracając do salonu. - Mówiłeś, że przydałoby ci się kupić nowy pasek do spodni.
 Scott obrócił się w jej stronę, jednak zdążyłam zauważyć jak jego twarz przybiera bordowy kolor.
 - Na broń, kobieto! Potrzebowałem nowy pas na broń!
 Po paru minutach zostaliśmy sami w domu. Znaczy się, siedzieliśmy przy stole popijając kawę - ja herbatę - i jedliśmy ciasto jabłkowe, które przygotowała Camill. Była wspaniałą kucharką.
 Przed nami leżała mapa Cerisu, a na niej zaznaczone były punkty, gdzie wykryto demony. Czerwone punkciki tworzyły jakby łuk wokół naszego miasta. W niektórych miejscach zaznaczono ich więcej. Szczególnie po bokach, jakby chcieli oni odwrócić naszą uwagę od czegoś... No jasne!
 - Co jest w tych górach? - wskazałam palcem na mapie.
 Mój ojciec wraz z Patrickiem wymienili się wzrokiem.
 - Nic - odparł w końcu jeden z nich. - Kiedyś przetrzymywaliśmy tam więźniów, ale od dawna już tego nie robimy.
 - Czy był tam portal?
 - Nie na stałe - wtrącił ojciec. - Pojawiał się tylko podczas przenoszenia więźniów.
 - W tym samym miejscu? - zapytałam, na co oni przytaknęli. - Więc została tam utworzona pewna energia, którą oni wykorzystują. Spójrzcie - wskazałam na grupę czerwonych punktów znajdujących się na północy i południu od zamku. - Im bliżej te obozy są siebie tym mniej jest demonów. Oni nie chcą zaatakować miasta. Próbują odgrodzić was od ich portalu. Odwrócić waszą uwagę.
 Ojciec przyjrzał się uważnie mapie, po czym spojrzał na swoich przyjaciół.
 - Cholera - zaklął. - Patrick, wyślij wiadomość Lucyferowi żeby przybył tu, jak najszybciej. Muszę wrócić do zamku i wydać odpowiednie rozkazy, więc wrócę za niedługo - powiedziawszy to po prostu wyszedł z pomieszczenia. Słyszałam tylko dźwięk tworzącego się przejścia.
 - Dziecko mądrzejsze od trzech generałów - skomentował to Scott.
 - Ty generał? - zaśmiał się kasztanowłosy. - Dobrze generale, ja idę do Piekła, a wy spójrzcie na to jeszcze raz.
 Za poleceniem Patricka, przyjrzałam się jeszcze raz tej mapie. Na kartce bazgroliłam różne schematy taktyczne. Nie byłam pewna czy oni chcą odciąć nas od tych gór, czy te góry od nas. No i doszła jeszcze sprawa tego więzienia, o którym ja nigdy nie słyszałam.
 - Po co tyle demonów gromadzi się przed górami? - pomyślałam na głos. - Chyba, że...
 - Chyba, że...? - ponaglił Scott.
 - Chyba, że jesteś okropnym strategiem. I dowódcą - zaśmiałam się.
 - Gdybyś była moim żołnierzem właśnie biegłabyś mały maraton. Dwadzieścia. Kilometrów. Trzykrotnie - podkreślił każde słowo.
 - No, ale spójrz - próbowałam zachować powagę. -  One chcą coś z tych gór. A tak w ogóle kogo tam przetrzymywaliście?
 - Tego nie mogę ci powiedzieć, dziewczynko - skrzyżował ręce na piersi, po czym zaczął się bujać na krześle. - To były bardzo złe demony.
 - A dlaczego tam je trzymaliście, a nie w Piekle? - zainteresowałam się.
 Przecież takie demony były palone ogniem piekielnym lub odsyłane do najciemniejszych zakamarków pałacowych lochów. Strzeżonych przez kilkunastu najlepiej wyszkolonych strażników. No i zamkniętych czarami.
 - To były potężne demony - wyznał. - Nie dało się ich unicestwić w Piekle, gdyż zostali tam stworzeni - westchnął, a krzesło z hukiem stanęło na wszystkich nogach. - Wiem tylko tyle, że użyto do nich specjalnych zaklęć.
 - Jak mam wam pomóc, jeśli nie wiem co oni stamtąd chcą? Musicie mi powiedzieć! - oburzyłam się. - Przecież powinnam wiedzieć o wszystkich sprawach, dotyczących mojego królestwa.
 - Lea - pokręcił głową. - Są takie sprawy, o których nie powinnaś wiedzieć.
 - To zaczyna być chore! - teraz gotowałam się ze złości. - Nie mogę pomóc, bo nie wiem co tam jest. Nie mogę opuścić królestwa, bo grozi mi tu niebezpieczeństwo. Nawet nie mogę wiedzieć co stało się z moją matką! Nic nie wiem!
 - Przykro mi - powiedział.
 Miałam wrażenie, że te słowa są powiedziane nieszczerze.
 - Jeśli te stwory nadal są tam uwięzione, to demony mogą chcieć je uwolnić. Stworzyć portal łączący Ceris i Piekło. Poświęcą się dla nich. Przekażą moc. To będzie potężna dawka energii, jeśli dodamy do tego Patersów.
 - Skąd ty to wiesz? - zainteresował się.
 - Z lekcji historii - odparłam z beznamiętnym wyrazem twarzy. - Jak się nie mylę, to podczas drugiej kadencji Harhucków. Demony oddały życie, aby wydobyć jakiegoś upadłego z Piekła. Ta sama strategia, jednak na większą skalę. Więc, albo chcą wydostać kilka demonów, albo jest on naprawdę potężny.
 - Samael - szepnął coś niezrozumiałego.
 - Co? - zmarszczyłam brwi, nie dosłyszawszy jego słowa.
 - Samantha - powiedział. - Twoja matka była najlepszym strategiem, jakiego w życiu poznałem. Potrafiła w ciągu kilku minut zrobić z doświadczonego generała idiotę. Bardzo mi ją przypominasz.
 - Sama chciałabym się o tym przekonać - warknęłam. - Nawet nie wiem, jak ona wygląda!
 - Jeśli powiem, że to dla twojego dobra, uwierzysz?
 - Nie... Co jest złego w tym, że chciałabym chociaż zobaczyć swoją matkę? Nie mogłam jej poznać, ale zobaczyć także nie?
 - Doszliście już do czegoś? - zapytał mój ojciec pojawiając się w salonie.
 - Tak - odparłam, nie spuszczając wzroku ze Scotta. - Generał Blackwigh zaraz ci wszystko wyjaśni.
 Wstałam i po prostu odeszłam od stołu. Postanowiłam przygotować się do spotkania z Cameronem i spróbować jakoś uspokoić się po tej niekomfortowej rozmowie ze Scottem.
 Poczułam zbierające się łzy w oczach. Jak on mógł tak powiedzieć? Miałam prawo znać historię swojej rodziny. Szczególnie, gdy dotyczyło to mojej matki.

