piątek, 21 marca 2014

Księga II: Rozdział IV

Bo tylko w mrocznych ciemnościach, mrok codzienności niezauważalnym cieniem pozostaje...”



             Wszedłem do apartamentu, który należał do brunetki. Zauważyłem ją siedzącą na kanapie. Zastanawiała się nad czymś. Ostatnio często jej się to zdarzało. Nawet wiedziałem nad czym tak myśli. Opadłem obok niej i dopiero gdy dotknąłem jej ramiona, zauważyła moją obecność.
- Śmierć...- wyszeptała.- Nie strasz mnie.
- Przepraszam- westchnąłem.- Nadal nic nie wymyśliłaś w jej sprawie?
- Nie- odparła zawiedziona.- Po prostu nie wiem, co mogło pójść źle. Nie powinna tak zareagować.
- Niestety ja nie mogę ci w tym pomóc. Moja moc nie może zostać przy tym wykorzystana- powiedziałem ze smutkiem w głosie. Chciałem pomóc. Tak cholernie chciałem, aby moja mała Samantha powróciła, ale wiedziałem, że zwiastuje to kolejny nawał problemów. Jak ona zareaguje na te wszystkie kłamstwa? Czy może nie będzie pamiętać tego co się teraz stało? Tak, jakby się nie obudziła. A jeśli jednak? Znałem ją od urodzenia i wiedziałem jak zareaguje na to. My chcieliśmy dla niej dobrze. Pragnęliśmy normalnego życia dla niej tak, jak sama je kiedyś pragnęła. Nigdy nie chciała być Łowcą. Zawsze chciała być normalna. Nieświadoma o tym całym nadnaturalnym świecie. Nawet nie powiedziałem jej o innych stworzeniach. Oprócz wilkołaków i demonów, a nawet półczarowników, nie wiedziała o reszcie. Pragnęła śmierci. Miała dość nieśmiertelności.
               Więc co teraz? Jeśli wróci jej pamięć... ona nie zrozumie naszego postępowania. Nie zrozumie tych kłamstw, gdyż bardziej od demonów, właśnie nimi gardzi. Pomimo tego, że te stwory zabiły tyle osób, to ludzie i tak przeważali je śmiertelną liczebnością. Zabijają się bez powodu. Już nie raz byłem świadkiem jak mąż zabija swoją partnerkę, podejrzewając ją o zdradę, oczywiście niesłusznie. Albo gdy dzieci „testowały” metalowy przyrząd, znaleziony w sejfie. Czasem udawało się im nabić i wystrzelić. Mógłbym powiedzieć, że szkoda było mi tych maluchów, ale skłamałbym. Ja czerpałem swoją energię z ich niepowodzeń i żyć. Każde zebrane żniwo wzmacniało mnie, ale nie mogłem tego wykorzystać, stając po czyjeś stronie. Byłem bezstronny i musiałem zachować porządek przy szali żywota. Nie mogłem dopuścić, aby Wallisey zbierał je za mnie. Jakimś cudem stworzył coś, co przekształca dusze w czystą energię, a osoba posiadająca ten przedmiot, obdarzona jest niesamowitymi umiejętnościami.
- Wiem, że nie możesz użyć swojej mocy, ale możesz nam inaczej pomóc- odezwała się Lilith.
- Staram się, ale to nie jest takie proste. Sam nie mam pojęcia, dlaczego poszło coś źle. Myślę, że tak po prostu miało być. Znasz jej przeznaczenie, więc wiesz jak to się wszystko skończy.
- Nie!- krzyknęła wstając.- Nie pozwolę na to. Dopiero co ją odzyskałam i znów mam ją stracić?
- Przeznaczenia nie można zmienić- odburknąłem.
- Ale tego można. Zrobię wszystko aby on jej nie dostał. Nawet jeśli miałabym zginąć.
- Nie wierzę...- wyszeptałem przerażony.- Jak mogłaś... Jak mogłaś mieć z nim dziecko?!- warknąłem.- Przecież to potwór!
                 Wstałem udając się do wyjścia. Pomimo tego, że ta kobieta ukrywała cały czas jej pochodzenie, w końcu musiała popełnić jakąś gafę. I właśnie teraz to się stało. Znałem proroctwo każdego z nich. Każdej marnej duszyczki. Młodej, starej... to było nieważne. Znałem czas i miejsce zgonu. Jednak przy Samancie było to trochę trudniej. Znałem jej sposób śmierci tylko, że nikomu nie zdradziłem. Co do czasu, wiedziałem, że umrze w ciągu czterech lat. Jeśli nie spotka jego. Wtedy stanie się to szybciej. Sposób w jaki Lilith wymówiła się o nim, świadczył, że jest jej ojcem. Tylko wtedy jej głos przybierał takie przerażenie. Pluła słowami, jakby był w nich jad. Nie mogłem uwierzyć, że właśnie on nim został.
- Gdy z nim byłam, wtedy jeszcze nie był taki. To przez nasz związek spadł z nieba, a Bóg go tak pokarał...- usłyszałem wychodząc z jej pokoju.
                  Zszedłem na dół. Potrzebowałem chwilę spokoju. Nasze relacje stały się zbyt bliskie. Miałem zająć się tylko dzieckiem, w imię dawnej przyjaźni, ale to było już przesadą. Pozwoliłem im wejść sobie na głowę. Byłem Kosiarzem. Wielkim panem Życia i Śmierci. Nie jakimś chłoptasiem na posyłki. W ostatnim czasie strasznie się rozleniwiłem. Przestałem budzić strach i grozę. Stałem się potulny jak mysz. Musiałem wrócić do siebie. Znowu stać się potworem.
