czwartek, 15 maja 2014

Księga II: Rozdział XII

"Tylko życie poświęcone innym, warte jest przeżycia".



CHRISTOPH


            Mijałem kolejny ciemny tunel, szukając odpowiedniego pomieszczenia, do którego zostałem wezwany. Echo moich kroków rozchodziło się po jaskini, wraz z osuwającymi się kamieniami. Oparłem dłoń o skałę, czując jej chłód na skórze. Wychyliłem głowę, zza niej, spoglądając w bezdenną otchłań, ciągnącą się tuż obok moich stóp.
           Teraz, gdy nie miałem skrzydeł istniało ryzyko spadnięcia tam, więc musiałem uważać. Minąłem ostatni zakręt, a moim oczom ukazały się wielkie, kościste wrota. Mierzyły zapewne ponad osiem metrów. W środku znajdował się okrąg, w którym widniała wielka czaszka. Ludzka. Zapewne wykonana z anielskiego metalu, aby żaden Nefilim tu nie wszedł. Anioły nie zapuszczały się w te strony, zresztą zaklęcia doszczętnie im by to uniemożliwiły. Dwa szkielety, częściowo wchłonięte przez skały, zwróciły się w moim kierunku. Skrzywiłem się widząc ich zgniłe ciała. Jeden z nich zazgrzytał zębami.
- Aniołom wstęp wzbroniony- odezwał się niższy.
- Zamknij się Napoleon. Przecież już tu byłem...
- Zmiana rozkazów Kochasiu. Nie możemy cię wpuścić.
- Wezwali mnie tu, więc jestem.
- No to możesz teraz odfrunąć- wtrącił drugi.
- Biorę kiece i lecę- zarechotał.
Wkurzyłem się. Nie cierpiałem żadnych dogrywek, związanych z moim upadkiem. W końcu to nie tylko moja wina. Chciałem dobrze, a to co się stało, zmieniło wszystko.
- Och, Adolfie. Ależ ty wredny. Zobacz, nasz bąbelek zdenerwował się.
- Czy nie wygląda słodko? Przypomina mi tego robala, którego zjadłem wczoraj. Ale wątpię, żeby był tak samo smaczny. Sama skóra i kości. Tamten przynajmniej był chrupiący.
- Marudzisz. Bierz co dają. Przynajmniej nie będziemy już tu sami. Powiększymy nasz zespół! O! Umiesz grać na kościach?- Zwrócił się do mnie, a ja, wkurzony, chwyciłem jego nogę, która bez problemu oderwała się od ciała i, używając ją jako kija od golfa, a jego głowę jako piłkę, strzeliłem. Podczas jego, jakże wspaniałego lotu, słyszałem jak nuci piosenkę. Zrozumiałem tylko kilka słów takich jak "I believe I can fly, I believe I can touch the sky". Oczywiście miało to mnie dodatkowo wkurwić. Spojrzałem na drugiego kościotrupa. Ten uniósł ręce w geście poddańczym.
- Żarty żartami kolego, ale jeśli chcesz przejść, musisz zmierzyć się ze mną- powiedział, po czym wstał.
Skierowałem się w jego stronę, dzierżąc nogę drugiego szkieletu. Podwinąłem rękawy, aby tym razem piłka mogła polecieć dalej. Ku mojemu zdziwieniu czaszce w ogóle o to nie chodziło. Mały, drewniany stolik został położony między nami. Obydwoje zajęliśmy miejsca na jeszcze mniejszych taboretach. Oparłem łokcie na drewnie i pytająco spojrzałem na strażnika.
- Jeśli chcesz dostać się do środka, musisz wygrać ze mną. Gramy do trzech wygranych...- wyciągnął dłoń, którą zwinął w pięść i zaczął lekko trząść, powtarzając słowa gry w marynarzyka.



           Po przegraniu portfela, kolekcji filmów z Nicolas'em Cage'm, telewizora, aż w końcu domu... Wszedłem do środka. Kląłem pod nosem. Jak mogłem z nim przegrać? I to aż tyle razy?! Pieprzony szkielet.... Mogłem jego pierwszego wykopać. Albo chociaż przed grą. Wtedy przynajmniej odzyskałbym portfel i klucze od mieszkania...
            Mijałem korytarze, w których czułem ciągle czyjąś obecność. Za każdym razem, gdy spoglądałem na ścianę, widziałem na niej poruszający się cień. Zapewne Lucyfer już wiedział, że jestem w Piekle. Chociaż dałbym wszystko, aby wrócić na Ziemię. Nie cierpiałem tego miejsca i za każdym razem, gdy miałem tu przyjść, ogarniał mnie dziwny lęk, że mogę już nie wrócić. Bo mogłem. Gdyby Lucyferowi coś się odwidziało, miał prawo mnie tu uwięzić. Chociaż wiedziałem zbyt dużo, aby narażał się na tego typu zagrywki. Tortury też nie wchodziły w grę, gdyż ja prawie nic nie czułem. I to dlatego, że byłem Upadłym. Oczywiście, on miał w tym swój udział.
         Tuż przed drzwiami zmaterializowały się dwa cienie. Z dymu powstały ciała, przypominając wielkie nietoperze z ogonami. Otworzyły drzwi, wpuszczając mnie do środka. Akurat natrafiłem na porę obiadową. Czy też kolację... Albo po prostu jakąś ucztę, gdyż było tutaj wiele demonów i każdy dzierżył w dłoni szklankę z tutejszym rarytasem, a przed nim stało mnóstwo jedzenia. Władca Piekieł wyszczerzył się na mój widok.
Trzeba było zostać w domu....
- Chris! Jak dobrze cię widzieć!- Krzyknął, po czym wypił zawartość swojego kubka. Rzucił nim o ścianę, roztrzaskując na milion kawałków.
- Też się cieszę...- westchnąłem, co nie uszło jego uwadze.
- Oj synu, już nie marudź! Przecież nie jest ci tu aż tak źle? Spójrz na mnie! Jakoś potrafiłem pogodzić się z życiem Upadłego, a ty jesteś jeszcze młody. Musisz dać sobie czas.
- Nie o to chodzi...
- A o co?- Zlustrował mnie wzrokiem. Obrócił tyłem do siebie i rozerwał moją koszulkę na plecach. Pobliskie demony nawet tego nie zauważyły, tylko dalej bawiły się w swoim towarzystwie.
- Mogłeś tak od razu- powiedział Król, po czym wyciągnął z pochwy swój sztylet. Rozciął skórę, w miejscach, w których powinny znajdować się moje skrzydła. Skrzywiłem się, jednak nie wydobyłem żadnego dźwięku ze swoich ust. Nie dam mu tej pieprzonej satysfakcji.- Spróbuj teraz.
Tak jak chciał, tak też zrobiłem. Próbowałem wypchać swoje skrzydła, które po upadku, nie istniały. Ścisnąłem dłonie w pięści, czując palący ból na plecach. Jednak, gdy całkowicie je wyprostowałem, odczułem wielką ulgę i jednocześnie radość. Znów miałem skrzydła. Radosny, zatrzepotałem nimi, unosząc się kilka metrów nad podłogą. Może i były czarne, ale miałem skrzydła, za którymi cholernie tęskniłem.
- No, no, synu. Teraz może przejdziemy do konkretów?- Zaproponował ciemnowłosy, kierując się do swojej sali. Jak ja bardzo tego nie chciałem...
Poleciałem za nim. Musiałem w końcu nacieszyć się swoją zgubą. Brakowało mi tego. Chciałem wylecieć stąd i poszybować w górę.
Król zajął miejsce na kanapie, przed kominkiem, uprzednio napełniając jego i mój kubek alkoholem.
- Wiesz co chce żebyś zrobił?- Zapytał przysysając się do naczynia.
Żebym zrobił sobie długie wakacje na Hawajach w towarzystwie jakieś cycatej modelki?
- Żebym sprowadził tu twoją córkę- odrzekłem, także upijając alkohol. Musiałem, chociaż nie chciałem tego zrobić.
- Mądry chłopak.






PATRICK


           Zmywałem resztki krwi z podłogi. Wszystkie tkaniny w pomieszczeniu, musiałem wyrzucić. Szkarłat był wszędzie. Dawno nie przyjmowałem takiego porodu. Ale byłem pewny, że gdyby zdecydowali się na to w szpitalu, stracili by obydwoje dzieci, nie licząc Amandy. Podziwiałem tą kobietę. Przetrwała wszystkie cięcia, chcąc jak najszybciej uratować swoje dziecko. Nawet nie chciała czekać, aż zadziała morfina. Była pewna, że krew Samanthy wszystko znieczuli. Może i to zrobiła, ale mogłem jej użyć dopiero po wydostaniu dziecka z jej brzucha. Dzięki naszej współpracy, dało się go uratować i już zaraz mogłem polać ją krwią naszej Księżniczki, zachowując dla siebie jedną probówkę. Przenieśliśmy ją do ich pokoju, znajdującego się tuż obok pokoju dziecięcego. Na dźwięk otwierających się drzwi, wyjrzał Scott, który od razu odebrał mi dziewczynę z rąk. Osłabiona, otworzyła powieki i uśmiechnęła się do niego.
- Mamy dwójkę synów- powiedziała, po czym po prostu odpłynęła w krainie snów.
Kobieta wiele przeszła, a tą noc, mogłem spokojnie zaliczyć do najtrudniejszych w moim życiu. Już łatwiej było, gdy zostałem otoczony przez bandę wilkorów*. Chociaż kiedyś byli ludźmi...
            Wszedłem do swojego pokoju, potykając się o kartony. Davina zdążyła już sprowadzić parę swoich rzeczy, jednak ja nie miałem teraz czasu, aby pomóc jej w rozpakowywaniu ich. Spała, więc miałem chwilę samotności. W zasadzie uwielbiałem jej towarzystwo, ale teraz nie mogłem narażać jej na to.
Otworzyłem drzwi, obok garderoby i krętymi schodami zszedłem na dół. Ten pokój, był... no cóż. Nie był on tajny, gdyż wszyscy o nim wiedzieli, jednak nikt nie przychodził tam, gdyż było to moje królestwo. To właśnie tu prowadziłem badania nad naszymi umiejętnościami i nie tylko. W takich pomieszczeniach tworzyłem lekarstwa na część ludzkich chorób. O matko... nie wiem co byłoby, gdybym w przeszłości nie pomagał lekarzom w ich badaniach. Oni nawet nie wiedzieli, że zakradałem się do ich pracowni, zmieniając obliczenia na właściwe. Dzięki temu odkryłem wiele szczepionek, ale nie winiłem ich za to. Ja żyłem już dość długo i byłem doświadczonym lekarzem.
             Otworzyłem szafkę, szukając odpowiedniej mikstury. Wyciągnąłem probówkę z łacińskim napisem portal i dolałem tam krwi Samanthy. Mieszanka zabulgotała, dając fioletowy efekt. Wypiłem ją do dna, po czym, przed moimi oczami zagościła po prostu ciemność.