 EZRA


  Uważnie przysłuchiwałem się temu co miał mi do powiedzenia Scott. Byłem pod wrażeniem umiejętnościami mojej córki. Pomimo niewiedz, potrafiła nam pomóc. I to bardzo skutecznie.
 - Co wiemy na temat tamtego miejsca? - zapytał mnie Scott.
 To miejsce było najbardziej skrytym więzieniem w całym naszym królestwie. Wiedzieli o nim nieliczni, dlatego też nie dziwiłem się, że nie był poinformowany. Przypominało nam to o naszej porażce.
 - Kilkaset lat temu został uwolniony potężny demon. Aeszma - demon gniewu i nienawiści. Lea nie myliła się - potwierdziłem słowa córki. - Za panowaniem starego Harhocka ujrzała światło dzienne. Jej więzienie składało się z kilku drobnych zaklęć, które obezwładniło moc demonicy. Ale nie spodziewaliśmy się, że inne demony będą zdolne do autodestrukcja. Dzięki zwiększonej sile potrafiła przełamać wszelkie bariery i wydostać się ze swojej celi - skrzywiłem się. Nie było mnie wtedy, jednak mogłem wyobrazić sobie poczynania tego potwora. Rozpacz rozbitych rodzin. - Wtedy właśnie zaczął się nasz konflikt z Patersami.
 - Dlaczego? - dopytywał ciemnowłosy.
 - Bo to był ich więzień, a my zobowiązaliśmy się do jego strzeżenia - powiedział Patrick, wracając z Piekła. Towarzyszył mu Lucyfer. W szlafroku.
 - Wtedy właśnie pojawił się pierwszy przodek Samanthy - Radzim Rivelash. Nikt nie wiedział skąd się tam wziął.
 - Od kilku dni zamek był plądrowany przez demony - wtrącił Patrick. - Budowla wytrzymałaby może jeszcze trochę, gdyby nie on. Nasze czary ochronne powoli ustępowały.
 Zmierzyłem przyjaciela gniewnym wzrokiem. Sam chciałem opowiedzieć tą historię! Nie musiał się wtrącać...
 - Pomógł nam w walce - przerwałem mu. - Wyciągnął kamień, umieszczając go w sercu miecza. Wbił go w skałę i uwolnił drzemiącą w nim energię. Oddał życie za kraj. Za lud, do którego nie należał.
 - Po... - zaczął kasztanowłosy, ale zaraz mu przerwałem.
 - Jeśli zaraz się nie zamkniesz, to awansujesz ze stopnia królewskiego doradcy na królewskiego więźnia - warknąłem i kontynuowałem powieść. - Mówiono, że przysłał go sam Szatan. Zanim Lucek objął władzę.
 - Nazwij mnie tak jeszcze raz, a sam awansujesz ze stopnia żywego na piekielnego umarlaka - zagroził król Piekła.
 Zignorowałem jego uwagę. - To właśnie on był pierwszą osobą, która nauczyła posługiwać nas anielskim ostrzem. Stworzył więzienie, które było niezniszczalne i potrafiło utrzymać najpotężniejszego demona. Połączył boską moc z naszą krainą. Otworzył bramę do lepszego świata.
 - Ale skąd on je znał? - odezwał się Scott.
 - Nikt tego nie wie - odpowiedziałem.
 - Prawie nikt - poprawił mnie Lucek.
 - Istnieje pewna księga, która jest przekazywana tylko członkom rodu Rivelash. Inni nie mają do niej dostępu. 
 - Oprócz mnie - dodał dumnie król Piekła.
 - Ty się nie liczysz - westchnąłem. - Nie masz prawa nam tego powiedzieć.
 - Ja nie, ale Lilith może. Nie było żadnej przysięgi, żeby nie zdradzać innym. Jeśli moja żona się zgodzi, może podzielić się z wami tą informacją.
  Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc tego.
 - Więc dlaczego Samantha nie powiedziała mi o tym? Mogła podzielić się ze mną tą informacją, tak, jak Lilith z tobą - diabeł uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.
 - Bo dowiedziała się o czymś, o czym nie chciała mówić - odpowiedział Scott. - Sam miała tendencje do ukrywania takich rzeczy. Jednak zawsze zostawiała jakieś wskazówki.
 - O czym ty mówisz? - zapytał Patrick. - Twierdzisz, że zostawiła dla nas wiadomość?
 - Tak - potwierdził. - A wasza historia jest tego dowodem.
 Wymieniliśmy się z Patrickiem zdziwionymi spojrzeniami.
 - Nareszcie! - krzyknął Lucyfer. - Ktoś w końcu wyprostuje tą historyjkę!
 - Samantha opowiedziała mi o swojej rodzinie - zaczął Scott. - I opowiedziała mi o tym kamieniu. Jest on symbolem jej rodu, gdyż został stworzony przez dziewięć najpotężniejszych istot - Metatrona, Raziela, Zafkiela, Zadkiela, Rafaela, Kamaela, Haniela, Michała i Gabriela. To była pierwsza ingerencja archaniołów w życie tutaj.
 - To jest bardzo ciekawa historia, chłopaki, ale nie mamy na to czasu - wtrącił demon. - Radzim miał misję do wykonania i nie miała ona na celu ratowanie was. W Niebie panował chaos. Nie uznawano Nefilimów za sprzymierzeńców, lecz za wrogów. Was też. Ale, że idioci, Patersi, przysięgli chronić Ziemię przed demonami, kazano oszczędzić ich żywot. Gorzej z wami. Krew demona i te sprawy - wzruszył ramionami.
 - Radzim Rivelash nie był waszym sprzymierzeńcem, tylko wrogiem - kontynuował ciemnowłosy. -