- Samantho. Możemy porozmawiać?- zwróciłem się do czarnowłosej, która właśnie jadła śniadanie. Gdyby nie było to tak ważne, nie przeszkadzałbym jej. Dziewczyna skinęła głową i po chwili znaleźliśmy się na zewnątrz.
- Coś się stało?- zapytała marszcząc brwi. Aż wierzyć mi się nie chciało, że właśnie ona mnie nie pamięta. Po tym wszystkim co razem przeszliśmy... tylko jej ufałem.
- W zasadzie, to nic. Chciałem się pożegnać- odparłem po dłuższym namyśle.
- Odchodzisz?- zaniepokoiła się.
- Tak. Muszę... pewne sprawy się pokomplikowały i muszę wrócić do domu.
- Do Londynu...- westchnęła.
- Właśnie. Wiem, że mnie nie pamiętasz i nawet się mnie boisz, ale chciałbym ci coś dać. Podaj mi rękę- rozkazałem, a ta posłusznie wykonała moje polecenie.- Wiesz... Posiadałem pewien dar, o którym tylko ty wiedziałaś. To był nasz mały sekret...- wyszeptałem. Rozglądnąłem się dookoła siebie, sprawdzając aby nikt nas nie zauważył. Westchnąłem głośno i skupiłem się na swojej mocy.- Zamknij oczy.
- Co ty robisz?- słyszałem jej zaniepokojony głos.
- Nie bój się. Nie skrzywdzę cię- mała część mojej energii, przepłynęła do jej ciała. Czułem delikatne mrowienia w koniuszkach palców.
- Śmierć...- wyszeptała, a moje serce zaczęło mocniej bić. Spojrzałem na nią przerażony. Nie myślałem, że po tak małej dawce mojej mocy, można przywrócić pamięć. - Przestań- powiedziała już głośniej. Spojrzałem w jej czarne, teraz bezduszne, oczy. Wyrażały tylko złość. Żyłki na jej twarzy zczerniały, a ja zaniepokoiłem się. Nie czułem strachu, tym co zobaczyłem. Raczej martwiłem się, że może coś się jej stać.
- Nie jesteś Samanthą- odparłem.
- Jestem jej częścią. Jej mrokiem, strachem i siłą. Jej demonem- rzekła beznamiętnym głosem.
- Czego chcesz?- warknąłem.
- Wiesz- zaśmiała się.- Ty też tego chcesz.
- Nie chce- zaprzeczyłem.
- Chcesz. Wiem to. I możesz to mieć- wyszeptała mi do ucha. Przez moje ciało przeszła fala dreszczy.- Musisz tylko pozbyć się Estesa i Wallisey'a. Wtedy nic nam nie stanie na drodze.
- Nie mogę jej tego zrobić- powiedziałem stanowczo.- Ona go kocha.
- A ty ją- uśmiechnęła się tajemniczo.- Wkrótce będziesz miał okazję się wykazać. Myślę, że będę idealną Panią Śmierci- zaśmiała się.
- O nie! Nie mogę zrobić jej tego- zdenerwowałem się. Wiedziałem, że właśnie ona miała mi towarzyszyć. Przecież znałem jej proroctwo. Wszystko zależało od tego, jak zdecyduje.
- Jak chcesz, ale wiedz, że ja niedługo powrócę, a wtedy nie będzie tak przyjemnie- zagroziła.
- Czemu? Czemu nie możesz jej zostawić w spokoju?
- Ona sama tego chce. Demon nie zasługuje na szczęście- zacytowała jej słowa.- Ojciec dopytuje się o nas. Stęsknił się za swoją córeczką- zaśmiała się groteskowo.
- Nie możesz jej tego zrobić. On zniszczy wszystko za pomocą ciebie. Wykorzysta i zabije, czując zagrożenie.
- Nie zrobi tego- zapewniła.- Dzięki mnie stanie się najpotężniejszą istotą wśród naszych światów, a ja złożę przysięgę wierności. Stanę się jego prawą ręką.
- Staniesz się demonem. Przecież ty nienawidzisz ich. I chcesz się stać jednym z nich?- zaniepokoiłem się.
- Jak mogę nienawidzić siebie? Przecież sam demon mnie stworzył, a to, że wcześniej był aniołem, i część jego krwi płynie we mnie, o niczym nie świadczy. Ja jestem potworem i zawsze nim będę- zasyczała.- Nie ukryjecie prawdy przede mną- jej bezwładne ciało opadło, a ja w ostatniej chwili złapałem ją i uchroniłem przed upadkiem.
- Co się stało?- zapytał podbiegający Estes. Tylko jego mi brakowało...
- Dałem jej trochę swojej mocy, a ona niezbyt dobrze zareagowała- przyznałem, omijając część prawdy.
- Co zrobiłeś?!- wrzasnął.
- Nie tym tonem- warknąłem. Uraczyłem go niemiłym spojrzeniem, a on chwycił się za szyję, próbując złapać powietrze. Użyłem swojej mocy, aby nauczyć go szacunku wobec mnie.- Nie jestem żadnym marnym człowiekiem, ani półdemonem, żebyś mógł tak się do mnie odnosić. Zapamiętaj sobie. Spróbuj jeszcze raz się tak do mnie zwrócić, a przyśpieszę nasze ostateczne spotkanie- podałem mu ciało dziewczyny i zniknąłem.