SCOTT

          Byłem szczęśliwym ojcem i mężem. Miałem dwójkę cudownych synów, o których zawsze marzyłem, i przepiękną żonę. Więc czego jeszcze mi było trzeba? Miałem wszystko. Rodzinę, przyjaciół, piękny dom... Jedynie brakowało mi mojej siostry. Zawsze była przy mnie, więc gdzie teraz się podziała? Miałem żal do niej, że zostawiła mnie. Nawet było mi szkoda Ezry, pomimo że nie przepadałem za nim zbytnio.
          Odłożyłem naczynia po naszym wspólnym śniadaniu i wróciłem do pokoju. Rozumiałem, że Amanda jest wykończona porodem, a ja zrobiłbym wszystko, aby teraz odpoczęła. Chociaż ona nie chciała. Niemal siłą zatrzymałem ją w łóżku. Ta oczywiście już chciała wstać i wziąć się za robotę. Nawet nie wiedziałem po co, skoro teraz jest Camill, ale oczywiście ona robiła to lepiej. Po drodze zajrzałem do pokoju dziecięcego. Żaluzje były zasłonięte, a w pokoju świeciła tylko jedna, niewielka lampka, umieszczona na ścianie. Tyler słodko sobie spał, zaś Ethan miał z tym mały problem. Teraz już bez żadnego problemu wziąłem syna na ręce, po czym skierowaliśmy się do blondynki. Siedziała na łóżku, trzymając w dłoni jakąś książkę. Oczywiście. ZERO NUDY.
- Zobacz kto wstał- powiedziałem, uśmiechając się do ukochanej.
- Daj mi go na ręce- odwzajemniła mój gest.
Mały zapiszczał, jednak spodobało mu się to. W pełni rozumiałem go. Mieć taką laskę za matkę...
- Mógłbyś przynieść mi lody?- Zapytała, na co ja nie ukrywałem swojego zdziwienia. Miałem nadzieję, że jej humorki po narodzinach dzieci skończą się. Jednak myliłem się...- Ja w tym czasie nakarmię małego.
- Z bitą śmietaną i polewą czekoladową?
- I do tego jakieś owoce!- Krzyknęła, gdy już opuściłem pomieszczenie. Przynajmniej dzisiaj na zdrowo...
Uwielbiałem ją zadowalać. Ale bez przesady. Czasem już po prostu miałem dość, gdy budziła mnie w środku nocy, chcąc naleśniki, czy też jak w tym wypadku, lody. Ilość zamrożonej wody jaką zjadła, spokojnie mogła zaspokoić wszystkie dzieci w Europie. Jestem pewny, że dobrze wspomogłem jakąś firmę, przekraczając ich roczny przychód, w tydzień.
 Właśnie nakładałem trzecią gałkę do szklanego pucharka, gdy do kuchni weszła rudowłosa. Ostatnio nasze relacje... zmieniły się. Może i na lepsze?
- Nie kłamałam- powiedziała, wręczając mi fotografię.- To twój ojciec z moją matką.
- Cam, mnie to naprawdę nie interesuje. Nawet dobrze nie pamiętam jak on wyglądał. Nie żyje i tyle.
- Nie chcez wiedzieć, skąd wzięły się twoje korzenie? Co tu robili twoi przodkowie, nim przeprowadzili się do Ameryki?
- To przeszłość, a ja nie chce mieć z nią nic wspólnego- wyciągnąłem z lodówki bitą śmietanę, którą polałem po lodach, Tak samo jak czekoladę.- Cholera...- mruknąłem, przypominając sobie o owocach.
- A nie jesteś ciekaw skąd wziął się tamten znak?- Dotknęła mojego ramienia, a ja zadrżałem. Jej zimna dłoń niemal samym dotykiem mroziła krew w żyłach.
- Skąd wiesz o tym znaku?
- Moja matka miała podobny. Mają go nieliczni potomkowie demonów.
- Co on oznacza?
- Określa on, pochodzenie potomka. Jaki demon czuwa nad tobą.
- I co mi to da? Co ma to wspólnego z moim ojcem?
- To, że on był potomkiem Azazela, a twoja matka, też była po części demonem. Masz zbyt dużo demonicznej krwi, jak na zwykłego Łowcę.




SAMANTHA


          Mój mały teatrzyk nie powiódł się. Chociaż Patersowianie uwierzyli mi w to, to Will miał wątpliwości. Jednak został zmuszony, aby mnie uwięzić . Byłam zamknięta w wielkiej komnacie. Oczywiście moje zamknięcie polegało na tym, że bez towarzystwa służki, czy straży, nie mogłam wyjść, poza tą salę. Chociaż tu zmieściłby się mój poprzedni dom, z pierwszym piętrem. Albo po prostu mazaje na suficie dawały takie wrażenie.
            Jedyną karą za to co zrobiłam, była nuda. Nie mogłam znaleźć sobie żadnego zajęcia. Po prostu błądziłam bez celu w kółko. Nawet nie chciało mi się iść kąpać, chociaż odbyłam już dzisiaj pięć takich kąpieli. Serio. Z braku zajęć wołałam służki, aby przygotowały mi kąpiel. Wiem, że narobiłam im dużo roboty przy tym, gdyż oznaczało to także zmianę stroju. Ale chociaż mogłam przez chwilę z kimś pogadać. Nie licząc Will'a, który co chwilę sprawdzał czy żyję w dobrych warunkach. Był to jedynie pretekst, aby ze mną porozmawiać. Trzymałam się swojej wersji. Zabiłam tamtych potworów, ludzi i innych stworzeń, jednak on nie był taki głupi jak myślałam. Wciąż zadawał mi podchwytliwe pytania, abym wpadła. Nie mógł nic zrobić, gdyż winowajca sam się przyznał i tylko czekał, aż trafię do Piekła.
            Zresztą, taki był mój plan. Sama próbowałam się tam przenieść, jednak nie potrafiłam. Coś blokowało moją energię. Widziałam wielką bramę, która po prostu zamykała się przed moim nosem, powodując powrót do tego świata.
          Dzisiaj byłam strasznie nerwowa. Może to dlatego, że właśnie tego wieczora miałam zostać tam wysłana? Co też powodowało, iż wizyty Króla stawały się coraz częstsze.
Zasiadłam przed toaletką i chwyciłam szczotkę, rozpoczynając czesanie swoich włosów. Oczywiście liczyłam przy tym ruchy dłoni. Sto pięćdziesiąt po jednej i drugiej stronie. Oparłam głowę i zimne drewno mebla, wystukując palcami jakiś rytm. Znałam tą piosenkę, jednak nie pamiętałam jej tytułu. Wiedziałam, że przypomnę sobie ją, w najmniej odpowiednim momencie. Uniosłam głowę, spoglądając w lustro i krzyknęłam z przerażenia. Zasłoniłam sobie usta, przez co z mojego gardła wydobył się cichy dźwięk. Odwróciłam się spoglądając na przybysza, a na mojej twarzy mimowolnie zawitał uśmiech.
- Patrick... Co ty tu robisz?
Chłopak zmierzył mnie wzrokiem. Tak, wiem... Wyglądam, jak jakaś stara baronowa w tej kiecce, ale tu niestety innych ubrań nie ma.
- Udało się- wyszeptał, po czym przytulił mnie. Zajrzałam za jego pleców, jednak Ezry z nim nie było. Może i dobrze, że go tu nie ma?- Nie wiem ile mam czasu, więc przejdę do konkretów. Sam, coś ty zrobiła Davinie?
- Jak to co?- Oburzyłam się.- Zmieniłam ją w Łowcę.
- Nikt jeszcze nie przeżył takiej przemiany, a ona nie jest zwykłym Łowcą. Jest... prawie demonem.
Złapałam się za głowę, przypominając tamten dzień, Faktycznie, w pełni nie byłam świadoma tego, co jej robię. Widziałam tylko urywki. To demon ją zmienił.
- Jak ona się czuje?
- Dobrze. Wszystko wskazuje na to, że przemiana przebiegła prawidłowo. Ale martwią mnie jej umiejętności. Ona przypomina... słabszą wersję ciebie.
- Nie! To niemożliwe... prawda? Powiedz, że to kłamstwo i jej nic nie będzie...
- A co miałoby jej być? Sam, ja nigdy czegoś takiego nie widziałem... Ale ty owszem- stwierdził po dłuższym przyglądaniu się mi. No cóż, kłamstwo było tu teraz zbędne.- Wiesz co się z nią stanie.
- Patrick, to nie jest takie proste. Jeśli się nie mylę, chociaż bardzo bym tego chciała, ona zmieni się w jedno z tych bezdusznych żołnierzy. Będzie w pełni oddana mi, gotowa na każdy rozkaz. Nawet na to, aby poświęcić za mnie życie.
Kasztanowłosy opadł na łóżko, opierając dłonie na kolanach. Przez chwilę wpatrywał się w podłogę, nim odezwał się do mnie.
- Dlaczego ty jej to zrobiłaś? Czemu chcesz mi ją odebrać...
- Przepraszam, to naprawdę nie jest moją winą. Obiecuję, że zrobię wszystko, aby ona została z tobą. Myślę, że będę potrafiła uwięzić demona tak, aby nikomu nie zagrażał. Wtedy będę wolna. My wszyscy będziemy.
- A co z Ezrą? Wrócisz do niego? Wiesz, że on cię kocha...
- Ja też go kocham.
- Twój list mówił coś zupełnie innego.
- Gdybym napisała, że go nadal kocham, ale nie możemy być razem, odpuściłby? Czy szukałby jakiegoś sposobu, abym wróciła. Wiem, że jest zdolny do tego, aby poruszyć wszystkie światy, tylko po to, żebyśmy byli razem.- Chłopak przytaknął.- Powiedz mi, jak tam Scott i Amanda? Urodziła już?
- Tak, dzisiaj w nocy. Mamy dwójkę chłopczyków teraz w domu. Dwie dziewczyny i siedmiu facetów. Tak jak sama wykrakałaś- zaśmiał się, a ja jedynie wydobyłam się na uśmiech, aby nie zobaczył mojego niepokoju.- On tęskni za tobą- zaczął, widząc moją minę. Aż tak się zdradzałam?- Codziennie myśli o tobie.
- Myślisz, że ja o nim już zapomniałam? Ja go kocham! Gdybym tylko mogła, wróciłabym, ale to nie jest takie proste.
- Więc pozwól sobie pomóc. Jesteśmy twoją rodziną i możesz na nas liczyć. Znajdziemy sposób, abyś...
- Chce z nim porozmawiać- przerwałam.