Wywodził się z anielskiego rodu. Obdarzony wielką mocą, ruszył na ratunek nie wam, lecz mieszkańcom Ziemi. Miał czekać, aż demonica rozprawi się z wami, a później ją zabić. To właśnie ofiarowali mu archaniołowie - kamień o anielskiej sile, jaką żadna przyziemna istota nie widziała. Jednak był wysłannikiem Boga i nie potrafił znieść patrzenia na wasze cierpienie. Postanowił dać wam jeszcze jedną szansę, co okazało się być zgubą dla niego. Nie zginął przez poświęcenie dla kraju, zginął gdyż moc nie została prawidłowo wykorzystana - zrobił krótką przerwę.
 Dostrzegłam uśmieszek błąkający się na jego twarzy. Miał z czego się cieszyć - pierwszy raz wiedział coś więcej niż my. W zasadzie znaliśmy tylko część historii, która w większości okazała się być kłamstwem.
 - Został ukarany, że tak powiem upadkiem, chociaż nie był aniołem. Cała dobra moc zmieniła się w złą.
 - Dlatego ród Rivelash był tak potężny - dodał diabeł. - Jego moc pochodziła z Nieba, zaś później połączyli ją z demoniczną siłą. I tu masz odpowiedź na swoje pytanie, Ezra - żaden potomek Radzima nie przyzna się, że nie pochodzi od demona tylko od anioła. Dla Cerisiowiańczyka to hańba. Szczególnie, gdy znajduje się on na tak wysokim szczeblu politycznym.
 - Ale skąd ty to wszystko wiesz? - zapytałem.
 - Poproszono mnie o oddanie cząstki mocy w celu stworzenia kamienia - skrzywił się. - Nie zgodziłem się. Ale to ja stworzyłem miecz.
 - Uczynny, jak zwykle - skomentował kasztanowłosy.
 - Wy chyba jesteście tępsi niż przypuszczałem - warknął. - Miecz jest jednym z czterech elementów innej większej broni. O niej pewnie też nie słyszeliście - zaśmiał się. - Potężne ostrze, które w odpowiednich rękach zdziała cuda.
 - Potrafiłby zniszczyć tak potężnego demona, jak Aeszna? - chciałem wiedzieć.
 - Zdecydowanie - potwierdził. - I nawet potężniejsze.
 - Więc czemu nie znajdziemy je i nie użyjemy tej energii do zniszczenia demonów? - zapytał ciemnowłosy.
 - Och, to bardzo proste. Po pierwsze: Miecz widziałem jakieś dwa tysiące lat temu, po czym nagle zniknął. Po drugie: Kamień jest u Patersów. Po trzecie: Radzim stworzył przedmiot, który miał symbolizować jego ród, a z czasem ta wiedza po prostu przepadła. I po czwarte: Tą bronią może władać tylko ktoś z rodu Rivelash.
 - To chyba nie jest żaden kłopot, prawda? - zasmuciła mnie ta informacja. Już miałem nadzieję, że uda nam się jakoś ich powstrzymać.
 - Kłopot w tym, że każdy z rodu Rivelash musi zrzec się swojej mocy na rzecz potomka.
 - Więc Lea potrafiłaby się nią posługiwać? - zapytał przyjaciel.
 - Nie - Lucyfer pokręcił głową. - Samantha nie oddała jej całej mocy. Ale ona także nie mogłaby użyć tej broni.
 - Nie rozumiem - wyznałem. - To ma być potomek, ale jednak nie. Ma pochodzić od Rivelashów, ale coś jeszcze...
 - Zastanawiam się, jakim cudem ten kraj jeszcze przetrwał mając takiego władcę - zaśmiał się diabeł. - Jak już na początku wspomniałem, ta moc pochodzi z Nieba. Czyli anioł może tylko się nią posługiwać. Albo Nefilim.
 - No to jesteśmy w dupie - skomentował Scott.
 - Nie koniecznie... - zaczął Patrick.
 - Do jasnej cholery! Kolejne sekreciki?! - warknąłem, jednak przyjaciel nie zrobił sobie nic z mojego wybuchu.
 - Samantha oddała jej moc - powiedział. - Tylko swoją anielską część.
 Miałem ochotę się załamać...
 - To możliwe? - zwróciłem się do diabła.
 - Jak najbardziej - przytaknął. - Można oddzielić dobro od zła. Oddała jej swojego anioła, a sama stała się w pełni demonem.
 Chyba przeszedłem coś co nazywane jest załamaniem nerwowym.
 - Kurwa! - wrzasnąłem. - Czyli chcesz mi powiedzieć, że Lea jest Nefilimem?
 - Czy ktoś rozmawiał z tobą o pszczółkach i ptaszkach? - zaśmiał się Lucek. - Więc ja ci to wytłumaczę...  Gdy ty zapłodniłeś moją córkę, przelałeś swoje DNA. Więc Lea jest aniołem - ze strony matki. I po części półdemonem - z twojej strony. Rozumiesz? - przytaknąłem. - To teraz wróćmy do ciebie, Patricku. Podejrzewałem, że moja córka zmieniła się za sprawą Samaela, ale nie myślałem, że coś takiego nam wywinie - pokręcił głową, klnąc pod nosem. - To wiele wyjaśnia...
 - Czyli? - ponagliłem go.
 - Czyli to, kochany zięciu, że twoja córka stoi na pograniczy wygnania. Nie należy do demonów z Piekła, ani do aniołów z Nieba.
 - Jest wygnańcem?! - krzyknąłem przerażony. Świetnie. Chyba lepiej być nie może.
 - Kim jest wygnaniec? - Podskoczyliśmy słysząc ten delikatny głos. Scott pisnął ze strachu.
 Obejrzałem się za siebie i dostrzegłem swoją córkę, stojącą w korytarzu. Na policzkach miała ślady po łzach.
 - Chyba czas w końcu na odpowiedzi, Ezra - szepnął diabeł.
 Nie wiedziałem co miałem robić. Byłem rozdarty. Mogłem opowiedzieć jej o wszystkim, ale też mogłem oszczędzić jej tego bólu.
 - Czas na zabawę! -  gdy usłyszałem ten znienawidzony głos, miałem ochotę pogrzebać się żywcem.
 Śmierć postanowił zaszczycić nas swoją obecnością.







poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ogłoszenie :3

 Z racji tego, że ja mam BARDZO DUŻO wolnego czasu i zero pomysłu na pożytecznym zużyciu go, postanowiłam stworzyć z Katariną nową stronę na Facebooku :3 To taka mała odskocznia od pisania... :3
 Może i kogoś zmotywuję tym?
 Zapraszam do akcji!!!



poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rozdział 5 Księga III

Rozdział miał być nieco wcześniej... ale po drobnych komplikacjach dopiero teraz mogę go opublikować :*
Chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku i żeby był oczywiście lepszy od poprzedniego!
Pozdrawiam 
Seo <3

PS. Na wattpadzie pojawił się nowy rozdział.


***

 - I jak? - zapytał ciemnowłosy patrząc na swoją partnerkę.
 Stała tuż obok niego, jednak kilkudniowa rozłąka z nią wzbudziła w nim dziwne uczucia, których nie znał. Chociaż wszystko co wiązało się z nią przerażało go.
 - Nic nowego - wzruszyła delikatnie ramionami, a jej włosy połaskotały skórę dziewczyny. - Czuję, jak jej moc wymyka się spod kontroli. Nie śpi, więc organizm jest jeszcze bardziej zmęczony i niezdolny do walki. Nie ma siły, aby się bronić.
 - Więc, chyba w końcu nadszedł czas, aby ujawnić jej problem? - założył jej niesforny kosmyk za ucho.
 Musnął usta dziewczyny, czując smak warg, za którymi tęsknił. Ten pocałunek był obietnicą. Czegoś, co już wkrótce chciał spełnić.
 - Jesteś pewien? - zapytała wpatrując się w jego oczy. Dostrzegł w nich tą samą pustkę, jaka mu towarzyszyła od wieków.
 - Tak - przyznał. - Czas w końcu rozpocząć zabawę.

LEA

 Popołudnie wśród zwierząt nieco mnie odprężyło. Uwielbiałam jeździć konno. To było jedno z moich ulubionych zajęć w Cerisie, jak i na Ziemi. Czując wiatr targający moje włosy i widząc zieleń wokół mnie, mogłam przez chwilę zapomnieć o problemach. Do zaręczyn pozostało prawie dwa tygodnie. Przygotowania do ślubu były już w toku - jak twierdził mój ojciec.
 Właśnie odprowadzałam Lady - czarnego wierzchowca - do boksu, gdy usłyszałam radosny głos Camerona, wołającego mnie.
 - Już kończę! - odkrzyknęłam, jednak zanim się obejrzałam chłopak był już przy mnie. - Za dziesięć minut będę gotowa.
 - Daj - wyrwał lejce z mojej dłoni. - Ja zajmę się koniem i spotkamy się zaraz przed budynkiem, okey?
 Przytaknęłam i ruszyłam po swoją torbę.
 Po paru minutach wyszłam ze stajni przebrana w swoje ubrania. Cameron czekał na mnie obok swojego samochodu, stukając palcami w to śmieszne urządzenie, które nazywano telefonem.
 - Nie masz nic przeciwko, żebyśmy najpierw skoczyli na małe zakupy zanim cię odwiozę? - zapytał, po czym otworzył drzwi auta od strony pasażera.
 - Jasne - odpowiedziałam wsiadając do środka.
 Chłopak zajął miejsce kierowcy.
 - Możemy też skoczyć na lody - zaproponował, a następnie odpalił pojazd.
 - Na lody? - zdziwiłam się. 
 Za cholerę, nie wiedziałam czym są te całe lody. Chociaż już wcześniej spotkałam się z tym słowem, niezbyt ciekawiło mnie dowiedzenie się o jego znaczeniu. 
 - Tuż obok spożywczaka stoi budka z lodami. Nie ma tam jakiegoś wielkiego wyboru, ale te co są, są naprawdę pyszne. 
 - Czekaj... ale czym są te całe lody? - zapytałam czując, jak delikatny rumieniec wypływa mi na twarzy. 
 Cameron parsknął śmiechem. Skrzyżowałam ręce na piersi udając oburzoną. 
 - Ty tak na poważnie? - zapytał zdziwiony. 
 - Raczej tak bez powodu nie robiłabym z siebie idiotki. 
 - No dobrze... Lody to są... - postukał palcem o brodę, udając zamyślonego. - To jest po prostu zamrożona woda o jakimś smaku. 
 - Nie brzmi to zbytnio ciekawie - przyznałam. 
 - Nie. Albo ja po prostu kiepsko tłumaczę. Spróbujesz i sama ocenisz. 
 Zrobiliśmy zakupy, chociaż to bardziej Cameron je robił niż ja. Gdy szukałam jakiegoś cholernego makaronu chłopak zdążył już zebrać cały koszyk różnych artykułów. To były moje pierwsze zakupy i, jak widać, bardzo kiepskie. Gdyby wszystkie artykuły ustawiono alfabetycznie, ludzie nie mieliby żadnego problemu z ich znalezieniem. Albo to ja miałam z tym jakiś problem?
 Zapakował zakupy do samochodu, po czym ruszyliśmy do niewielkiej białej budki z jakimiś rysunkami po bokach. 
 - Lubisz truskawki? - zapytał.
 - Zamrożona woda o smaku truskawkowym? - zapytałam, przez co rozśmieszyłam chłopaka. 
 - Po proszę jedną czekoladową i dla tej pani truskawkową - zwrócił się do sprzedawcy. 
 - Proszę - powiedział starszy mężczyzna podając mi rożek z różowo - czerwoną kulką. 
 Nie bardzo wiedząc, jak miałabym to jeść, zaczekałam aż Cameron dostanie swoją porcję. Zapłacił sprzedawcy, a następnie ruszyliśmy w stronę niewielkiego parku.
 Pogoda jak na tą chwilę wydawała się bardzo ładna. Przez ostatnie dni było pochmurnie, a od czasu do czasu padał deszcz, więc teraz, gdy promienie słoneczne oświetlały krajobraz... Właśnie taka pogoda najbardziej przypominała mi dom, który ostatnio zbyt często wspominałam. Wiedziałam, że następna wizyta tam nie będzie należała do najprzyjemniejszych. 
 - Lea, wróć do mnie - usłyszałam rozbawiony głos chłopaka. 
 - Przepraszam - zawstydziłam się. - Zamyśliłam się. 
 - Mam nadzieję, że rozmyślałaś tak o mnie - zasugerował. 
 Uderzyłam go lekko w ramię. 
 - Wystarczy, że śnisz mi się po nocach. Tym razem rozmyślałam o domu. 
 - Tęsknisz za nim? 
 - Nigdy nie wyjeżdżałam na tak długo - przyznałam. - Myślę, że powoli czas wracać do domu, zanim wyjadę w kolejną podróż. - Czekała mnie jeszcze przecież podróż poślubna...
 - Chcesz mnie zostawić? - zaśmiał się, przez co dałam mu kuksańca w bok. 
 - Jestem okropną egoistką - wyznałam. 
 - Dobra, koniec gadania. Jedz loda, inaczej się rozpuści - polecił. 
 Stanęłam w miejscu spoglądając na rożek. Następnie mój wzrok powędrował na chłopaka. Widząc moje zmieszanie ponownie się roześmiał i polizał swoją porcję. Poszłam w jego ślady, a mój język zmierzył się z zimnym jedzeniem. 
 Poczułam przepyszny smak truskawek w ustach. Był delikatny i puszysty. 
 - O matko! - jęknęłam. - Ale to dobre. 
 - Czekoladowe są lepszy. Chcesz? - wyciągnął dłoń z lodem w moją stronę. 
 Spróbowałam je, czując jeszcze lepszy smak. 
 - Kocham lody - przyznałam rozmarzonym głosem. 
 - To dobrze, bo od tej pory będę cię częściej na nie zabierać. - Trzeba nadrobić te stracone lata.
 - Jestem za - posłałam mu delikatny uśmiech. 
 - Wróćmy do naszego poprzedniego tematu - zasugerował, przez co zmarszczyłam brwi. - Powiedziałaś, że śniłem ci się w nocy?