***

- Nie spodziewałem się naszego spotkania- usłyszałem ochrypły, męski głos.- Ostatnio niezbyt przyjemnie się rozeszliśmy.- Mężczyzna stał do mnie tyłem. Jego czarne włosy były krótko ścięte. Stał bez koszulki. Owszem, powinienem go wcześniej powiadomić o mojej wizycie, ale to wszystko stało się zbyt nagle. Podszedłem do stolika, na którym stała butelka alkoholu. Przyssałem się do niej, póki nie brakło trunku. Odstawiłem ją i znowu spojrzałem na starego przyjaciela. Nawet nie drgnął. Jego ręce wciąż były oparte o zimny kamień. Widziałem jego umięśnione ramiona i dwie wielkie szramy na plecach, będące śladem po skrzydłach. Był upadłym aniołem.
- Potrzebowałem twojej rady- odparłem podchodząc do niego. Mój wzrok powędrował na wioskę, znajdującą się przy zamku. Krzyki dobiegające z niej, były muzą dla uszu Władcy Piekieł. Pomimo tego, że właśnie byłem w piekle, nie było tu ciepło. Inferno w tym wypadku nie znaczyło ogień, tylko mrok. Towarzyszył jemu chłód i cierpienie. - Hm... Jest tu zimniej niż ostatnio- stwierdziłem, po dłuższej ciszy.
- Oni to czują. Czują nadchodzące zło- odparł beztrosko.- Niecodziennie Śmierć przychodzi do mnie po radę, więc co się stało?
- Chodzi o twoją dawną miłość...