          Po kilku minutach, chłopak po prostu zniknął. Wiem, że nie powinnam się z nim dzielić moimi uczuciami, ale po prostu potrzebowałam rozmowy z kimś, kto mnie rozumie. A on doskonale to potrafił. Był idealnym słuchaczem. Nawet jego rady nie były najgorsze. Zrozumiał mnie, że chce, aby nasza rozmowa pozostała w tajemnicy. Nawet to, że zamierzałam do nich przyjść. Nikt o tym nie wiedział, oprócz niego. Mogłam mu zaufać i to zrobiłam. To pozostało między nami. Nasza słodka tajemnica...
        Moje spotkanie z Ezrą będzie... na pewno niezręczne. Informacja, którą chciałam się z nim podzielić, była najgorszą wiadomością, jaką mogłam mu przekazać. Oczywiście on nie będzie świadomy tego. Tylko ja i Śmierć wiemy, co się z tym wiąże.
        Sięgnęłam po kartkę i pióro, które zanurzyłam w atramencie. Kolejny minus takiego świata. Nie cierpiałam pisać piórem. Zawsze brudziłam się atramentem, a moja radość związana z wynalezieniem długopisów, była wielka. Nabazgrałam kilka słów na papierze i zwinęłam go, gdy wyrazy już przeschły. Mały kwadracik schowałam w dłoni. Zamknęłam oczy, skupiając swoją moc. Nie mogłam się przenieść, dlatego te chciałam przesłać wiadomość. Oby się udało.
Skupiona na tym co robię, otworzyłam niewielki portal, do którego wrzuciłam papier. Wir zamknął się w momencie, gdy do pomieszczenia wparowała straż w towarzystwie Will'a.
- Ostatni raz się ciebie pytam, czy jesteś pewna, że to byłaś ty?- Zagadał poważnym tonem.
- Tak. I nie zmienię zdania.
- Dobrze, w takim razie za niedługo zostaniesz przeniesiona- spojrzał na swoich towarzyszy, którzy zrozumieli jego gest i wyszli z komnaty, zamykając za sobą drzwi.- Sam, po co ty to robisz? Obydwoje wiemy, że to nie byłaś ty. Co chcesz przez to udowodnić?
- Że jestem potworem? Że zabiłam więcej ludzi, niż ty widziałeś na oczy? Że wciąż, nieświadomie krzywdziłam swoją rodzinę, przez co omal ich nie zabiłam? Przeze mnie na mojego brata nałożono klątwę. Jeśli tak dalej pójdzie, wszyscy zginą. Oprócz mnie.
Will spojrzał mi w oczy. Jego dłoń spoczęła na mojej talii, przez co przysunął mnie do siebie. Czułam jego oddech na sobie. Dzieliło nas jedynie kilka milimetrów.
- Nie pozwól sobie wejść na głowę. Demony są cwane, ale ty jesteś zbyt inteligentna i silna, aby oni mogli ci coś zrobić. W razie czegoś, to po prostu ich zabij. Odeślesz ich do innego wymiaru.
- Dziękuje, za wszystko. Ty jako jedyny rozumiesz mnie.
- Wiem jak to jest być uważanym za potwora. Ktoś zupełnie obcy potrafi zniszczyć wszystko. A ty jako jedyna mnie rozumiałaś. Nie oceniłaś po pogłoskach, tylko sama postanowiłaś się przekonać, jaka jest prawda.
Nawet nie wiesz jak się mylisz...
Odgarnął mi niesforny kosmyk za ucho i uśmiechnął się.
- Będę tęsknić- powiedział, po czym złączył nasze usta w pocałunku. Nie chciałam go odpychać. Przecież to miał być mój przyszły mąż, więc powinnam być przygotowana do takich gestów. I nie tylko...
- Przecież jeszcze się zobaczymy- odparłam odrywając się od niego.
- Mam taką nadzieję.
Drzwi od komnaty ponownie się otworzyły, a w ich progu stanął Chris. Posłał mi pocieszający uśmiech. Czy Piekło rzeczywiście było tak straszne?!
- Już czas- oznajmij, stając kilka kroków przed nami. Ostatni raz złączyłam nasze usta w pocałunku i ruszyłam za Upadłym.
Tato, nadchodzę.


***

        Mężczyzna wystukał ostatnie dźwięki na klawiszach, po czym opuścił klapę, zamykając białe zęby fortepianu. Od kilku dni chodził cały poddenerwowany. Może było to spowodowane brakiem dusz, które ciało dosyć mocno odczuwało? Albo spotkaniem z kruczowłosą.
Zdecydowanie to drugie. Informacje jakie ujawniła, nieźle go zdołowały. Myślał, że będzie tak łatwo... a tu proszę. Ktoś postanowił dodać swoje pięć groszy. Tym razem było to za dużo. Wszystko się skomplikowało. Ale kiedy?
        Kiedy to wszystko po prostu wyśliznęło mu się z rąk? Przecież był zawsze przygotowany na wszelkie ewentualności. Tylko nie na to, że ona sama zacznie podejmować decyzję. Zawsze kierowała się jego zdaniem. Czasami nawet manipulował nią, jednak ona o tym wiedziała.
Ponownie przejrzał zabraną książkę. Ostatnie kartki wciąż się zmieniały. Ona jeszcze nie podjęła decyzji. Wciąż się wahała. Jednak wiedziała, że cokolwiek wybierze, będzie to oznaczało dla niej śmierć .
       Schował lekturę za szklaną gablotkę, która ukryta była czarami. Zbyt dużo osób potrafiło tu dotrzeć, a ta książka była zbyt cenna, aby ponownie ją stracić. Gdy już zamierzał wyjść z pomieszczenia, zauważył na kanapie zwiniętą kartkę. Otworzył ją czytając treść. Wiedział od kogo jest ten list. Dobrze znał to pochyłe pismo, z zawijasami. Piękne i tajemnicze, tak jak właścicielka. Rzucił świstek, który spadł na podłogę. Nie miał zbyt wiele czasu. Musiał się śpieszyć, inaczej dojdzie do wielkiej tragedii. Zbyt dużo osób umrze, a nawet dla Śmierci, to było za dużo.



Strażnicy gotowi. Demoniczna armia powstaje ~ S



Wilkor- były wilkołak, który został w swojej zwierzęcej postaci, wyrzekając się człowieczeństwa.
________________________________________________________________________________

Hej kochani :* Tak więc, to kolejny rozdział i... miał być ostatni z tej księgi. Jednak stwierdziłam, że pisanie III Księgi nie opłaca się i połączyłam te dwie ze sobą. Jednak rozdziały już nie będą dodawane co piątek. 
W związku z kończącym się rokiem szkolnym, zaczął się czas popraw ocen. Moja choroba dodatkowo zmusiła mnie do wzięcia się w garść. Zrobienie sobie tych kilku dni wolnych od szkoły, nie wyszło najlepiej, ale z gorączką przecież tam nie pójdę. Mam nadzieję, że rozumiecie mnie. Rozdziały są długie, przez co potrzebuję trochę czasu na napisanie tego, jak i wymyślenie. Następny rozdział opublikuję za dwa, lub trzy, tygodnie w piątek :*
Pozdrawiam
Seo.

piątek, 9 maja 2014

Księga II: Rozdział XI

"Ból nas jednoczy. Blizny uczą milczeć..."


 Ponownie zanurzyłam twarz w poduszce. Nie miałam siły, ani ochoty na zrobienie czegokolwiek. Po prostu mój cały idealny świat legł w gruzach. Nawet nie potrafiłam spojrzeć w lustro, gdzie druga ja z zadowoleniem patrzy na ten cały teatrzyk. Wciąż jej pytanie rozchodzi się po mojej głowie. Na co mi to było? Sama nie wiem. Myślałam, że w końcu wszystko się ułożyło. Chciałam tego, ale widocznie oni nie myśleli podobnie. Jak zwykle wracała do poprzednich wydarzeń. Zastanawiało mnie to, jak oni sobie radzą. Czy tęsknią za mną, i czy wszystko z nimi dobrze. Miałam też nadzieję, że moje, jak i uczucia Ezry, były tylko iluzją. Ale wiedziałam co on czuje. Chociaż mogłam przynajmniej mną kierować.
Tak, teraz mogłam. Połączyłam się ze swoim demonem. Nadal nie wiedziałam jak to zrobiłam. Czułam, że to idealny moment. Moja, a także jego moc, ujawniła się w tym samym czasie. Może to dzięki małej pomocy Lukasa? Jeśli chodzi o tą małą rudą gnidę, to zawiodłam się na swoim instynkcie. Jak mogłam go nie wyczuć? Ezra także tego nie zrobił, więc chyba jestem jakoś usprawiedliwiona. Prawda?
Prychnęłam.
 Tylko, że ja nie jestem taka jak on. Jestem silniejsza. Bardziej niebezpieczna. Całe życie walczyłam z tymi istotami, nie wiedząc czym tak naprawdę są. Demony, półdemony, czy wysłannicy z Piekła. Wszyscy byli dla mnie tacy sami. Najważniejsze jednak było to, aby ich zabić. Wcześniej mogłam to jakoś kontrolować. Nie byłam tego świadoma, ale teraz znam każdą swoją, jego ofiarę, która zginęła, aby ten mógł przetrwać. Zamykając oczy widziałam nowe twarze, wraz z ich końcem. To wszystko było jednym, wielkim koszmarem, z którego nie mogłam się wybudzić. A chciałam, i to bardzo...
 W końcu ze spuchniętymi od łez oczami, dałam całkowity upust emocjom. Jeszcze kilka dni, a zmienię ten pokój w mini basen... Na szczęście, w końcu usnęłam.

- Proszę wstać, Pani- odezwał się cichy głos kobiety tuż nad moim uchem. Niechętnie przekręciłam się na drugi bok i zgromiłam ją niemiłym spojrzeniem. Przeszkodziła mi w takim przyjemnym śnie... Musiałam powrócić do rzeczywistości. Chociaż nie wiem, jakbym tego nie chciała...
- Nie chce- odparłam, w nadziei, że może to coś da. Jednak wiedziałam, że się mylę.
- Musi Pani wstać. Nie można tyle przeleżeć w łóżku. Szkoda życia- odparła ściągając ze mnie koc. Odparłam jej nieprzyjemnym mruknięciem.
- A jeśli ja nie chce żyć?- Służka przez chwilę się zawahała. Widziałam niechęć w jej spojrzeniu.
- Dlaczego nie chcieć żyć? Przecież nasze życie to dar, którego nie powinniśmy marnować. To co robimy, czujemy, zmienia także innych. Jeśli nie ma Pani ochoty żyć dla siebie, powinna pomyśleć o innych. Ile radości wniosłaś w ich istnienia. Dałaś im nadzieję na lepsze. To powinno Panią zmotywować.
- Masz rację, przepraszam- przyznałam, a ona z lekkim szokiem patrzyła na mnie. Przyszła Królowa, która przeprasza swoją służbę? Rzadko spotykane, o ile w ogóle ktoś się z tym spotkał.- Możesz przygotować mi kąpiel?