EZRA

 Siedziałem w pokoju czytając jakąś nudną lekturę. Próbowałem zająć czymś myśli, aby choć przez chwilę nie martwić się o swoją córkę. Wciąż obwiniałem siebie, za to, że zgodziłem się na ten bezsensowny wyjazd. Zamiast czuć się spokojniej i lepiej, że moja jedyna córeczka dobrze sobie radzi i wygląda na bardzo zadowoloną - według Patricka i Camill, ja wciąż się martwiłem. Ale to chyba normalna rodzicielska rzecz. Dzieci stawialiśmy na pierwszym miejscu. 
 W końcu nie wytrzymałem i wyrzuciłem książkę na stos innych, znajdujących się obok kanapy. Udałem się do kuchni, gdzie miałem nadzieję spotkać Andreę. 
 Nie myliłem się. Rudowłosa była tam i właśnie przygotowywała menu na przyszły tydzień. 
 - Panie - powiedziała, dostrzegając mnie. 
 - Andrea, chciałbym wprowadzić kilka zmian związane z zaręczynami. Mam nadzieję, że nie jesteś zbytnio zajęta.
 - Oczywiście. Mam nadzieję, że termin się nie zmienił...
 - Nie - zaprzeczyłem. - Za dziesięć dni zamek zostanie zapełniony szlacheckimi cerisowiańczykami, jak i patersowianinami. Rozmawiałem dzisiaj z córką i chciała... - westchnąłem. - Chciała, aby na deser podano lody. 
 - Lody? - powtórzyła dziewczyna. - Nie jestem pewna, czy mamy odpowiednie warunki, aby przetrwały one do przyjęcia. 
 - Tym proszę się nie przejmować. Otworzę przejście, dzięki czemu będzie można je przenieść. Chciałbym jednak, aby kilka osób wcześniej przenieść na Ziemię, aby przygotowały wszystko. Mam nadzieję, że się tym zajmiesz - spojrzałem na dziewczynę. Uśmiechnęła się delikatnie, lecz na mojej twarzy nie widniało żadne rozbawienie czy radość. 
 - Oczywiście. Czy chciałby król wprowadzić jeszcze jakieś zmiany?
 - Tak. Lea chciała...
 - Ezra! - przerwał mi krzyk przyjaciela. 
 Odwróciłem się w jego stronę i dostrzegłem, jak biegnie w moim kierunku. Czułem, że miał dla mnie niezbyt miłe wiadomości, przez co jeszcze bardziej się zdenerwowałem. 
 - Przepraszam - zwróciłem się do dziewczyny. - Dokończymy tą rozmowę później. 
 Kobieta zawróciła, kierując się do kuchni.
 - Mam nadzieję, że masz dla mnie jakieś dobre wieści - rzuciłem, gdy już dobiegł do mnie.
 - Miłe przywitanie - mruknął. - Mam list od Cassandry dla Amandy. 
 - Są na tarasie. W międzyczasie możesz mi opowiedzieć co się stało.
 - Okey - westchnął. - Mieliśmy małe... komplikacje.
 - Komplikacje?! - wrzasnąłem. - Co z Leą?!
 - Spokojnie, tatuśku, nic jej nie jest. Podejrzewam, że nawet nic nie zauważyła. 
 - Jeszcze trochę, a wyrwę sobie wszystkie kłaki, jeśli ta dziewucha nie wróci tutaj - wyznałem. - Co się właściwie stało?
 - W szkole jeden z wilkołaków wyczuł coś niepokojącego. Łowcy ruszyli, aby to sprawdzić. Myśleli, że to demon, ale ten zapach był zbyt dziwny, więc wezwali mnie. 
 - Mam nadzieję, że rozpoznałeś intruza - warknąłem. 
 - Och, zamknij się chociaż na chwilę! Nic jej nie jest! I daj mi, do diabła, w końcu skończyć!
 - Przepraszam - powiedziałem, nie spodziewając się takiego wybuchu z jego strony.
 - No więc poszedłem tam i sprawdziłem wszystko. Nie uwierzysz kto się pojawił - spojrzałem na niego zaniepokojony. 
 Chyba czas, aby Lea wróciła do domu.
 - Samantha - powiedział. 
 Zatrzymałem się.
 - Przepraszam, czy możesz powtórzyć? Wydawało mi się, że powiedziałeś...
 - Samantha - powtórzył. - Ona tam była. Przez kilka sekund, a następnie po prostu zniknęła. Co lepsze - ciągnął. - Śmierć się ze mną skontaktował, gdyż ty nie odpowiadasz na jego zaproszenia. 
 - Wybacz, ale nie mam ochoty się z nim spotykać. 
 - Myślę, że jednak powinieneś. Nie będzie przy nim Samanthy. Chce się z tobą spotkać sam na sam. 
 - Życz mu szczęścia - warknąłem. - Póki żyję nie zamierzam z nim się widzieć, a tym bardziej rozmawiać. 
 - No cóż... To może trochę utrudnić sprawę z Leą - przyznał. 
 - Patrick. Jeśli mojemu dziecku nic nie zagraża nie widzę żadnej przyczyny, aby się z nim spotkać. Swoją drogą, myślę, że powiększyłeś straże. 
 - No jasne! - odparł urażony. - Ale nie sądzę, żeby ona chciała ją skrzywdzić. Przecież to jej córka. 
 - Mogła wrócić. Prosiłem, żeby to zrobiła, ale ona nie chciała. Teraz jest już za późno. 
 Chłopak złapał mnie za ramię i spojrzał w oczy. Dostrzegłem w nich cierpienie zmieszaną z troską. 
 - Dla dobra Lei radziłbym ci się z nim spotkać. 