***SAMANTHA***

Obudziłam się w łóżku, przy którym siedział Ezra. Twarz miał schowaną w dłoniach, więc nie zauważył mojej pobudki. Wyglądał tak słodko, gdy się martwił...Głośno westchnęłam, a on spojrzał na mnie.
- Hej- powiedziałam delikatnie przy tym się uśmiechając.- Możesz powiedzieć co ja tu robię?- zmarszczyłam brwi. Przecież jadłam śniadanie... a potem Matt chciał ze mną pogadać... i więcej nie pamiętałam.
- Zemdlałaś, a ja cię tu przyniosłem- usiadł obok mnie. Podał mi wodę, którą z przyjemnością wypiłam.- Jak się czujesz?
- Dobrze, ale wciąż jestem głodna- skrzywiłam się czując burczenie w brzuchu. Blondyn zaśmiał się i czule pocałował mnie w usta.
- Dasz radę sama iść? Czy mam cię zanieść?
- W sumie... mogę sama iść, ale udajmy, że nie, bo chce żebyś mnie zaniósł- odparłam, na co on się znowu uśmiechnął. Po chwili znajdowałam się w jego ramionach i szliśmy w stronę restauracji.



- A to kto?- zapytałam, dyskretnie wskazując na jednego z mężczyzn. Ślub miał się odbyć dzisiaj, więc goście powoli się zbierali.
- Daniell Winters- odparł blondyn.- Stary znajomy. On także pomagał nam w poszukiwaniach ciebie.
- Wydaje się dziwny- stwierdziłam po dłuższym przyglądaniu się mu. W sumie, każdy wydawał się taki. Czułam dziwne dreszcze na karku, przez co wzrastała moja niechęć do nich. Zjechało się mnóstwo takich osób, jednak Ezra zapewnił mnie, że nic mi nie grozi. Ci wszyscy ludzie, to starzy znajomi i są jak rodzina. Dla mnie on był rodziną, ale to szczegół...
Chłopak zaśmiał się i mnie pocałował.
- Chodźmy, musimy przywitać się z resztą- odparł, ciągnąc mnie w stronę jakiejś grupki osób.

          Poznałam wiele osób. Chociaż tak nie do końca, że ich poznałam, po prostu nie pamiętałam ich. Wszyscy wydawali się tacy mili... że aż dziwne. Zauważyłam, że każdy z nich przebywał w swoim towarzystwie. To znaczy, że nie zbliżali się do innych. Po prostu trzymali się swojej grupy, z którą przylecieli. Goście pochodzili z różnych części krajów i zawsze przylatywali w towarzystwie dwóch, trzech osób. Ogółem jakby się tak dłużej zastanowić, to wyglądało to jakby pochodzili z dwóch różnych światów. Jedni, przy których zawsze czułam dreszcze, byli weseli i widać było, że mniej zamożni. Drudzy wydawali się jakoś mi znani... Zachowywali się jak bogaci sknerzy. Nie zbliżali się do nich i trzymali we własnym gronie. Scott często z nimi rozmawiał. Najwyraźniej znał ich lepiej od pozostałych. Ja też wymieniłam z nimi kilka słów.              Chciałam się nieco o nich dowiedzieć, ale odpowiadali dziwnie i nerwowo. Tak jak Aaron, który pomimo moich obietnic, wciąż mnie unikał. Strasznie się nudziłam. Nie mogłam z nikim normalnie porozmawiać, póki nie wszedł on...


***EZRA***


- Co on tu robi?!- warknąłem do Scott'a. I jeszcze na dodatek Sam z nim rozmawiała... Niech go diabli. Nie dość, że przez niego ona prawie zginęła, to jeszcze ma czelność tu przychodzić. Zabije go. Kiedyś po prostu go zabije.
- Zaprosiłem go- odparł młody łowca.
- Ale po co?! Przecież gdyby nie on to....
- Ona byłaby martwa- dokończył.- Może i przez niego trochę wycierpiała, ale gdyby od początku z nim trenowała, nic takiego by się nie stało.
- Masz rację, ale nie musiał to robić w taki sposób. Nie musieliśmy jej narażać- powiedziałem gniewnie. Jeszcze go bronił?!
- Ezra, nie życzę sobie żadnych spin między wami. Za dwa dni go już nie będzie, więc myślę, że możesz darować sobie to. On jest moim przyjacielem, więc chce żebyś zostawił go w spokoju.
- Jak chcesz- szepnąłem.- Ale nie będziesz miał nic przeciwko, jak przynajmniej odciągnę ją od niego?- zapytałem. Nie czekając na odpowiedź ruszyłem do nich.
Stali przy ławkach, między kwiatami. Zaraz miała się odbyć ceremonia, więc nie chciałem ich denerwować. A tym bardziej niszczyć ślub mojej siostry. Samantha stała do mnie tyłem, więc nie widziała gdy nadchodziłem. Za to on mnie zauważył. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Chwyciłem dziewczynę w pasie i czule pocałowałem w policzek. Wcześniej gdy tak robiłem, zawsze się wystraszała, za to już od jakiegoś czasu była przygotowana na takie moje podchody. A ja uwielbiałem tak robić.
- Cześć kochanie- uśmiechnęła się do mnie.- Właśnie poznałam Christopha.
- Pamiętam go- odpowiedziałem, siląc się na spokojny głos.
- W przeciwieństwie do mnie...- wymamrotała.
- Więc to prawda?- odezwał się burak.- Ona rzeczywiście nic nie pamięta?
- Tak...Skarbie możesz zostawić nas na chwilę?- zwróciłem się do ukochanej. Ta przytaknęła i odeszła.
- Co chcesz ode mnie? - zapytał, gdy dziewczyna zniknęła w tłumie.
- Nie chce abyś się do niej zbliżał. Najlepiej żebyś od razu wyjechał.
- O nie kochany. Przyjechałem na ślub przyjaciela i nie mam ochoty na wyjazd. Zresztą myślę, że zrobię sobie dłuższe wakacje- odparł roześmiany.
- Radze ci odejść... Dla własnego dobra- dodałem.
- Nie będziesz decydować co jest dla mnie dobre. Nie tak jak u niej. Ty po prostu ją wykorzystujesz. Jestem pewien, że nie chciałaby ciebie, gdyby znała prawdę- wycedził przez zęby.
- I tu muszę cię zmartwić- uśmiechnąłem się.- Widzisz, mówisz, że chcesz dla niej jak najlepiej, ale nie wiesz czego ona chce. A ja tak. Znam jej marzenia i pragnienia. Ona by chciała takiego życia. Więc jeśli spróbujesz chociażby pisnąć o jej poprzednim życiu, zabiję cię. A ślub mojej siostry mi w tym nie przeszkodzi.
               Ciemnowłosy odszedł bez słowa, ale widziałem ten tajemniczy uśmieszek w jego oczach, przez który zaniepokoiłem się. On coś szykował, a ja nie wiedziałem co.
Goście powoli zaczęli zajmować miejsca, a Scott stanął przed ołtarzem. Przez ostatnie dni ja i Sam zajmowaliśmy się ślubem. Naprawdę dobrze nam to wyszło. Wszystko miało się odbyć w plenerze. Kwiecisty łuk w którym miała stanąć młoda para. Ksiądz, wraz z panem młodym, zajmował wyznaczone miejsce, tak jak my. Patrzyłem uśmiechnięty na Samanthę i nie mogłem się doczekać kiedy to my będziemy stać przed ołtarzem. Chciałem ujrzeć ją w sukni ślubnej i mnie przy niej. Dziewczyna trzymała mały bukiecik w dłoni, tak jak i Lilith. Uśmiechnęła się do mnie, widząc jak na nią patrzę. Usłyszałem muzykę i podszedłem do Amandy, aby odprowadzić ją do jej ukochanego.