 Woda jak zwykle mnie oczyściła mój umysł oraz ciało. Czułam się jak nowo narodzona. Przez chwilę nic się dla mnie nie liczyło. Świat po prostu nie istniał.
- Gdzie jest Will?- Zapytałam, gdy ta zawiązywała mój gorset. Wbrew temu co mówią, był on nawet wygodny. Można się było do niego przyzwyczaić.
- Król jest na spotkaniu z naszymi gośćmi. Mają kilka spraw do omówienia, więc nie prędko skończy się ich narada.
- Jacy goście?- Kolejna warstwa czerwonych falbanek została nałożona na moją spódnicę. Teraz nie dziwiło mnie to, że kiedyś kobiety po prostu mdlały. Te suknie były cholernie ciężkie. I strasznie wpinały się w brzuch.
- Przybyli przedstawiciele Patersu. Ich Król wysłał swoich ludzi w sprawie jakiś morderstw. Za wszystko obwinia naszego Króla Will'iama, ze względu na jego umiejętności.
- Masz na myśli ciała pozbawione dusz?
- Nie wiem, chyba. Słyszałam tylko plotki, że zrobił to jeden z naszych ludzi, ale mogę się...
Czym prędzej wybiegłam z komnaty. Skoro trwała narada, ja musiałam tam być. Przecież ja też miała związek z tymi atakami. To była moja wina, że znalazł się jakiś głupiec, który pragnął mojego demona. Nawet nie wiedział na co się szykuje.
Usłyszałam za sobą wołającą mnie służkę. Zwolniłam krok, jednak nie zatrzymałam się. Cały czas kierowałam się do sali, w której oni się znajdowali. Chociaż nie miałam pewności, że zastanę ich akurat w tym pomieszczeniu.
- Pani! Nie możesz tam wejść i im przeszkodzić!
- Jestem Księżniczką, przyszłą Królową tego świata, więc chyba wiem co mogę! -Warknęłam na nią zła. Odgarnęłam kosmyki włosów, które przypadkowo okalały moją twarz i rozglądnęłam się, szukając właściwej i najszybszej drogi.
- Kobietom zakazane jest uczestniczyć w tego typu naradach. One muszą...
- Po prostu pięknie wyglądać i godzić się na wszystko co ich mężulkowie chcą. Tak? To właśnie miałaś na myśli?
- Nie- zmieszała się, nie wiedząc co powiedzieć. Moja bezpośredniość lekko ją zaszokowała. Niestety, nie wyglądałam na typową Królową. I tak też się nie zachowywałam.- Chciałam Pani powiedzieć, że wrócą dopiero na kolację, gdyż każde ich spotkanie zaczyna się od wspólnego polowania. To taka tradycja...
Och... No to nieźle namieszałam. Zatrzymałam się na chwilę, zastanawiając co dalej zrobić. W końcu musiałam z nim pilnie porozmawiać, ale do wieczora było jeszcze dużo czasu i nie miałam ochotę marnować go na leżeniu i użalaniu się nad sobą.
- Dobrze- westchnęłam- więc będę czekała w bibliotece. Poinformuj mnie kiedy wrócą i przynieś coś do jedzenia. Dla dwojga.



 Nie licząc własnej komnaty, biblioteka była moim ulubionym pomieszczeniem. Książki zastępowały mi ludzi, z których i tak nie było żadnego pożytku. Przeważały ich pod wszystkimi względami. Szczególnie zawartą w nich wiedzą. Znalazłam potrzebne egzemplarze i w spokoju czytałam ich zawartość, łącząc własne informacje w całość. To, że demon użyczył mi trochę swojej mocy, nie znaczyło, że od razu zdradzi swoje tajemnice. Wciąż zastanawiało mnie dlaczego wtedy wrócił? Był w pewnym sensie wolny. Przez dwa lata błądził po różnych światach. Jedynie co z tego pamiętałam, to wizyta w Piekle. Znalazł się w jaskini, w której chociaż na chwilę odzyskałam świadomość. W ciemnościach widziałam błękitny, lśniący napis, rozprzestrzeniający się na ścianach. Czułam jego radość związaną z tym miejscem. Ale miałam wrażenie, że się tego także boi tego miejsca. Jakby wcześniej znajdowało się tu jego więzienie, w którym gnił przez ostatnie setki lat. Co on teraz planował? I do czego byłam mu potrzebna, skoro nie chciał władzy nad moim ciałem?
- Widzę, że znowu jesteś tu więziona- odezwał się Śmierć, wyrywając mnie z własnych rozmyśleń.
- Nie jestem tu uwięziona- odparłam, odkładając książkę na własnoręcznie rzeźbionym stole. Lwy pod szklanym blatem bezczelnie na mnie spoglądały.
- Wiem. Rozmawiałem ze Scott'em i opowiedział mi o twoim odejściu. Za to Ez...
- Śmierć- przerwałam mu.- Nie interesuje mnie to, co się z nimi dzieje. To koniec. Wszystko minęło.
- Więc, po co mnie wezwałaś? Skoro oni cię już nie interesują...
- Nie dokończyliśmy naszej ostatniej rozmowy. Myślę, że teraz to odpowiedni moment.


EZRA


 Ponownie wbiłem wzrok w kartkę. Nie było dnia, abym nie przeczytał zawartych na niej słów. Co zrobiłem źle? Kochałem ją ponad wszystko. Cały świat mógł ulec zniszczeniu, byleby tylko ona była przy mnie. Dlaczego byłem aż tak ślepy, że nawet nie zauważyłem tego fałszywego uczucia? Teraz przyszło mi za to zapłacić. Najchętniej skończyłbym ze sobą i tym całym gównem. Ale to właśnie jest kara za nieśmiertelność.
Zanurzyłem usta w tym palącym trunku. Ostatnie dni tylko dzięki niemu jakoś funkcjonowałem...
- Dosyć tego!- Zawołał kasztanowłosy, wyrywając mi szklankę z dłoni. Napotkał się z moją skwaszoną miną, jednak butelka też została mi odebrana.- Staczasz się człowieku! Nie mogę dopuścić, abyś do końca spadł! Musisz w końcu przejrzeć na oczy. Skoro odeszła, nie była ciebie warta.
- Ona? Chyba ja nie byłem jej wart! Co sobie myślałem związując się z Księżniczką? Ja, prosty, były strażnik jej królestwa...
- Daj już z tym spokój- odparł znudzony, opadając obok mnie.
- Masz rację. To już koniec. Mam zamiar jeszcze dzisiaj stąd się wynieść.
- Ezra... Po co ci to?
- Nie mogę zostać tutaj, gdzie wszystko mi ją przypomina. Widzę ją na każdym kroku, dlatego chce zacząć wszystko od nowa.
- Nie możesz- pokręcił przecząco głową.- Tu masz rodzinę, przyjaciół. Zawsze byliśmy razem. Od małego nie rozstawaliśmy się. Nigdy nie zapomnę jak wstawiłeś się za mnie na Dworze Królewskim. Nie znałeś mnie, a postanowiłeś wstawić się w mojej obronie.
- Pamiętam to- uśmiechnąłem się, wspominając tamten dzień.- Nie dość, że dostałem kilka batów od strażników, to w domu ojciec poprawił. Jednak to nie zmienia faktu, że i tak chce stąd wyjechać. Z wami, czy też bez was.
- Ezra...- zaczął niepewnie.- Zanim Samantha...- to piekielne imię, wywołujące tyle pozytywnych, jak i negatywnych we mnie emocji.Dlaczego nie może dać mi spokoju? -... odeszła, spotkała się z Daviną. Gdy już miała do ciebie jechać, zniknęła na dwie godziny. Z domu Dav do parady, jest jakieś dziesięć minut drogi.
- Może pojechała do tej rudej łajzy ze sklepu?
- Sprawdziłem to. Lucas nigdy tam nie pracował. On po prostu nie istnieje.
- Wiesz, niezbyt mnie to teraz interesuje. Było minęło. Nie ma jej, jego też, więc mam to gdzieś-wstałem, chcąc zabrać się za pakowanie. Chciałem jak najszybciej stąd odejść.
- Jest jeszcze coś- powiedział, przez co zatrzymałem się w bezruchu.- Samantha zmieniła Davinę w Łowcę.
- Przecież to niemożliwe...- szepnąłem pod nosem. Jednak chłopak to usłyszał.
- Owszem, na początku też tak myślałem. Jednak potem przeprowadziłem kilka badań.
Ze znużeniem słuchałem jego opowieści. Szczerze, to nie obchodziło mnie co się z nią stanie. Skoro ona stała się jedną z nas, musiała wiedzieć na co się pisze. Patrick wiele razy jej wyjaśniał co się z tym wiąże, a to, że stała się Łowcą, to już jej sprawa. Powinna tylko dziękować, że przeżyła przemianę. Nikt wcześniej tego nie dokonał.
- Nie znamy całej historii Królewskiego Rodu. Może właśnie ta przemiana należy do ich umiejętności? Przecież wiesz, że na ich temat sporządzono tylko jedną, za to niewielką, księgę.
- Tak, wiem. Ale w niej i tak nie było nic wspomniane o przemianach. Nie takiej bynajmniej.
- A jakiej?
- Ona zmienia się tak jak Samantha. Podejrzewam, że ma w sobie część jej demona...
- Czekaj- przerwałem, nagle zyskując zainteresowanie tą rozmową.- Jej część żyje w Davinie? Ona też będzie opętywana przez demona?!
- Nie, ale wygląda na to, że nasza Sam szykuje się na wojnę. Davina jest jednym z jej żołnierzy. Stworzyła nowy, lepszy i przede wszystkim silniejszy gatunek niż nasz. Myślę, że Chris miał rację. To ona stoi za tymi wszystkimi zabójstwami.


SAMANTHA


- Pamiętasz, gdy byłaś jeszcze dzieckiem, zabrałem cię w pewne miejsce. Dom wypełniony portretami.