Już biorę się za nadrabianie zaległości!

niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 4 Księga III

Dzień dobry wszystkim :D
Tak... Dzisiaj jest 15! A co za tym idzie? Moje urodzinki <3
Żeby tak bardziej sprecyzować, właśnie kończę roczek xd No właśnie... Już równo rok jestem z Wami na blogspocie :D I właśnie to opowiadanie zmusiło mnie do rozpoczęcia współpracy z nim.
Dziękuje wszystkim tu zebranym, za to, że mnie wspierali zajebistymi komentarzami <3 Tak, to one najbardziej motywowały mnie do dalszego pisania.
Nie będę zbytnio Wam marudzić ( jest po pierwszej w nocy i jestem trochę śpiąca xd), więc pragnę Wam bardzo, ale to bardzo podziękować. Mam nadzieję, że następny rok również zostaniecie ze mną ^^

Wiem, że ostatnio z rozdziałami się za bardzo nie wyrabiam, ale od jakiegoś czasu siedzi mi pewien pomysł na opowiadanie w głowie. Mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj dodam pierwszy rozdział :D

 Zapraszam Beautiful disaster






LEA

 Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu, a jego promienie muskały moją twarz. Zaklęłam pod nosem uświadamiając sobie, że przesiedziałam pół nocy na dworze. A za niedługo miałam iść do szkoły.
 Wstałam, po czym opuściłam balkon kierując się do łazienki. Uśmiechnęłam się na widok przygotowanych dla mnie ubrań, leżących na łóżku. Sinee już przyszła i nadal tu była - wywnioskowałam po usłyszeniu dźwięku lejącej się wody. Chwyciłam szlafrok i weszłam do pomieszczenia. Rzuciła piżamę do kosza na brudy i stanęłam pod prysznicem. Przyjemna fala ciepłej wody zalała moje ciało. Jednak nie dane mi było cieszyć się tą chwilą przyjemności. Odkąd dotarłam do tego miejsca zaczęłam bardziej doceniać czas. W Cerisie zawsze miałam go aż nadto, jednak tutaj zbyt wiele spraw wymagało mojej uwagi, przez co wiecznie byłam zabiegana.
 Po kilku minutach wyszłam z łazienki z wysuszonymi włosami. Ubrałam się, a następnie pogładziłam rąbek spódnicy, prostując materiał, jednocześnie usuwając z niego nieistniejący kurz. Sięgnęłam po torbę, do której wrzuciła kilka zeszytów i ruszyłam na dół.
 W domu jeszcze wszyscy spali. Zazwyczaj to ja pierwsza wstawałam z powodu bezsenności czy też koszmarów. Ale nie narzekałam. Miałam wtedy czas na różne rozmyślenia.
 Ostatnimi czasy moją głowę wciąż zaprzątała myśl o zaręczynach. Nie byłam na nie gotowa. I nawet nie odpowiadał mi fakt, że miałabym wieczność dzielić z osobą, której może nigdy nie pokocham. Małżeństwo kojarzyło mi się z miłością. I właśnie w takim zapragnęłam być. Poczuć się kochaną.
 - Mina myśliciela? - zakpił mój anioł stróż.
 Uśmiechnęłam się do niej.
 - W domu zostawiłam swoją ławkę zadumy, więc to musi mi wystarczyć - odpowiedziałam.
Sinee usiadła obok mnie na kanapie i podała mi kubek gorącego kakaa. Z wdzięcznością go przyjęłam, po czym upiłam kilka łyków.
 - Czasem mam wrażenie, że jesteś jakimś okropnym przypadkiem - wyznał anioł, przez co popatrzyłam na nią zdziwionym wzrokiem. - Nie patrz tak na mnie. Jesteś bardzo młoda, a ja cię uwielbiam, ale... masz dużo problemów. Spraw, które nie powinny w ogóle ciebie dotyczyć. Gdybym mogła, najlepiej skopałabym tyłek twojemu ojcu za ten ślub. Jak można tak krzywdzić dziecko?
Zakrztusiłam się, a do oczu napłynęły mi łzy.
 - Boże, Sinee! Daj sobie już z tym spokój. Ślub odbędzie się tak czy siak i nic na to nie poradzisz. To normalne, że się tym martwię... Jestem młoda i to trochę dużo, jak na mnie, ale myślę, że będzie dobrze.
 - Mnie nie okłamiesz - odparła przymrużając powieki. - Znam cię zbyt dobrze, żebyś mogła mnie tak oszukiwać, Fasolko.
 Uśmiechnęłam się na jej słowa. Fakt, nic przed nią nie dało się ukryć. Chyba, że to ja byłam takim kiepskim kłamcą. 
 - Chwila... Czy ty właśnie nazwałaś mnie Fasolką? - zapytałam ją marszcząc brwi. - Dlaczego?
 - Próbowałam coś wymyślić i tylko to przyszło mi do głowy... Znaczy się najpierw pomyślałam o Pączusiu, ale to byłoby zbyt dziwne.
 - Racja - przyznałam. - Pomyślimy o tym kiedy indziej. Teraz chciałabym porozmawiać z tobą na temat tego czegoś co mnie śledziło w szkole.
- Byłam tam - powiedziała. - I niczego nie zauważyłam. Mógł to być jeden z wilków, albo Łowców. 
- Nirra sprawdziła teren i też nic nie zauważyła. Może ja rzeczywiście to sobie ubzdurałam? 
Sinee zaśmiała się, a następnie ruszyła w stronę kuchni. 
- Powinnaś zająć się szkołą. Tutaj jesteś bezpieczna. Wszyscy czuwamy nad tobą, więc nic ci się nie stanie. Zrobiłaś już ten projekt na historię? A co z plastyką? - próbowała zmienić temat.
- Poczytałam trochę, ale wszystko mi się nie zgadza. To co uczono nas w Cerisie bardzo różni się od tego tutaj, ale jakoś daję radę. A jeśli chodzi o zajęcia artystyczne... Gdybyś tylko widziała jej minę! Z niechęcią przyznała, że obraz jest bardzo dobry. Powiesiła go na ścianie, a jutro znowu idziemy w plener szkicować. Chyba w końcu zrozumiała, że nie wszyscy potrafią w pamięci odtwarzać krajobraz z najdrobniejszymi szczegółami. Planuje też jakąś wycieczkę szkolną - przerwałam na chwilę, upijając kilka łyków czekolady. - Naprawdę dobrze się tu czuję. Tak... normalnie.