- Proszę o uwagę!- krzyknąłem wstając z miejsca, tuż przed podaniem obiadu.- Chciałbym wam coś powiedzieć. A szczególnie młodej parze- skierowałem się do nich.- Chcę życzyć wam wszystkiego najlepszego w nowej drodze życia! Amando wiem, że nie jesteś już małym dzieckiem, zresztą sama niedługo będziesz miała dzieci i zrozumiesz moją nadopiekuńczość, ale wiedz, że ja wciąż będę cię pilnować- puściłem do niej oczko.- Więc jakby co, to wiesz do kogo się zwrócić, żeby skopać mu tyłek. Z przyjemnością znowu to zrobię!
- Chyba ja znowu tobie!- krzyknął roześmiany Scott.- Już nie pamiętasz jak to w barze cię powaliłem?
- Z tamtego spotkania pamiętam tylko Sam. Uwierz mi, gdybyś wtedy był na moim miejscu, nie obchodziłaby cię jakaś wygrana w bójce- spoważniałem.- Sam.- zwróciłem się do ukochanej.- Wiem, że ty nie pamiętasz swojego poprzedniego życia i mnie, ale ja cię kochałem. I nadal kochać będę. Póki śmierć nas nie rozłączy. Tak więc, czy zechciałabyś zostać moją żoną?- klęknąłem przed nią z zamszowym, czerwonym pudełeczkiem w którym znajdował się pierścionek. Patrzyłem uważnie na jej reakcję. Widziałem, że jest zdenerwowana, ale i szczęśliwa.
- Tak- odpowiedziała ze łzami w oczach. Założyłem jej pierścionek na palec i nasze usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Wszyscy zebrani goście zaczęli bić nam brawa i gwizdać, a następnie pojawił się Tonny i Natte z butelkami szampana, którym nas oblali. Spojrzałem na ciemnowłosą. Uśmiechnęła się i mnie pocałowała. Pomimo tego, że wciąż byliśmy oblewani alkoholem, tylko ona się wtedy dla mnie liczyła. Nic i nikt nie mógł przeszkodzić nam w tej chwili.

                Patrzyłem na nią jak tańczy z Patrick'iem. Jej idealnie dobrana suknie podkreślała figurę i urodę. Była piękna. I moja. Samantha Maltali, jak to cudownie brzmi...
Podszedłem do nich i wymieniłem miejsce z chłopakiem. Teraz to ja tańczyłem z nią. Jej ręka spoczęła na moim ramieniu, a moja na jej talii. Tańczyliśmy, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej oczu. Widziałem w nich tak bardzo utęsknione spojrzenie. Jej czarne oczka patrzyły na mnie z miłością i pożądaniem. Tak jak moje. Złożyłem delikatny pocałunek na jej miękkich ustach, na zakończenie tego tańca. Uśmiechnęła się. Oznajmiłem, że wracam do pokoju, gdyż jestem zmęczony, a alkohol w tym nie pomagał. Przytaknęła i wraz ze mną, poszła pożegnać się z gośćmi. Nie było ich już zbyt wielu. Tak jak my, oni postanowili wrócić do swoich pokoi. Tylko trochę wcześniej. Chwyciłem dziewczynę za rękę i ruszyliśmy w stronę naszego pokoju. Obydwoje byliśmy przyćmieni alkoholem, ale nie aż tak mocno. Otworzyłem kartą drzwi, i weszliśmy do ciemnego pomieszczenia. Automatycznie chwyciłem ręką ściany, w poszukiwaniu włącznika, jednak ona miała inne plany. Nim zdążyłem włączyć światło, ona chwyciła moją rękę i położyła ją na swoich plecach, nakazując odpięcia zamka od sukni. Tak też zrobiłem. Po chwili jej ubranie znalazło się na podłodze, zostawiając ją w skąpej bieliźnie. Zaczęliśmy się całować, a ona rozpinała przy tym moją koszulę. Szybko pozbyłem się ubrań. Wiodłem rękami po jej nagim ciele. Nie wiedziałem, jak mogłem wytrzymać tyle bez niej. Przecież ja ją kochałem. Podniosłem ją, a ona oplotła mnie nogami w pasie.     Całowaliśmy się namiętnie i zachłannie. Czułem, że wszystkie moje zmysły przy niej wariują. Nie mogłem racjonalnie myśleć, będąc blisko niej. Ledwo wcześniej się powstrzymywałem od dotykania jej, a co dopiero całowania. Delikatnie położyłem ją na łóżku. Wiedziałem, że długo nie będę mógł się powstrzymać.
- Kocham cię- wyszeptałem jej do ucha między pocałunkami. Czułem, że się uśmiecha.
- Ja ciebie też- odparła.