- Tak, pamiętam. Ale co to ma do rzeczy? Przecież to byli tylko...
- Podobni do siebie ludzie? To ja to stwierdziłem. Zapytałem cię wtedy, dlaczego oni wyglądają tak samo.
- Nie są tacy sami, tylko podobni, więc muszą pochodzić z tego samego świata- uprzedziłam jego wypowiedź.
- Sądziłaś, że są z Piekła, gdyż nie wiedziałaś o innych światach. Ale myliłaś się częściowo. To byli zwykli ludzie. Przynajmniej kiedyś. Ja też należałem do nich, zanim stałem się Śmiercią. Tak samo jak ty.
- Przecież ja nie jestem człowiekiem.
- Byłaś. Gdy Lilith zostawiła cię u mnie, nie byłem pewien czy dostrzegasz istot nadnaturalnych, więc oddałem cię pod opiekę ludziom. Obserwowałem w ukryciu, jak mijają cię krasnale, gnomy, a ty nic nie dostrzegałaś. Póki nie skończyłaś czterech lat. Złapałaś wróżkę i oderwałaś jej skrzydła. Dlatego też masz na kciuku bliznę w kształcie małego zawijasa. To znak po ugryzieniu przez wróżkę...
Spojrzałam na moją bliznę i uśmiechnęłam się pod nosem. No tak. Cała ja... Urocza i niebezpieczna od urodzenia.
- Na każdym obrazie znajdowała się dwójka ludzi. Zawsze obrazy przedstawiały kobietę i mężczyznę- wtrąciłam, chcąc uzyskać jak najszybciej odpowiedź na męczące mnie od kilku dni pytanie.
- Śmierć to postać żyjąca od wieków. Pod koniec kadencji wybiera się nową parę, która będzie kontynuowała ich dzieło. Zwykle wytrzymywali sto, czasem dwieście lat. Wiesz, nie każdy wybrany uwielbia patrzeć na śmierć innych. Niestety, akurat mi się to podoba, więc wciąż jestem tym kim jestem. Wiem, że ty to rozumiesz. Ta przyjemność odczuwana podczas oddzielania duszy od ciała. Uczucie spełnienia...
- Nie!- Przerwałam stanowczo.- Ja tego nie cierpię! To mój...
- Demon?- Dokończył za mnie, przerywając mi.- Nie Sam, to ty. On to tylko w tobie wzmaga. Każdy z moich poprzedników też miał w sobie takiego demona. Ja też, tylko z czasem można nad nim zawładnąć. Ale masz po części rację. Ty jesteś inna. Nie rozumiem dlaczego twój demon jest tak silny, że potrafi zawładnąć twoim ciałem. Możne to dlatego, że sama jesteś demonem? Nie słyszałem jeszcze, aby kiedyś jakiś demon miał własnego potwora w sobie.
Pod wpływem emocji, wstałam i udałam się do jednej z gablot, z której wyciągnęłam wcześniej przeczytaną książkę i podałam ją mojemu przyjacielowi. Wcześniej chciałam sama do tego dojść, jednak teraz zrozumiałam, że potrzebuje pomocy. Czytał w milczeniu, a mi z każdą sekundą robiło się coraz bardziej niedobrze. Wszystkie emocje zmieszały się ze sobą, tworząc naprawdę wybuchową mieszankę. Wystarczył jeden zły ruch i...
- Jesteś tego pewna?- Zagadał chłopak odrywając wzrok od lektury.
- Nie. Ale to jedyne co znalazłam. Po części się zgadza. Demon odegrał swoją rolę, ale reszta się nie spełniła. Tam jest napisane, że każdego nosiciela chronią dwaj potomkowie Azazela, który tuż przed upadkiem zawarł pakt z Diabłem, w zamian za jego skrzydła, miał on chronić jego potomków.
- Tylko niektórych. Diabeł przysiągł chronić jego potomków, tylko jeśli z jednego płodu wyjdą dwoje dzieci.  Zawsze rodziło się jedno, drugie albo było martwe, albo po prostu nie istniało. Po wojnie w Cerisie główna linia zniknęła.. Will nie zważał na to kogo zabija.
- Więc to nie może być prawda?- Westchnęłam.- To znaczy, że to zwykła pomyłka...
- Nie. Jego potomkowie żyją, a to, co tu jest napisane to prawda. Nie wiem skąd wzięłaś tą książkę. Powinna być w moim domu... Ale nieważne. Ona opisuje każdego dziedzica daru życia i śmierci. To są historie moich poprzedników, jak i zastępców. Jeśli nie będziesz miała nic przeciwko, zabiorę ją ze sobą. Jest zbyt cenna.
- Gdy ją pierwszy raz zobaczyłam, tych ostatnich stron nie było. Ona żyje własnym życiem, prawda? I kończy się na mnie. Na nas- poprawiłam- Ale to wszystko nie ma sensu...
- Sam, zobacz . To nie jesteś ty, tylko twoje dziecko. Ty jesteś martwa.
Cisza i ciemność. Teraz tylko to było mi potrzebne. Chciałam uciec od tego wszystkiego, choć wiedziałam, że problemy nie znikną. To będzie nadal się za mną ciągnąć.
- Sam? Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blada- stwierdził przyglądając się mi. 
- Ty znasz jego potomków, prawda? Wiesz kim są.- Śmierć skinął głową.
- Ty też ich znasz.
Chwila milczenia ciągnęła się wiekami. Kim oni byli? I czy to wszystko jest prawdą? Przecież, skoro oni wciąż żyli, powinni być przy mnie. Przecież to moi strażnicy...
- To Scott.- Oparłam się o zimną, szklaną szafkę.- Śmierć musisz mi pomóc.
- Nie mogę. To wbrew zasadom, abym dobrowolnie mieszał się w czyjeś sprawy.
- On będzie miał dwóch synów, a moje dziecko odziedziczy demona, który zniszczy je. On sam zrówna wszystko z ziemią, lub zamieni nasze światy w Piekło.
- Sam, ja naprawdę nie mogę...
- Nie musisz. Chce zawrzeć z tobą umowę. W zamian za moją duszę.


EZRA

 Wieczór jak zwykle się dłużył. Zresztą, ostatnio każdy dzień taki był. Odkąd Sam odeszła, byłem nikim. Nic nie wartym zdrajcą, który teraz musiał się ukrywać. W zasadzie to nie było nic strasznego. W tym momencie to był mój najmniejszy problem. Potrzebowałem rozmowy z ukochaną. Chciałem ponownie zobaczyć jej uśmiech, po którym po prostu wiedziałem, że wszystko będzie dobrze. Poczuć jej ciepły dotyk, który wywoływał przyjemne mrowienie w moim ciele. Czułem się wtedy jak jakiś gówniarz, który denerwował się przed pierwszą randką. Każdy nasz pocałunek, był jak pierwszy. Gdy była przy mnie, odczuwałem wszystko mocniej. Intensywniej. A teraz? Chociaż wiedziałem, gdzie się znajduje i jak tam się dostać, nie potrafiłem tego zrobić. Bałem się spojrzeć jej w oczy i usłyszeć te słowa, które zapisała na kartce, z jej ust.
 Wciąż łudziłem się, że ona wróci. Powie, że to wszystko było głupim żartem, a ja będę mógł ją przytulić. Dotknąć jej jedwabistych włosów i poczuć zapach waniliowego szamponu, którego używała. Cholernie za nią tęskniłem. Wszystkie smutki topiłem w alkoholu, który na dłuższą metę, i tak już nie wystarczał.
 Drzwi do mojego pokoju zostały otwarte, niemal wyrwane z zawiasów. Leniwym wzrokiem spojrzałem na przybysza, wylewając przy tym zawartość szklanki do mojego gardła. Piekło niemiłosiernie. Blady Tonny rozejrzał się po pokoju, nim natrafił na mnie. Jemu zapewne też przydałaby się szklanka Whisky, a raczej cała butelka.
- Widziałeś Patricka?!- Wrzasnął zdenerwowany.
- Ta, jest na strychu. Szuka jakieś mikstury, która ma...
- Amanda rodzi!- Krzyknął, przerywając mi. Rzuciłem się pędem po kasztanowłosego, a gdy już go znalazłem, chwyciłem za koszulkę, przerzucając przez ramię i udałem się do dziewczyny, tłumacząc mu po drodze zaistniałą sytuację. W Cerisie wiele razy towarzyszyłem przy porodach, dlatego też wiedziałem co było przy tym potrzebne. Zostawiłem go z blondynką, która siedziała na kanapie, głośno oddychając, i zacząłem sprowadzać potrzebne rzeczy. Woda, ręczniki i moja ręka, którą miażdżyła dłonią Amanda.
- Gdzie jest Scott?!- Warknąłem zły. To on powinien tu siedzieć zamiast mnie. Ja nigdy nie opuściłbym porodu własnego dziecka. Chociaż teraz nie musiałem się tym przejmować. Moja jedyna miłość odeszła. Jeszcze trochę i moje człowieczeństwo dołączy do niej. Drzwi ponownie z hukiem zostały otwarte, a ja zakląłem pod nosem. Co to kurwa jakiś bar, że tak trzaskają? Oczywiście, jaśnie pan ojczulek się zjawił. Wstałem, a moje miejsce zajął Scott. Wyszedłem i zająłem jedno z wolnych krzeseł na korytarzu. Tonny już grzał tam swoje miejsce. Słyszałem krzyki Amandy, które omal nie rozwaliły mi bębenków. Chłopak też się skrzywił na ten dźwięk.
Uśmiechnięty Natte dołączył do nas. Nie wiem czemu, ale miałem ochotę wybić mu ten wyszczerz z twarzy. Chciałem tak po prostu się na kimś wyżyć.
- Amanda rodzi?- Zapytał po kolejnej fali krzyków blondynki.
- Nie kurwa, ciasto piecze- fuknął Tonny. Dziękuje! Jak widać nie tylko mi działał na nerwy.
- Ej! Spokojnie stary! Wiecie, że jeszcze nigdy nie byłem przy porodzie dziecka? Jakoś niezbyt...
- Teraz masz szanse- wtrącił Patrick, wyłaniając się z pokoju.- Potrzebuje jeszcze jedną parę rąk.
Oczywiście Natte skorzystał z okazji i po chwili obydwoje zniknęli za drzwiami. Nim dobrze się ociągnąłem, usłyszałem wołającego mnie Patricka. Wszedłem do pokoju i ujrzałem nieprzytomnego chłopaka na podłodze.
- Co mu zrobiłeś?
- Kazałem podać ręcznik- odparł niewinnie lekarz. Zaśmiałem się, jednak przestałem, widząc rozwścieczony wzrok blondynki.
- Dobra, bierzmy się do roboty- powiedziałem i minąłem nieprzytomne ciało przyjaciela,kierując się do łóżka.
Demony to potrafi zabijać, a trochę krwi potrafi go załatwić...