- To dobrze. Ale wiesz, że jeśli będziesz unikać problemów, one wcale nie znikną? 
- Wiem, ale udajmy jeszcze przez kilka dni, że ich nie ma, dobrze? - poprosiłam. -  Później odbędą się zaręczyny i powoli będziemy wracać do normalności. 
- Więc spraw, aby te dni były najlepszymi dniami w twoim życiu - poradziła.- Baw się i niczego nie żałuj.
 Chciałam jej coś odpowiedzieć, jednak przeszkodził mi dzwonek do drzwi. Zmarszczyłam brwi i udałam się, aby sprawdzić kto, o tak nieludzkiej porze, przyszedł. Otworzyłam drewniane wrota i spojrzałam zaskoczona na przybysza.
- Cameron? - zdziwiłam się. Bardziej prawdopodobne było to, że zastałabym jakiegoś demona przed progiem niż jego. Chociaż, on również zdziwiony był moją obecnością tutaj.
- Nie wiedziałem, że tu mieszkasz - powiedział. - Camill to twoja ciotka?
- Tak - odsunęłam się od drzwi, aby wpuścić go do środka.
 Chłopak odwrócił się i ruszył w stronę srebrnego samochodu, którym przyjechał. Tym razem byłam bardziej zmieszana niż przed chwilą.
- Przywiozłem jej kwiaty - powiedział. - Pomożesz mi je wnieść?
 Mimowolnie ruszyłam w jego kierunku. Wiedziałam, że Camill prowadziła niewielką kwiaciarnię w mieście, ale nie miałam żadnego pojęcia, że Cameron dostarczał jej kwiaty. No cóż, wprawdzie za wiele nie wiedziałam na jego temat.
 Do domu wnosiliśmy po dwa duże stroiki i ustawialiśmy je wszystkie w korytarzu. W pewnym momencie Sinee wystawiła głowę zza kuchni i spojrzała na mnie wymownie. Skinęła głową w stronę Camerona, a następnie uśmiechnęła się szeroko. Przewróciłam oczami i już miałam wyjść po kolejne kwiaty, gdy usłyszałam jakiś dźwięk dobiegający z kuchni. Weszłam do pomieszczenia i zauważyłam, że jeden talerz spadł, roztrzaskując się na podłodze.
- Zaproś go na śniadanie - odezwała się dziewczyna tuż przy moim uchu.
- Przecież ja nie umiem gotować, a to ty zawsze je robiłaś! - zaprotestowałam, wiedząc, że teraz przypadła moja kolej na przygotowanie jedzenia dla całej zgrai. Anioł uśmiechnął się do mnie.
- Fasolko, przez te kilka dni nauczyłaś się robić jajecznice. Tosty to nic trudnego, a teraz idź, bo on już kończy - popchnęła mnie w stronę wyjścia, jednak ja jeszcze raz obróciłam się w jej stronę.
- Korzystaj z życia - wyszeptała i zaczęła wyciągać składniki potrzebne do przygotowania jedzenia.
- Lea?- usłyszałam zaniepokojony głos Camerona. Ruszyłam w jego stronę.
 Stał przywarty do ściany, a przed nim znajdowała się Nirra. Jak przystało na strażnika, warczała na przybysza. Nie dziwiłam się jemu, że się jej wystraszył. Była o wiele większa od zwykłego wilka, więc dla człowieka mogła wydawać się przerażająca.
- Nirra! - zawołałam ją. Wilk odszedł i ustawił się tuż za mną. - Przepraszam - zwróciłam się do chłopaka. - Byłam pewna, że śpi u mnie w pokoju.
- To twój pies? - wzdrygnął się, gdy Nirra znowu na niego warknęła.
- Wilk. A dokładnie hybryda.
- Straszny - stwierdził. - Bałbym się mieć takie coś w domu.
 Jego słowa trochę mnie zabolały. Ale dla nas widok tak wielkich zwierząt nie był niczym nowym, w przeciwieństwie do ludzi.
- Jak zdążyłeś zauważyć jest bardzo pomocna. Pilnuje nas i nie pozwala obcym kręcić się po domu. To taki nasz mały strażnik - posłałam mu delikatny uśmiech.
- Zauważyłem... No dobrze, mogłabyś zawołać Camill? Albo przekaż jej, że przywiozę resztę kwiatów do sklepu.
- Za niedługo powinni wstać. Jeśli chcesz możesz na nią zaczekać. Zostałbyś też na śniadaniu i omówilibyście to wszystko - zaproponowałam.
 Cameron przez chwilę zastanawiał się, po czym odparł:
- Nie, dzięki. Nie chciałbym przeszkadzać - odparł, jednak głośne burczenie w jego brzuchu zdradziło go. Zaśmiałam się.
 - Nie będziesz przeszkadzać. W zasadzie mógłbyś mi pomóc. Twój brzuch raczej ci nie wybaczy, jeśli teraz pójdziesz.
 Chłopak uśmiechnął się do mnie.
- Nie chciałbym się z nim kłócić. Więc co mam zrobić?
 Weszliśmy do kuchni, a ja dostrzegłam na blacie kilka składników. Tak na prawdę, to trochę czułam niepokój. Nie wiedziałam co mam robić. Zawsze to Sinee mną kierowała. Tym razem musiałam poradzić sobie sama. Szybko w myślach odtworzyłam ostatnie co gotowałyśmy.
- Musimy przyrządzić śniadanie dla sześciu osób - powiedziałam na głos. - Ethan zje sześć tostów, Tyler cztery. Dziewczyny po jednym. Ja zajmę się nimi, a ty mógłbyś usmażyć bekon?
 Wyciągnęłam patelnię i postawiłam ją na kuchence. Cameron zajął się smażeniem plastrów mięsa. Usmażyłam już cały talerz tostów, równocześnie wyciskając sok z pomarańczy.
- Oni jeszcze śpią? - zapytał chłopak. Przytaknęłam. - Więc... zanim wstaną jedzenie będzie już zimne.
- Jak bekon będzie gotowy Ethan sam ich wszystkich obudzi i tu przyciągnie. Camill zawsze zaczyna śniadanie dopiero wtedy, gdy wszyscy będziemy przy stole.
- Wcześniej tak nie było? No wiesz, zanim się tu przenieśliście - zapytał.