Te słowa były dla mnie jak sygnał. Zgoda na dalsze działanie. Już nie potrafiłem się powstrzymać. Nie chciałem.


Rozdział opublikowany wcześniej, specjalnie dla Wi ki :*

Jak wam mija Dzień Wagarowicza? U mnie słoneczko świeci, przez co zostałam zmuszona do roboty xd Właśnie byłam w trakcie mycia okien :D 
Rozdział pozostawiam Wam do oceny, więc wracam do sprzątania :*
Pozdrawiam

poniedziałek, 17 marca 2014

piątek, 14 marca 2014

Księga II: Rozdział III

Najtrudniej wyleczyć się z miłości, która przyszła nagle”.



       Przez ostatnie kilka miesięcy, wszystko wyglądało normalnie. Codziennie rano wybierałam się na trening z Ezrą, popołudnia spędzałam na zmianę z Amandą i chłopakami. Tak jak powiedziałam, udawałam, że wszystko jest w porządku. Moja matka wycofała się w cień i zostawiła nas samych w domu. Wpadała tylko w weekendy, ale nie zbliżała się do mnie. I słusznie.
Matt też się wyprowadził, z czego bardzo się cieszyłam. Przerażał mnie swoim dziwnym zachowaniem.
    Odwiedzał nas co kilka dni, ale ja go unikałam. Patrick zbudował własną szklarnię tuż za domem i hodował w niej różne dziwne rośliny. Nie dociekałam co to konkretnie było. Podjęłam się pracy w sklepie odzieżowym, żeby cały czas nie siedzieć w domu. Chciałam otworzyć własny butik, ale Ezra stwierdził, że to bez sensu. Zresztą i tak było mi to obojętne. Po prostu chciałam mieć jakieś zajęcie. Miesiąc po tym jak się tu wprowadziliśmy, Scott oświadczył się Amandzie. Ślub miał się odbyć za dwa tygodnie, więc cały czas trwały przygotowania do niego. Zdecydowali, że odbędzie się on na Cyprze. Amanda chciała mieć ślub na plaży, a Scott'owi było to obojętne. Najważniejsze było dla niego to, żeby ją uszczęśliwić. Oczywiście ja miałam być druhną tak, jak i moja matka. Chłopak wybrał Matt'a i Ezrę, jako swoje drużby. Nie chcieli wybierać więcej osób. Miało to wyglądać ładnie, więc wystarczyły dwie pary. Pomogłam jej wybrać suknię ślubną i stroje dla druhen. Jej suknia była biała, prosta i piękna. Nasze były w kolorze brzoskwiniowym. Sięgały do kolan i miały delikatne falbanki po bokach. Zwężane w pasie, a na ramiączku znajdował się mały kwiatek. Na ślub miało przybyć wiele gości, oczywiście mi nie znanych. Zaprosili też tego całego Aarona, który strasznie się mnie bał. Rozmawiałam z nim i zapewniłam, że nic mu nie zrobię. Dopiero wtedy zgodził się przyjechać. Jutro mieliśmy wyjechać, aby wszystko dopilnować na miejscu. Wynajęliśmy cały hotel przy plaży, aby mieć miejsca dla gości i żeby nikt obcy nam nie przeszkadzał. Zgodziłam się na pokój razem z Ezrą, gdyż tylko przy nim czułam się bezpieczna. Gdy spał przy mnie, nie miałam koszmarów. Co noc budziłam się zalana potem. Czasami też krzyczałam przez sen. Dopiero wtedy w środku nocy przybiegał przerażony chłopak i z troską w oczach próbował mi jakoś pomóc. Tylko gdy krzyczałam przez sen, prosiłam aby został ze mną do rana. Miałam straszne koszmary, przedstawiające mnie jako mordercę i potwora. Gdy krzyczałam, oznaczało to, że sen był naprawdę okropny. W innych czułam tylko, że ktoś chce mnie zabić. Raz opowiedziałam mu o moim śnie. O tym jak druga „ja” mnie nawiedza. Widząc jego reakcję, już więcej nic nie powiedziałam. Był chyba bardziej przerażony ode mnie.
     Właśnie kończyłam pakować ostatnie rzeczy do torby, gdy do mojego pokoju weszła Amanda. Spojrzałam na nią i zrozumiałam, że coś ją gryzie.
- Wszystko w porządku?- zapytałam, gdy ona usiadła na kanapie.
- Właściwie to nie... Sam, mogłabym z tobą pogadać?- zapytała, a ja zauważyłam, że jej ręce zaczęły się trząść. Usiadłam obok niej i chwyciłam jej zimne dłonie.
- No jasne. Powiedz co cię gryzie- powiedziałam, próbując ją pocieszyć.
- Chodzi o ten ślub...- zaczęła.
- Denerwujesz się?- uśmiechnęłam się.
- Też. Nie wiem czy słusznie robię...
- A dlaczego nie? Przecież się kochacie, a ślub to po prostu przypieczętuje. Czy może go nie kochasz?
- Oczywiście, że tak! Kocham go nad życie, ale jest coś jeszcze- spuściła głowę w dół.
- O matko!- zakryłam dłonią usta ze zdziwienia.- Jesteś w ciąży!
- Ciii!- uciszyła mnie.- Nie chce aby ktoś się o tym dowiedział.
- Dlaczego nie? Przecież to fantastyczna wiadomość! Powiedziałaś już o tym Scott'owi?
- Nie...A jeśli on nie chce mieć dzieci?- zaniepokoiła się.
- Chce!- zapewniłam.- Zawsze chciał zostać ojcem.
-Tak, ale jesteśmy jeszcze tacy młodzi... może chciał z tym jeszcze zaczekać?
- Po co? Uwierz mi, on na pewno chce mieć teraz dziecko ze swoją ukochaną- pocieszyłam ją. W sumie to była prawda.
- Ezra też chciał mieć dzieci. Zawsze marzył o córce- zaczęła, a ja się zmartwiłam.
- Wiesz...to chyba nie jest dobry pomysł. Teraz jakoś nie jest najlepszy moment, aby myśleć o naszym związku- zaczęłam nerwowo pocierać palce.
- Masz rację-powiedziała.- Ale on naprawdę chciał mieć z tobą dziecko. Nawet chciał ci się oświadczyć po powrocie z Turcji, ale wiesz jak wyszło...- przytaknęłam.- Coś między wami ruszyło?- zapytała.
- To nie jest takie łatwe- stwierdziłam.- To, że ja go kocham, o niczym nie świadczy. Czuję się przy nim bezpieczna, ale nie wiem czy to jest miłość, czy po prostu zwykłe przyzwyczajenie. Skoro sami mówiliście, że mieszkaliśmy razem, a ja i Ezra praktycznie się nie rozstawaliśmy, więc może boję się zostać sama?- dziewczyna cicho zachichotała.
- Więc jednak mówisz, że go kochasz?
- Może. Nie wiem... Powiedz mi lepiej który to miesiąc?- zapytałam zmieniając temat. Może i go w jakimś stopniu kochałam, ale to było za wcześniej. Jeszcze dobrze go nie poznałam. W sumie, ja nawet nie znałam samej siebie.
- trzynasty tydzień- powiedziała już uśmiechnięta.
- A ja głupia tego nie zauważyłam...Znasz już płeć dziecka?- zobaczyłam jak dziewczyna się rumieni.
- Nie, ale lekarz powiedział, że będą bliźniaki...
- To wspaniale!- klasnęłam dłońmi z radości.- Kurde, wciągnęłabym szampana, ale ty nie możesz pić...
- Niestety- uśmiechnęła się.
- Kiedy masz zamiar powiedzieć Scott'owi?
- Nie wiem... W sumie myślałam, żeby powiedzieć mu przed ślubem, albo po... A jeśli on jednak nie będzie chciał dzieci?- zaniepokoiła się.
- Jutro mu to powiesz, a jeśli nie, to ja sama to zrobię- zaszantażowałam ją. Wiedziałam, że tak ją przekonam.
- Dobra! Zrobię to jutro przed wylotem.
- Świetnie, w takim razie idź już spać. Powinnaś dużo odpoczywać i przestać się zamartwiać. Jeśli chodzi o ślub, to ja się tym zajmę- zapewniłam.
- Dziękuje- przytuliła mnie i wyszła z pokoju.
Zamknęłam spakowaną torbę i położyłam się zmęczona spać. Jutro czekała nas masa roboty. I jeszcze ta ciąża... Cieszyłam się, że w końcu zostanę ciotką! Już nie mogłam się doczekać, aż te dwa szkraby będą biegały po domu... Wiedziałam, ze Amanda będzie wspaniałą matką. Jej stosunek wobec mnie to potwierdzi. Miałam z nią świetny kontakt. Ona, Scott i Ezra, byli dla mnie najważniejsi. Jak rodzina. Tonny'ego i Natt'a traktowałam jak przyjaciół. Często się z nimi droczyłam. Wszyscy dogryzaliśmy sobie, ale nasza trójka w szczególności.
      Jeśli chodzi o Ezrę... Czy będziemy razem? Nie byłam tego pewna, chociaż w głębi duszy chciałam. Nawet moja druga „ja”, opowiadała jak bardzo go kochała, a ja czułam, że to prawda. Powoli i ja się w nim zakochiwałam. Z każdym kolejnym spotkaniem z nią, dawne uczucia powracały, ale nie wspomnienia. Na samą myśl o niej zaniepokoiłam się. Czułam strach spowodowany kolejnym spotkaniem.