SAMANTHA

 Rozmowa ze Śmiercią wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie. Miałam więcej pytań niż wcześniej. Czy rzeczywiście mój los był już przesądzony? Oczywiście, że nie.
To ja musiałam podjąć decyzje związaną z moją przyszłością. Ja albo oni. Wybór był prosty. Ale co dalej? Niestety Śmierć nie mógł mi w tym pomóc, gdyż jak to on stwierdził, „obowiązki wzywają”. Jaka była prawda, tego nie wiem, ale czułam, że kłamie. Tylko, że ja również miałam kilka spraw do załatwienia. Służka zapowiedziała moją wizytę Królowi, i właśnie teraz, zmierzałam do niego, prowadzona przez straż zamkową. Mijaliśmy nieznane mi części zamku. W zasadzie ledwo co znałam ten budynek. Jedynie potrafiłam trafić do kuchni i biblioteki. Resztę drogi do poszczególnych sal, po prostu zapomniałam.
 Weszliśmy do komnaty, w której panował półmrok. Przed wielkim kamiennym stole siedział Will, na podobnym do tronu krześle. Zauważyłam, że było tu trzy razy więcej strażników niż w innych pomieszczeniach. Trzech młodych mężczyzn było zwróconych do mnie tyłem. Zwolniłam swój krok widząc blondyna między nimi. Ezra? Ale co on tu robił?! Gdy mężczyzna się odwracał, czas jakby zwolnił. Sekundy zmieniły się w godziny, a minuty w wieki. Jak to możliwe, żeby on...
 Wypuściłam głośno powietrze. To nie był on. Poczułam ulgę, a może jednak nie? Może chciałam żeby on tu był. Przytulił mnie i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Z jednej strony chciałam tego. Chciałam wiedzieć, że on się nie poddał i wciąż o mnie walczy, ale po jaką cholerę miałby to robić? I tak nie wrócę, a on będzie żył w złudzeniu. Żałosnej iluzji, która nic innego nie przyniesie, niż ból. Lepiej żeby go tu nie było. Ułoży sobie życie z kimś innym. Tak będzie lepiej, dla nas...
Kogo ja oszukuje? Ja go KOCHAM!
- Samantho, proszę poznaj ambasadora Patersu, Itherla i jego strażników- odezwał się Will.
- Księżniczko- powiedział blondyn, po czym uklęknął. Gestem ręki nakazałam mu wstać.
- Co cię tu sprowadza?- Zwrócił się do mnie Król.
- Szukacie osoby odpowiedzialnej za śmierć waszych ludzi, jak i ziemskich- zaczęłam, jednak zaraz blondynek bezczelnie mi przerwał.
- Tak i  znajdziemy sprawcę. Wpadliśmy na trop...
- To ja- przerwałam tą bezsensowną paplaninę.- To mnie szukacie.
- Sam, proszę przestań. To nie są żarty. Osoba odpowiedzialna za te morderstwa zostanie unicestwiona i trafi do Piekła. Nie mamy czasu na zabawę..- zamilkł widząc mój wyraz twarzy. Czułam wzrok wszystkich w pomieszczeniu. Tak, jak chciałam.
 Skupiłam się na swojej, jak i demona, mocy. Przepływająca przez moje ciało energia, łaskotała miejscami, lecz w sercu czułam jak igiełki, wbijają się jedna po drugiej. Po prostu rozszarpywały je. Szczęście demona rosło, a ja coraz bardziej cierpiałam. Zamknęłam powieki, a gdy je ponownie otworzyłam, moje oczy stały się czarne. Wyrażały bezdenną pustkę. Wyciągnęłam rękę w stronę jednego ze strażników, a następnie z powrotem zbliżyłam ją do ciała, ściskając otwartą dłoń w pięść. Strażnik upadł na podłogę i zaczął wić się w agonii. Z jego oczów wydostawała się krew, tworząc wielką, szkarłatną kałużę na marmurowej podłodze. Gdy chłopak zdołał podnieść się na kolana, kolejna fala bólu zaatakowała go. Tym razem ucierpiały jego włosy, które wraz ze skórą, wyrywał, próbując dostać się do źródła bólu. Jednak nie potrafił tego. Był zbyt słaby, aby się obronić przede mną. A ja byłam w swoim żywiole.
- Sam, przestań- usłyszałam tak bardzo utęskniony głos. Zamknęłam powieki, a moja dusza opuściła ciało. Byłam teraz jednym z widzów, przyglądającym się tej scence. Blondyn stanął tuż obok mnie, a następnie przytulił mnie.
- Ty nie jesteś taka- wyszeptał.
- Właśnie, że jestem!- Wrzasnęłam, odrywając się od niego.- Ezra, spójrz- ujęłam jego twarz w dłoniach i zmusiłam go, aby odwrócił się w moją stronę.- Popatrz na moją twarz. Ja żyje tym. Stworzono mnie, abym zadawała tylko ból i to właśnie robię.
- Wróć do domu. Do swojej rodziny. Do mnie. Wszyscy tęsknimy za tobą.
- Zrobiłam coś strasznego- wyznałam.- Wiem, że jeśli ty się o tym dowiesz, znienawidzisz mnie.
- Nigdy tego nie zrobię. Wiesz, że cię kocham.
- Jesteś zwykłą iluzją, prawda? Moim sumieniem. Myślisz, że wywołasz u mnie współczucie, żal, jeśli zmienisz się w niego? Tu się mylisz, a teraz patrz- powiedziałam, wracając do swojego ciała. Chłopak dalej wrzeszczał z bólu, co mnie zaczęło irytować, więc po prostu postanowiłam skrócić jego cierpienie. Podeszłam i wbiłam szpony, które wyrosły z moich palców, w miejsce jego serca. Czarny dym, zmieniający się w nitki, wiły się po mojej dłoni, pochłaniając jego dusze. Bezwładne ciało, po prostu spadło na ziemię.
- Teraz mi wierzysz?- Zapytałam z kpiną w głosie. Spostrzegłam znieruchomiałych ze strachu wysłanników z Patersu. Żałosne...trochę krwi i koniec jego gburowatej kadencji?
- Widziałem ciała pozostawione przez niego. One wyglądał, jakby spały, a to, to jest po prostu pokaz twoich zdolności. Wiem do czego jesteś zdolna i nie wierzę, że to ty- odparł pewny siebie Król. No tak, nie przemyślałam tego, ale wszystko da się naprawić...
- To uwierz- powiedziałam oschle, po czym każdy strażnik znajdujący się w komnacie, padał na podłogę. Czarny dym błądził po podłodze, kierując się do mnie. Puste ciała, nie były niczym naznaczone. Chciał śpiących ludzi, to ma. A ja przynajmniej zaspokoiłam swój wewnętrzny głód.


SCOTT

 Krzyki mojej ukochanej można było usłyszeć na kilometr. Poród był ciężki i bolesny. Gdybym tylko mógł jakoś przenieść to na siebie...
Byłem szczęśliwym ojcem, który trzymał w jednej ręce pierwszego, swojego syna. Ta mała kruszynka także nie pozostawała dłużna mamusi i próbowała dorównać jej krzykiem. Druga dłoń była ściskana przez Amandę. Przynajmniej tak mogłem jej jakoś pomóc.
- Dasz radę kochanie, jeszcze tylko trochę- powtarzałem, próbując dodać jej otuchy.
- Ty pieprzony zapładniaczu- warknęła między krzykami.- Cholerny dupek! Następnym razem to ty będziesz rodził!
- Nie myślałem o kolejnych dzieciach, ale możemy to obgadać, jak tylko urodzisz to- uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czubek głowy.
- Scott- zawołał kasztanowłosy, pełniący rolę położnej. Camill podeszła do mnie i wzięła dziecko, aby je przemyć.- Idź do szklarni po krew Samanthy.
- Patrick, co się dzieje?- Zapytał zatroskany szwagier. O! W końcu coś go ruszyło!
- Dziecko odwrócił się bokiem. Musimy przeprowadzić cesarkę, inaczej ono zginie.
Nie potrzebowałem więcej informacji. Biegłem jak poparzony. Nie mogłem do tego dopuścić. Nie teraz kiedy był już prawie koniec...
Przeskoczyłem przez bajerkę i już znajdowałem się na parterze. Trzasnąłem drzwiami, które zapewne wyrwałem z zawiasów i już znajdowałem się w jego szklarni. Minąłem czerwone kwiaty, które zaczęły na mnie dziwnie syczeć. Otworzyłem apteczkę znajdującą się na ścianie i wywaliłem jej zawartość, ukazując białą, kwadratową ściankę. Wyrwałem ją i ujrzałem niewielką lodówkę, z torebkami z krwią. Chwyciłem odpowiednią i wróciłem do Amandy. Jej krew działała na nas leczniczo, dlatego też od czasu do czasu oddawała swoją ją dla nas. Zastałem tacę pełną jakiś narzędzi i zbladłem. Amanda uśmiechnęła się do mnie słabo, a ja podałem im krew.
- Chodź-zawołała rudowłosa, ciągnąc mnie za rękę w stronę wyjścia,.
- Nie mogę. Chce zostać z Am.
- Musisz wyjść- zwrócił się do mnie lekarz.- Nie możemy ryzykować.
- Idź kochanie- odezwała się blondynka.- Dam sobie radę, a ty zajmij się naszym dzieckiem... Idź, albo sama cię stąd wykopie- dodała widząc moje wahanie.
Niechętnie opuściłem pokój wraz z Camill. Wyczyściliśmy mojego syna z resztek krwi na ciele, a następnie dziewczyna ubrała go, gdyż ja bałem się, że mogę zrobić mu krzywdę. Mały usnął na jej rękach, więc wsadziła go do łóżeczka. Patrzyłem jak spokojnie śpi, a jego klatka piersiowa unosiła się do góry, aby potem delikatnie opaść. Czarne kędziorki wyróżniały się na tle niebieskich bodów. 
- Więc, jak będzie miał na imię?- Zagadnęła młoda gosposia.
- Tyler Tuvel Blackwigh.
- Blackwigh?- Powtórzyła zdziwiona.- Czy ty jesteś synem Roberta Blackwigh'a?
Spojrzałem na nią zdziwiony.
- Skąd znasz mojego ojca?


_________________________________________________________________________________


Hej :* Wiem, że rozdział późno, ale dopiero co skończyłam go przepisywać. Oczywiście jak to ja, musiałam też coś dodać, w niektórych miejscach :d  Nie czytałam go, tylko od razu dodaję. Za wszelkie błędy przepraszam. Co do rozdziałów na waszych blogach... Przepraszam, jeśli nie skomentowałam i postaram się to nadrobić w następnej notce!
Pozdrawiam :*
Seo.

sobota, 3 maja 2014

Księga II: Rozdział X

„Nie stworzono mnie aniołem, dlatego tak bardzo cierpiałam gdy wyrastały mi skrzydła”.




EZRA





 Po powrocie z zakupów, zastałem Sam śpiącą w naszej sypialni. Ostatnio często zauważyłem, że nie jest z nią za dobrze. Ból głowy był jej nierozłącznym towarzyszem. Nie podobało mi się to, ale co mogłem zrobić? Demon nie chciał ją opuścić, a ja byłem pewny, że to jego sprawka. Osłabiał jej ciało, aby w pełni przejąć kontrole nad nią. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Ja nie mogłem znów jej stracić...

 Nie wierzyłem w oskarżenia Chrisa. Ona nie byłaby do tego zdolna. Natte i Patrick mnie poparli, jednak Tonny przytaknął upadłemu. Nie rozumiałem go. W ciągu ostatnich tygodni nie był w najlepszym stanie. Wciąż udawał przed nami, że jest wszystko w porządku, jednak ja widziałem, że tak nie jest. 
Podczas skręcania kupionych mebli, opowiedziałem Scott'owi o zaistniałej sytuacji. Był wściekły, że dopiero teraz go o tym informuje. W sumie, miał rację. Wszyscy byliśmy zagrożeni, a teraz dla niego najważniejsze było dobro rodziny. 
- Musimy porozmawiać ze Śmiercią- stwierdził chłopak wyciągając kolejne półki. Kupiliśmy zestaw biało-brązowych mebli. Kolor był uniwersalny, dlatego też pasował do dziewczynki jak i chłopczyka. Chociaż według mnie to był głupi pomysł, aby poczekać z płcią. Co to za różnica? Prędzej czy później i tak się dowiedzą. Przynajmniej nie byłoby problemu z kupnem mebli...
- Próbowaliśmy się z nim skontaktować, ale nie odpowiadał. Po tym jak zostawił nas na Cyprze kontakt się urwał. Może ty spróbujesz? No wiesz... w końcu mieszkaliście razem przez ostatnie dwa lata, więc jakoś może...
- Nie ma sprawy- uśmiechnął się chłopak.- Spróbuje dzisiaj wieczorem. Ale co on może w tej sprawie nam pomóc?
- Nie w tej- pokręciłem głową.- Może będzie wiedział jak pomóc Sam? Niepokoją mnie te jej objawy.
- Ezra- ciemnowłosy głośno wypuścił powietrze.- Nie wydaje mi się, żeby jej coś było. Znam ją i wiem kiedy udaje. Może demon próbuje ją osłabić, ale bez przesady- stwierdził z kaprysem.- Ona coś przed nami ukrywa.
- Co masz na myśli?- zaniepokoiłem się.
- Chodzi mi o to, że coś kombinuje. Nie jestem pewny, ale myślę, że ona nie jest do końca z nami szczera. Owszem, może i wybaczyła nam te kłamstwa, ale w głębi coś ją gryzie. Martwię się o nią...
- Ja też- przytaknąłem.- Dlatego myślę, że może on nam w czymś pomoże. W końcu zna ją dłużej od nas...
- Może masz racje. W takim razie i tak z nim wieczorem porozmawiam, a ty z nią – podszedł do mnie i pomógł przenieść skręcony mebel. Chociaż sam bym sobie poradził.