- Było nas za dużo, żebyśmy czekali aż wszyscy przyjdą. Chłopaki zwykle przychodzili pod koniec śniadania, chwytali w ręce co się dało i biegli na zajęcia. Mój ojciec zawsze lubił wcześniej przychodzić i rozmawiać o pracy z wujkiem. Zaczynali pierwsi i kończyli ostatni.
- Wygląda na to, że masz bardzo dużą rodzinę - uśmiechnął się do mnie. Podałam mu szklankę świeżego soku. - U mnie byłby to istny cud, jeśli dałoby się zebrać całe rodzeństwo w jednym miejscu.
- Nie wiedziałam, że masz rodzeństwo - palnęłam bez namysłu. Oczywiście, że nie wiedziałam! Przecież ja go praktycznie nie znałam!
- Mam trzech braci i dwie siostry. Ale nie chodzą ze mną do szkoły. Kilka miesięcy temu wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem tutaj.
- Sam dajesz sobie radę? - zdziwiłam się. - No wiesz, nauka, praca i to wszystko. Ja ledwo radzę sobie z przygotowaniem śniadania, a co dopiero szkoła.
- To, że się wyprowadziłem, nie znaczy, że się od nich odciąłem - powiedział rozbawiony. - Ojciec nie chce abym poświęcił szkołę na rzecz pracy. Opłaca nam mieszkanie. Praca u twojej ciotki pozwala mi trochę odłożyć na przyszłość, kiedy już nie będę chciał jego pomocy.
- Więc nie mieszkasz sam - zainteresowałam się.
- Nie, z kolegą. Postanowił wyjechać ze mną, żeby oderwać się trochę od życia. Gra na gitarze w The Siles.
- Nie słyszałam o nich - wyznałam.
- Nie? To musimy to szybko zmienić! Są rewelacyjni i tak się składa, że znam ich gitarzystę - uśmiechnął się - więc mam darmowe wejściówki. Miałabyś ochotę towarzyszyć mi podczas jutrzejszego koncertu? - zapytał.
 Zastanawiałam się czy mogłabym z nim pójść. Z jednej strony obawiałam się tego co mogło mnie tak spotkać, zaś z innej zżerała mnie ciekawość. Miałam okazję iść na jakiś koncert i spędzić miło wieczór. Chociaż wracając do tej pierwszej strony, powinnam być rozważna i nie narażać się na niebezpieczeństwo, ale...
- Do diabła, Lea! - rozbrzmiał zdenerwowany głos mojego stróża. - Idź na ten cholerny koncert, albo sama cię tam zaciągnę! 
- Z wielką przyjemnością - odparłam.
 Nagle w drugiej części domu rozbrzmiał jakiś hałas. Uśmiechnęłam się pod nosem, wiedząc, że zapach jedzenia dotarł do jego pokoju.
- Cholera, Ty! Leć po Camill! - krzyknął drugi brat.
- Nirra - zwróciłam się do strażnika, aby ta trochę ich uspokoiła. Przecież to było zwykłe jedzenie, a oni robili z tego Bóg wie co. Albo po prostu czułam się głupio w obecności Camerona. Szczególnie, gdy byłam świadoma jaki chłopcy dadzą zaraz pokaz.
- Zabierz ją, Lea! - usłyszałam głos Ethana. - Żaden wilczek nie stanie mi na drodze do mięsa!
Cameron wybuchł śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać i również z moich ust wydobył się chichot.
 - Masz bardzo wesołą rodzinkę - stwierdził chłopak.
 - To nic - powiedziałam. - Powinieneś ich widzieć podczas walki o łazienkę. Chociaż w tym domu są jakieś cztery inne, oni i tak walczą o tą samą. Dlatego ciotka nie wiesza żadnych obrazów na ścianę, czy jakieś inne szklane dekoracje. - Skrzywiłam się, gdy usłyszałam jakieś trzaśnięcie. - Chodźmy usiąść. Jeśli oni się zjawią, będziemy mieli jakieś kilka sekundy zanim pożrą całe jedzenie.
 Cameron usiadł naprzeciwko mnie. Posłał mi delikatny uśmiech, gdy dostrzegł moich kuzynów, zbliżających się do nas. Biegli co w sił nogach, jakby się gdzieś paliło. Tyler trzymał Camill w ramionach, zaś Ethan przerzucił swoją siostrę przez ramię. Gdy weszli do jadalni spojrzeli na przybysza, jednak żaden się nie odezwał. Posadzili dziewczyny na krzesłach i sami zajęli miejsce.
Było mi trochę przykro Cass, która nie cierpiała wstawać o tak nieludzkiej porze.
 - Och! - westchnęła ciotka. - Witaj, Cameronie. Nie wiedziałam, że będziesz jadł z nami dzisiaj śniadanie...
 - Przywiozłem kwiaty - powiedział.
 - A ja nie zamierzałam go wypuścić bez porządnego śniadania. Jednak nawet nie wiem czy na coś się załapiemy - dodałam.
 - No jasne! - krzyknęła. - Zupełnie o nich zapomniałam. W piątek mamy wystawę. Chciałybyście jechać? - zapytała nas ciotka. - Myślę, że chłopcy zanudzą się na wystawie.
Poczułam nogę Camerona lekko uderzającą mnie pod stołem, przez co zachłysnęłam się sokiem.
 - Przepraszam, ale nie dam rady. Może Cass miałaby ochotę jechać z tobą?
 - Jasne - zgodziła się. - O której dzisiaj kończysz, Li? - zwróciła się do mnie.
 - Później mam jazdy. Powinnam skończyć przed dwunastą.
Dostrzegłam zamyśloną Camill, więc dodałam:
 - Spokojnie, mogę wrócić pieszo, albo autobusem. Nie musisz zwalniać się z pracy, żeby mnie zawieź do domu.
 - Jeśli chcesz, to ja mogę cię podrzucić - odezwał się Cameron. - I tak muszę przywieźć resztę kwiatów.
- Dziękuje, Cameronie - powiedziała ciotka.
- Boże... - jęknął Ethan. - Czy wy zawsze musicie tyle gadać przy śniadaniu? Normalnie nie można się skupić na jedzeniu - poskarżył się.
 Cameron spojrzał na mnie rozbawiony. Na widok jego rozbawionej miny sama się uśmiechnęłam. On działał na mnie w jakiś dziwny, ale przyjemny, sposób. Nie mogłam się doczekać naszej wspólnej soboty. Zapowiadał się niesamowity dzień, a ja zamierzałam skorzystać z rady Sinee.
Baw się i niczego nie żałuj.