***

- Sam! Sam!- usłyszałam męski głos i otworzyłam powieki. Mój wzrok powędrował na drzwi pokoju, które zostały z ogromną siłą otworzone. Do środka wparował Scott, ubrany w same bokserki. Na ramieniu miał wytatuowany czarny tricelion. Nawet nie wiem skąd znałam ten symbol. W dłoni trzymał butelkę, którą mocno wstrząsał.- Sam!- krzyknął uradowany i wskoczył na mnie. Zaczął oblewać mnie szampanem, a ja nie zdążyłam się uchronić przed lejącym się trunkiem.- Zostanę ojcem!- wykrzyczał.- Rozumiesz?! JA BĘDĘ OJCEM!- opadł obok mnie.
- Scott! Opanuj się!- odparłam oburzona, wykręcając resztki alkoholu z moich włosów.
- Nie mogę!- śmiał się.- Bliźniaki...- wyszeptał.- Cholera- nagle wstał przerażony.- A jeśli będę złym ojcem?
- Och! Nawet nie waż się tak mówić!- skarciłam go.
- Masz rację, nie chce zapeszać. Moje dzieci będą mieć zajebistego ojca!- powiedział z nowym napływem szczęścia.
- Lepiej wracaj do Amandy- klepnęłam go w ramię.
- Za chwilę. Jeszcze muszę powiedzieć o tym chłopakom- zerwał się z łóżka i wybiegł z pokoju.- Mamy jeszcze szampana?- zapytał poważnym tonem. Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że właśnie tak zareaguje. Te dzieci miały szczęście, że trafiły na takiego właśnie ojca. I ciotkę!
Wstałam i udałam się do łazienki, z zamiarem wzięcia prysznica i zmycia tego świństwa z siebie. Usłyszałam krzyki Scott'a i trzaskające drzwi. Chyba właśnie chłopaki dowiedzieli się o dzieciach. Ja rozumiałam jego szczęście, ale wątpiłam żeby dla nich było to powodem do takiej pobudki.
      Po śniadaniu, znieśliśmy wszyscy swoje bagaże i czekaliśmy na przyjazd kierowcy, który miał zabrać nas na lotnisko. Słysząc swoje imię, wybiegłam z pokoju. Jak zwykle musiałam czegoś zapomnieć i w ostatniej chwili po to wracać. Tym razem padło na książkę. Naszykowałam sobie jedną z mojej kolekcji, z poprzedniego domu. Miała ona po prostu umilić mi lot. Wybrałam „Dziwne losy Jane Eyre” jako, że gustuje w klasykach, ta książka powinna mi się spodobać. Wrzuciłam ją do torebki i szybko zbiegłam po schodach. Przy drzwiach czekał na mnie Ezra, trzymając mój płaszcz w rękach. Klimat w Irlandii niezbyt mi się podobał. Cały czas wiało i padał deszcz. Miałam nadzieję, że przynajmniej lato będzie ciepłe, gdyż denerwowały mnie te ciepłe ubrania. Miałam ochotę poopalać się na ciepłym słońcu. Ezra pomógł mi założyć płaszcz i wsiedliśmy do auta.
     Gdy dotarliśmy na lotnisko, okazało się, że nasz samolot jest opóźniony i mieliśmy jeszcze ponad godzinę czasu do odlotu. Natte i Tonny gdzieś się zmyli, a Patrick rozmawiał z Ezrą, więc ja dosiadłam się do przyszłych nowożeńców. Scott nie opuszczał dziewczyny nawet na chwilę. Pomagał jej w prostych czynnościach i dbał o wszystko. Wyglądało to tak słodko, ale ja na jej miejscy, na pewno byłabym już zirytowana takim zachowaniem. Ciąża to przecież nie choroba...
     Odeszłam od nich, gdy chłopak zaczął wymyślać imiona dla dzieci. Rozumiem, że jest szczęśliwy, ale bez przesady. Współczułam Amandzie wybór imion. Scott podawał niezbyt ładne propozycję. Miałam nadzieję, że nie wybierze żadne z nich. Chociaż spodobało mi się imię Filip.
Znudzona podeszłam do blondyna, który również wyglądał na niezainteresowanego rozmową z Patrick'iem. Uśmiechnęłam się do niego i przysiadłam do wolnego stolika w jakieś kafejce. Chłopak przeprosił rozmówcę i przysiadł się do mnie.
- Jak ja już chciałabym być znowu w domu- westchnęłam. Ezra zaśmiał się i zawołał kelnera.
- Mi też nie jest przyjemnie słuchać o tych wszystkich roślinach, jakie Patrick hoduje. Jeszcze trochę i będziemy mieć drugi las deszczowy w ogrodzie- skrzywił się.
- Wolałabym słuchać o kwiatkach niż o dzieciach – stwierdziłam.
- Zaproponowałbym zamianę, ale wolę rozmawiać z tobą niż z nimi.
- W sumie, ja też- uśmiechnęłam się. Najbardziej odpowiadało mi jego towarzystwo. Czułam się przy nim normalnie.
- Proszę- powiedział wręczając mi małe, złote pudełeczko.- To dla ciebie.
Podniosłam wieczko i ujrzałam piękny srebrny naszyjnik z czarnym kamieniem. Był śliczny. Delikatne oszlifowany kamień, opatulony białym złotem. Kształt kamienia zbliżony był do serca.
- Jest piękny- stwierdziłam wyjmując go z pudełka.- Z jakiej to okazji?
- To musi być jakaś okazja?- zapytał.- Po prostu lubię, gdy jesteś szczęśliwa. Wtedy i ja też się ciesze.
To było takie słodkie. Pomimo, że nie byliśmy razem i od prawie pół roku nic między nami się nie wydarzyło, nie licząc tych paru nocy, kiedy spałam przytulona do niego, to on wciąż się starał. Dobrze mnie znał, nawet lepiej niż ja, więc każda niespodzianka mu wychodziła.
Odgarnęłam włosy i pozwoliłam mu, aby założył mi naszyjnik.
- Dziękuje- wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.

     W samolocie dużo rozmawialiśmy o... ślubie. Stwierdziłam, że nigdy nie wyjdę za mąż, a jeśli jednak, to urządzę małe wesele dla najbliższych mi osób. Po jakiś dwóch godzinach miałam dość tej rozmowy, więc wróciłam na miejsce, pod pretekstem bólu głowy. Wyciągnęłam książkę z torebki i zaczęłam czytać.       
     Powieść była nawet bardzo ciekawa. Opowiadała o tym jak guwernantka pragnęła prawa do szczęścia i miłości. Jane Eyne, była twardą kobietą, która od razu mi się spodobała. Nie przepadałam za książkami, w których kobiety zawsze były zależne od mężczyzn. Przedstawiano ich wtedy w złym świetle. Przewracając kolejną stronę, dostrzegłam odstającą kartkę . Wyciągnęłam ją. Był to mały list. Na kopercie nie było nic zapisane. Nie chciałam żeby ktoś to zauważył, więc po cichu rozerwałam papier. W środku znajdowało się zdjęcie jakieś pary, a w tle budynek. Na odwrocie zapisane było „Castle Hill 1880r.”. Do tego przyczepiono kartkę z dziwnym symbolem. Zmarszczyłam brwi na widok podobnego kształtu do triceliona, ale miejsce napisane z tyłu znałam. A przynajmniej wiedziałam gdzie mogę go znaleźć. Tam musiało się coś ukrywać, a ja chciałam to sprawdzić. Schowałam wszystko z powrotem do koperty, a książkę z listem do torebki. Przykryłam się kocem i zobaczyłam jak uśmiechnięty Ezra idzie do mnie.
- Wszystko w porządku?- zapytał, a ja przytaknęłam głową.- Wyglądasz bladziej niż zwykle...
- Mówiłam, że nie czuję się najlepiej- odparłam.
- Przepraszam, zapomniałem- przyznał.
- Skończyliście już rozmawiać?
- Tak. Chłopakom znudziła się gadka o ślubie, a Scott zabrał Amandę. Trochę mu odbiło przez tą ciążę- stwierdził, a ja się zaśmiałam.
- Kwiatki lepsze?- ziewnęłam.
- Zdecydowanie- powiedział siadając obok mnie.-Jesteś zmęczona?
- Tak, chyba już pójdę spać.
- W takim razie, ja też- przykrył się kocem, a pod głowę wsunął poduszkę.-Dalej miewasz koszmary?
- Nie gdy jesteś przy mnie- wyznałam. To była prawda, a z nim chciałam być szczera.
- Więc chyba będziemy musieli częściej razem sypiać- powiedział kładąc się. Uniósł rękę, a ja przytuliłam się do niego. Zawsze tak robił, gdy chciał abym się do niego zbliżyła. Ręka spoczęła na moich plecach, a ja wsłuchałam się w bicie jego serca. Było to dla mnie uspakajające i przyjemne.