SAMANTHA



 Obudziłam się z lekkim bólem głowy. Moje poprzednie kłamstwo się spełniło... Ból teraz rozchodził się po mojej czaszce. Przetarłam zmęczone powieki i wstałam. Wypiłam szklankę wody, która stała przy łóżku i ruszyłam do łazienki. 

 Czując ciepłe igiełki, spływające po moich plecach, pozwoliłam wspomnieniom na opętanie mojego umysłu.


- Nie rozumiem o co ci chodzi- odparł lekko zdenerwowany chłopak.

- Wiesz o co mi chodzi. Znasz prawdę, a ja chce abyś się nią ze mną podzielił- usiadłam obok niego.- Śmierć, musisz mi powiedzieć. Może potrafię się go pozbyć...
- Jest jeden sposób- zrezygnowany przetarł ręką po twarzy.- Ale wiem, że ci się to nie spodoba i nie zgodzisz się na to.
- Spróbujmy- zdobyłam się na uśmiech.
- Można znaleźć innego nosiciela, jednak musi on być spokrewniony z tobą.
- Czyli może być to moja matka? Albo ojciec?
- Nie. To musi być ktoś inny...
- Moje dziecko- wyszeptałam przerażona, a on przytaknął.- Nie. Nie zgadzam się na to.
- Nie masz wyboru. Jeśli zdecydujesz się na dziecko, to ono odziedziczy demona, a wtedy on przejmie nad nim kontrole. Nie będzie tak silne jak ty, więc albo zginie, albo pozwoli demonowi zawładnąć nad sobą.
- Więc co mam zrobić?- pozwoliłam kilku łzom na spłynięcie po policzkach.
- Jedyne co możesz zrobić, to uwięzić go w swoim ciele- ujął moje dłonie swoimi, lodowatymi. Poczułam nieprzyjemne dreszcze na ciele. Co mogłam zrobić? Oczywiście chciałam założyć rodzinę, ale to oznaczałoby skazanie swojego dziecka na wieczne cierpienie, takie jakie ja zdążyłam przeżyć.
- Dobrze, więc zróbmy tak. Potrafisz uwięzić go we mnie? Tak żeby nie przedostał się do kogoś innego?
- Sam, ty nie rozumiesz...- pokręcił przecząco głową.- Abym mógł go uwięzić, sama musiałabyś zginąć. A przynajmniej musiałbym uśmiercić twoje ciało, bo dusza i tak jest już martwa.



 Martwa. Nie cierpiałam tego słowa. Nie rozumiałam dlaczego to akurat mnie spotyka? Wszyscy wokół umierali, a teraz to ja miałam zginąć. Tylko po to, żeby ich chronić. Przeze mnie doświadczyli samych nieszczęść, tylko dlatego, że byłam samolubna. Nie myślałam o konsekwencjach, jakie spotkam. Moim przeznaczeniem było cierpieć. Nie wiem czemu, ale miałam  tak właśnie żyć. Wić się w agonii, tylko żeby ktoś został ukarany. Nie miałam pretensji do nich. W końcu ja też nie przejmowałam się, że kogoś skrzywdzę, ale teraz było inaczej. Musiałam naprawić wszystko, zanim zgodzę się na śmierć. 



- Wszystko w porządku?- usłyszałam zatroskany głos za sobą. Sięgnęłam do szafy po jakieś ciuchy i dopiero potem się odwróciłam.

- Tak, jeszcze trochę mnie boli, ale już jest lepiej- uśmiechnęłam się pocieszająco.
- Na pewno?
- Mhm- pocałowałam go w policzek, a następnie ściągnęłam ręcznik, aby móc przebrać się w ubrania.
- Sam, jeśli coś będzie cię niepokoić, to mi powiesz, prawda?
- Mówiłam ci, że to zwykły ból głowy. Do jutra na pewno przejdzie- przytaknął, choć nie do końca uwierzył. Przynajmniej teraz nie kłamałam...- Jakie plany na dzisiaj?
- Może pójdziemy na festyn? Jest święto Patryka, więc na mieście odbędzie się występ. Trochę potańczymy, zabawimy się- posłał mi całusa.
- Brzmi nieźle. Muszę jeszcze wstąpić do Dav, więc spotkamy się na miejscu?- zaproponowałam, a on przytaknął. Związałam jeszcze wilgotne włosy i zeszłam na dół. Oczywiście towarzyszyła mi przy tym Nirra. Pożegnałam się z blondynką, która siedziała w kuchni, i ruszyłam do auta.
Już po dwudziestu minutach, stałam przed blokiem, w którym znajdował się jej apartament. Chociaż była młoda, to dawała sobie w życiu radę. Może bez pieniędzy rodziców, nie otworzyłaby swojego własnego butiku, ale jednak trzeba dużo wysiłku, żeby utrzymać takie miejsce. Często wpadałam do niej w odwiedziny. Mieszkanie było wielkie, jednak skromnie umeblowane. Nie widniał w nim przepych, ani nic podobnego. Chociaż rzeczy pochodziły z górnej półki, nie było ich za wiele. 
Nacisnęłam przycisk z jej nazwiskiem, a po chwili usłyszałam jej głos, po którym wpuściła mnie do środka. Windą, wraz z Nirrą, udałam się na górę. Zapukałam do drzwi, a w nich stanęła Davina. Uśmiechnięta, wciągnęła mnie do środka. Zajęłam miejsce na skórzanej, białej kanapie, która stała w salonie. Zwierze usiadło obok mnie, kładąc swój pyszczek na kolanach. 
- Jesteś gotowa?- zapytałam niepewnie. Davina skinęła głową.- Wiem, że może ci się to nie spodobać, ale nie ma innego wyjścia.
- Nie martw się, dam radę- dodała mi otuchy. Chociaż to ja nie miałam zaraz zmienić się w łowcę, to bardziej denerwowałam się od niej.
 Zamknęłam powieki i skupiłam się na swojej mocy. Moje oczy znów przybrały bursztynową barwę, a kły przebiły wargę. Strużka krwi wyciekła z moich ust. Poczułam smak metalu. Podwinęłam rękaw i wbiłam je w skórę. Dziwnie się czułam gryząc swoją rękę. Oderwałam wargi i wyprostowałam rękę w stronę dziewczyny. Niepewnie, chwyciła ją i wypiła ściekającą krew. Widziałam jak krzywi się, czując jej smak. Rany na mojej skórze błyskawicznie się zagoiły. 
- Chodź- powiedziałam do blondynki, która następnie usiadła obok mnie. Zatopiłam zęby w jej szyi. Czułam silną energię w moim ciele. Powoli demon się odzywał. Jad przedostał się do jej ciała. Szybko się oderwałam, gdyż tyle wystarczyło. Nie potrzebowała pół litra jego, a jedynie kilka kropel. Ja wolałam nie ryzykować. Wytarłam szmatką krew na mojej twarzy i jej szyi.
- Wszystko w porządku?- zapytałam, a ta lekko przerażona skinęła głową.- Możesz odczuwać bóle w ciele, ale do jutra staniesz się łowcą, czystej krwi. Jad wydali twoją ludzką część i zastąpi go.
- Ale nie będzie to bolało?- zapytała upewniając się.
- Trochę może boleć, ale gdy będziesz przemieniać się. Potrwa to najdłużej godzinę- wstałam z kanapy.- Ja niestety już muszę iść. Na twoim miejscu zadzwoniłabym do Patricka, żeby został z tobą. Możesz mu opowiedzieć o tym, co się stało, a on w razie konieczności, pomoże ci- pożegnałam się z nią i wyszłam.
Wiedziałam, że chciała zostać jedną z nas, dlatego też, nie powiedziałam jej, że będzie potwornie cierpieć. Nie urodziła się z genem łowcy, więc wszystko musiało zostać zastąpione. Mój demoniczny jad był silny, więc szybko powinna się przemienić. Teraz lepiej byłoby dla niej, żeby Patrick jej towarzyszył. Był lekarzem i na pewno znajdzie coś przeciwbólowego, co mogłoby pomóc. Zaparkowałam auto i wyszłam. Po kilkunastu krokach, stanęłam i zaczęłam się rozglądać. To nie był mój dom. W zasadzie, nic tutaj nie było. Stałam pośrodku jakieś polany. Nirra zaskamlała. Nie wiedziałam jakim cudem się tu znalazłam...
- Może ja ci w tym pomogę?- odezwał się męski głos za mną. Odwróciłam się i zmarszczyłam brwi.
- Lukas? Co ty tu robisz?
- Oj Sam, Sam- powtarzał moje imię.- Ja cię tu wezwałem.
- Ty? Ale po co?- zmierzyłam go wzrokiem. Dziwna energia wydobywała się z jego ciała.
- Nie do końca ja. W zasadzie przyszedłem przekazać ci wiadomość od twojego ojca- uśmiechnął się łobuzersko.
- Przecież ty jesteś weterynarzem, a mój ojciec...
- Demonem- dokończył za mnie.- Tak jak ja. Przysłał mnie, abym przekazał ci wiadomość- zbliżył się do mnie.- Chce się z tobą spotkać, jednak nie w tym stanie- chwycił mnie za szyję i spojrzał w oczy. Widziałam w nich dziwny błysk. Coś co przypominało pożądanie zmieszane z nienawiścią. Teraz poczułam, że on jest demonem. Energia była silna i mroczna. Puścił mnie, a nogi automatycznie się pode mną ugięły. Głośno dysząc, opadłam na ziemi. Znowu się zmieniłam. Kły same wydostały się z mojego uzębienia, ponownie przebijając wargę. Oczy jednak nie przybrały bursztynowej barwy. Ciemność w nich zagościła. Czułam jak zczerniały moje żyłki. Ból był okropny. Zgięłam palce, wbijając je w ziemię. Zacisnęłam zęby i spojrzałam na Lukasa. Stał, śmiejąc się.
- Spokojnie. Zaraz znów powróci twoje prawdziwe oblicze. Pozwól demonowi wydostać się- szepnął mi do ucha.
 Nie mogłam wytrzymać tego bólu. Po prostu pozwoliłam mu się wydostać.
 Głośno ryknęłam, gdy skóra na plecach została rozcięta. Spojrzałam na swój cień, na którym teraz widniały dwa wielkie skrzydła. Wytarłam krew ściekającą z moich ust i wstałam. Spojrzałam na czarne skrzydła, które były piękne. Rozszerzyłam je i podziwiałam. 
- No i to mi się podoba- odezwał się chłopak.
- Przekaż ojcu, że niedługo wpadnę do niego z wizytą- ruszyłam w stronę auta. Teraz miałam wszystko pod kontrolą. Cała moja moc, jak i demona była pod moją władzą. Byłam potężna, a co najważniejsze, pamiętałam wszystko.




 Zatrzymałam się na parkingu w mieście. Właśnie niedaleko tego miejsca, miałam się spotkać z Ezrą. Wyszłam w towarzystwie Nirry i ruszyłam wzdłuż ulicy. Wszystko było ustrojone na zielono. Wszędzie na wystawach gościł czterolistne koniczyny i krasnale z garnkami złota. Na środku ulicy szła parada, w której uczestniczyli akrobaci oraz orkiestra. Za nimi jechały przystrojone auta. Ludzie ustawili się wzdłuż ulic, aby wszystko obejrzeć. Wraz z wilkiem, przeciskałam się szukając blondyna. Musiałam spojrzeć mu prosto w oczy. Nie rozumiałam jak mógł doprowadzić do tego wszystkiego. Obiecał mnie chronić, a tylko niszczył. Stałam się słaba i nic niewarta. Wciąż pozwalałam sobie na jakiekolwiek słabości. Jak na przykład łzy. Nigdy nie płakałam, chyba, że sytuacja była zbyt skomplikowana i przerosła mnie. 

Co masz zamiar zrobić?
A jak myślisz?- uśmiechnęłam się pod nosem.
To rozumiem. A teraz powiedz mi jedno, czy ty tego chcesz?
Tak- odparłam stanowczo.- Już koniec tego zwodzenia. Czas w końcu dopełnić moje przeznaczenie.
Chyba nie myślisz, że...
Że poddam się ojcu? O nie, tu się mylisz. Nikt nie będzie mną pomiatał.
A więc chcesz odejść. Znowu uciekasz?
Nie tym razem. Teraz wracam.
Zakończyłam tą bezsensowną konwersację widząc Ezrę. Stał patrząc się na zebrany tłum. On także mnie szukał. I zaraz znajdzie. 
Zamknęłam oczy i skupiłam swoją moc. Poczułam delikatne ukłucie między żebrami. Potrzebowałam dusz.
Ezra czując wydobywającą się energię, odwrócił się w moją stroną. Z uśmiechem szedł w moją stronę, jednak zwolnił widząc mój wyraz twarzy. Oczy wciąż miałam czarne, więc gościła w nich pustka.
- Sam? To ty?- zaczął niepewnie.
- A jak ci się wydaje? Och, przepraszam. Chyba pytałeś o coś innego. Nie, to nie jestem ja. Nie jestem tą słabą  idiotką, za którą tak szalałeś.
- Nie o to mi chodzi...- pokręcił głową.
- Jak już mówiłam, nie jestem tą okłamywaną przez was osobą.
- Przecież sama powiedziałaś...
- To co ja wtedy mówiłam, nie jest ważne. Nie byłam sobą, a ty o tym dobrze wiedziałeś. Znasz mnie Ezra i powinieneś wiedzieć jak to wszystko się skończy.
- Nie rób tego- w jego oczach zaczęły zbierać się łzy.- Ja cię kocham. Nie opuszczaj mnie...
- Ale ja ciebie już nie kocham. A przynajmniej nie kocham takiego kłamcy. To koniec- odparłam stanowczo.- Sama potrafię o siebie zadbać, więc już nie jesteście mi do niczego potrzebni- ruszyłam w stronę auta, gdy zatrzymałam się, czując jego ciepłą dłoń na mojej ręce.
- Nie zostawiaj mnie.
- Za późno Ezra. Wiedziałeś na co się piszesz, więc teraz musisz ponieść tego konsekwencję- wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam jak najdalej od niego.
Przebiegłam całe miasto, próbując go zgubić. Kochał mnie, więc tak łatwo nie odpuściłby. 
Dopiero gdy na dworze zawitała ciemność, postanowiłam się zatrzymać. Byłam w parku. Opadłam na ławkę, pozwalając wilkowi na oparcie głowy o moje uda. Dopiero teraz pozwoliłam sobie na łzy. Ta sytuacja tego wymagała. Ale co mogłam zrobić?
Przez ostatnie dwa lata włóczyłam się po świecie. W sumie to nie ja, tylko mój demon, który mnie opętał. Błądził po świecie i zbierał siły, pochłaniając dusze niewinnych osób. A potem to wszystko, co się wydarzyło po moim powrocie... Ten morderca, który naśladował poczynania Will'a. Ja go znałam i wiedziałam jak powstrzymać. On chciał tylko i wyłącznie moją duszę, ale żeby ją zdobyć musiałby zwiększyć swoje siły. Na przykład  kradnąc innym energię. Polował na mnie, ale nie wiedział co z tym się wiąże. Nie wytrzymałby takiej energie. Ja prawie zginęłam, gdy ona się uwalniała. Jego czekała tylko śmierć. Ale przecież, kto by nie chciał zaryzykować? Skoro istnieje jakaś szansa, że może stać się potężną istotą i zdobyć władze? Na pewno chciał zrobić to co ja. Odzyskać panowanie nad Cerisem. 
Nie dziwię się, że oni podejrzewali mnie. Sama bym tak zrobiła, gdyby mój demon żył z pochłaniania dusz innych, aby przeżyć. Jednak on nie pozostawiał ich w tak dobrym stanie. Ciała były rozszarpywane. Po skończeniu, nawet nie przypominały ludzi. Ani istot podobnych do nich.
Nie przesadzaj. Wiem, że ci się to podoba. 
Tak. Podoba mi się. I co? Znów mnie opętasz? Znowu będziesz chciał dostać się do Piekła? Nie bądź śmieszny.
Nie jestem. I tak miejsce jest już gotowe. Czeka na nas. W końcu tam trafisz. Z moją pomocą czy bez niej.
Nie bądź taki pewny. Już nie jesteś taki potężny. Teraz ja cię kontroluję- powiedziałam siląc się na spokój. Wybuchnął śmiechem.
Poczekam aż urodzi ci się dziecko. Nie powstrzymasz mnie wtedy.
To sobie poczekasz- łzy znowu spłynęły po moich policzkach.
Musiałam odejść. Pomimo, że go kochałam, nie mogłam pozwolić na dalszy ciąg tego związku. To był już koniec. 
-Tak będzie lepiej dla niego- powtarzałam w myślach, przecząc sama sobie.
Mężczyzna usiadł obok mnie. Wtuliłam się w jego pierś i pozwoliłam na objęcie mnie ramieniem. Dzisiaj był ostatni dzień mojej wolności. To miało być najlepsze, co mnie spotka, patrząc w przyszłość. Właśnie teraz żegnałam się ze wszystkim. Już nigdy ich nie ujrzę. Nie zobaczę wesołego Scott'a, który szykuje się do roli ojca. Ani Amandy, mojej pierwszej przyjaciółki. Tym bardziej już nie będziemy sobie dogryzać wraz z Natte'm. Daviny, która stała się mi bliska, teraz jeszcze bardziej, gdy została łowcą. Wiem, że Patrick się nią dobrze zajmie. Tak jak i reszta, zmienił się. Już nie był tym ponurym i skrytym chłopakiem. Teraz przepełniało go szczęście, gdy spotkał tą dziewczynę. Tworzyli ładną parę, może w końcu się ustatkują? Znowu straciłam wszystko. Pierwszy raz miałam rodzinę, którą jak zwykle zniszczyłam. Prawie... Lepiej będzie im beze mnie. Tego byłam pewna. 
- Zabierz mnie do domu- wyszeptałam między szlochami.- Chcę znów być w Cerisie.



***





Ukochany,



Gdy będziesz czytać ten list, mnie już nie będzie. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to. Znowu Cię zawiodłam i uciekłam. Choć tym razem nie miałam wyjścia. Odeszłam i już nie wrócę. Myślę, że w końcu o mnie zapomnisz. Odzyskałam pamięć i uświadomiłam sobie jedno. Nie kocham Cię. To wszystko było jednym wielkim złudzeniem, które demon wywoływał. Chwilowe szczęście, które w końcu musiało zostać ugaszone. Jestem demonem i nie zasługuje na nic dobrego w moim długim życiu. Nienawidzę siebie za to. Demon nie zasługuje na szczęście. Co za ironia... Całe życie zabijałam je, gdyż uważałam ich za potwory. Jednak sama nie wiedziałam co kryje się w moim ciele. Ja jestem koszmarem, który musi zostać zabitym. Chociaż to jest niemożliwe... Sam wiesz, że on również chce żyć i nie pozwoli mi na jakiekolwiek krzywdy. Śmiertelne oczywiście. Przecież on sam czerpie satysfakcję z mojego psychicznego cierpienia. Wciąż szepcze mi do ucha. Każde jego słowo wywołuje niemiłosierny ból. Ale nie chciałam o tym pisać...

 Wiem, że chociaż odchodzę, to nie chciałabym abyś z wszystkiego zrezygnował, co mnie dotyczy oczywiście. Przede wszystkim chodzi o Scott'a. Nigdy się nie lubiliście, co nie przeszło mojej uwadze, ale skoro teraz wraz z Amandą założyli rodzinę, mam nadzieję, że go zaakceptujesz i pomożesz im. Są zbyt młodzi, żeby mogli być rodzicami. W przeciwieństwie do nas. Wiesz, że będąc z Tobą myślałam o rodzinie? Ale wtedy nie wiedziałam kim jestem. A raczej czym. Jestem ci wdzięczna, że podarowałeś mi tą normalność, ale przeszłość kiedyś Cię dogoni, więc nie warto od niej uciekać. Ja teraz muszę się z nią zmierzyć, i z konsekwencjami, które wynikły przez ten czyn. Nigdy nie powinieneś mnie znaleźć. Miałam cierpieć, a ty dałeś mi szczęście. Chwilowe. 
Nasze drogi nie powinny się zetknąć, nigdy. Każdy powinien iść we własnym kierunku. Ty powinieneś być szczęśliwy z inną. Może Camill? Zauważyłam, że wpadłeś jej w oko...
Tak więc, w tym liście chciałam się z Tobą pożegnać. Wybacz, ale nie potrafiłam Ci powiedzieć to prosto w oczy. Wiedziałam, że zmięknę. Pomimo tego, że spędziliśmy ze sobą tyle czasu, powstała jakaś więź, która by to uniemożliwiła. Niestety, wszystkie uczucia zniknęły. A w szczególności miłość. 
Żegnaj na zawsze, Ukochany, jednak już nie mój.
                                                                                                           Shanel Rivelash
                                                                                                           Twoja Samantha



Przepraszam za drobne spóźnienie. Oddałam lapka do naprawy i miał być już wczoraj gotowy, no ale cóż... Jednak mądra ja zgrałam sobie wcześniej wszystkie gotowe rozdziały na pendriva :D Chociaż nie jest on taki, jaki chciałam. Ale nie mam zbytni czasu na poprawienie go i zrobię to dopiero gdy odzyskam swój komputer. Jeśli chodzi o wasze rozdziały, wszystko postaram się jak najszybciej nadrobić. Jestem mniej więcej na bieżąco, jednak na telefonie trudno mi skomentować nowe notki. Więc proszę o wytrwałość :*
Pozdrawiam
Seo