***

- Chodźmy na plaże! -krzyknęłam do blondyna, który właśnie wnosił nasze bagaże do pokoju. Stałam na balkonie i podziwiałam widoki. Balkon skierowany był na otwarte, przejrzyste morze. Kilka leżaków znajdowało się na plaży. Widziałam też barek i pole do siatkówki. Miałam ochotę trochę się wyrwać. Zapomnieć o tym całym gównie. Upić się i dobrze bawić. Tak. Dzisiaj wieczorem postanowiłam wyjść na miasto. Z Ezrą.
- Później. Najpierw może się rozpakujemy?- zapytał kładąc torby przy łóżku. Podbiegłam do niego. Z walizki wyciągnęłam strój kąpielowy i krótkie spodenki. Sukienkę na ślub powiesiłam w szafie, aby jej nie ubrudzić, a tym bardziej zniszczyć. Wbiegłam do łazienki i po chwili byłam już przebrana i prawie gotowa do wyjścia na plażę. Związałam włosy w kucyk i do torby plażowej, którą zdążyłam kupić na lotnisku w Polis, wsadziłam ręcznik i krem przeciwsłoneczny.
- Już? Możemy iść?- zapytałam stając przed nim gotowa do wyjścia. Ezra zaśmiał się i po chwili szliśmy w stronę plaży. Po drodze zabraliśmy chłopaków i przyszłych nowożeńców ze sobą. Matt i Lilith też do nas dołączyli.
     Rozłożyliśmy się niedaleko baru. Obok mnie położył się Ezra, chłopaki zniknęli szukając piłki do gry, a Scott rozkładał parasole, aby Amandzie nie było za gorąco, i aby nie zaszkodzić dzieciom. Na prawdę odbiło mu na tym punkcie. Jak tak dalej pójdzie, to sam weźmie ze sobą ślub, gdyż stwierdzi, że to będzie zbyt męczące i stresujące dla niej. Tak samo jak odkręcanie butelki. Zbyt duży wysiłek, więc wyręczał ją w tym. Widziałam, że ona ma powoli tego dość, ale zbyt mocno go kochała, aby mu to powiedzieć.
- Chcecie coś do picia?- zapytał Scott.- Kochanie, przyniosę ci sok- pocałował ją czule w usta.
- Ja poproszę drinka- powiedziałam ściągając okulary. Chłopak akurat wstawał.
- Mi też przynieś!- dodał blondyn. Scott skinął głową i zniknął. - Masz zamiar tak cały dzień przeleżeć?- zwrócił się do mnie.
- Tak- odparłam zdecydowanie.- W końcu mogę odpocząć.
- Od czego?- zapytał zdziwiony.
- Od wszystkiego- przewróciłam się na brzuch, aby opalić plecy.
- Ode mnie też?- wymruczał mi do ucha.
- Mhm...- przytaknęłam.
- Ach tak? To zobaczymy- nim zdążyłam zorientować się co on kombinuję, trzymał mnie na rękach i szliśmy w stronę morza.
- Ezra! Zostaw mnie- krzyczałam desperacko.
- Nie- zaśmiał się.- Teraz się zabawimy, a później odpoczniesz.
- Później to ja chce iść na imprezę!- próbowałam go jakoś przekonać, aby mnie wypuścił.
- A z kim chcesz tam pójść?- zapytał uwodzicielsko. Miał cudowny głos.
- No z tobą- podciągnęłam się, dotknąwszy zimnej wody.- Wypuść mnie. Proszę...
- Pójdziemy sami?- podrzucił mnie, a ja znowu dotknęłam wody.
- Zimne!- pisnęłam.- Tak! Tylko my. Możesz teraz mnie wypuścić?
- Tak- uśmiechnął się i mnie puścił. Cała wylądowałam w zimnej wodzie. Otrząsnęłam się i rzuciłam na śmiejącego się chłopaka. Zaatakowałam go z zaskoczenia i zaczęłam go podtapiać.
- Słaba jesteś- wymruczał mi do ucha, zamykając w szczelnym uścisku. Był silniejszy ode mnie, więc nie miałam żadnych szans w walce na siłę.
    Spojrzałam na niego. Przestał się śmiać, a w jego oczach zobaczyłam pożądanie. Zbliżyłam się do niego, a nasze usta znalazły się kilka centymetrów od siebie. Wiedziałam, co chce zrobić. Ja też tego chciałam, ale miałam inne plany. Lekko go popchnęłam, a nogą uniemożliwiłam mu złapanie równowagi. Po prostu runął do wody tak, jakbym przewróciła kostkę domino. Tylko, że on wymachiwał w śmieszny sposób rękami, co i tak mu w niczym nie pomogło. Zaskoczony i zawiedziony podniósł się z wody. Przetarł ręką mokre włosy i spojrzał na mnie.
- Chodźcie grać!- krzyknął Tonny, a blondyn nie odezwał się. Podszedł i znowu mnie chwycił i podniósł. Ruszyliśmy w stronę wyznaczonego pola do siatkówki.
- Wiesz, że ja ci tego nie podaruję? Jeszcze ci się odpłacę za to- powiedział, a ja cmoknęłam go w policzek.
- Oj już nie marudź- odparłam.
Cali mokrzy stanęliśmy na piasku. Tonny trzymał piłkę i uzgadniał coś zresztą.
- Już się podzieliliśmy, więc nie będziecie razem- odezwał się Natte, a ja wystawiłam mu w odpowiedzi język.
- Jakie składy?- zapytał Ezra.
- Ja, Scott i Śm... Matt, na nich- odparł ciemnowłosy. Śm? Ciekawe co to oznaczało... Może była to jego jakaś ksywa? - Sam, wybieraj do kogo chcesz dołączyć- zwrócił się do mnie.
- Hm... idę do was- podeszłam do Tonny'ego.- Teraz masz zamiar się zemścić?- zapytałam blondyna.
- Co powiesz na mały zakładzik?- skinęłam głową.- Jeśli wygram dostanę od ciebie buziaka- uśmiechnął się.- W usta- dodał. Udawałam, że się nad tym zastanawiam, jednak sama chciałam go pocałować. Musiałam tylko znaleźć odpowiednią wymówkę żeby to zrobić.
- Zgoda. A jeśli ja wygram?
- Zrobię coś dla ciebie- kącik jego ust wygiął się do góry.
- Jutro, spędzimy razem cały dzień na zakupach. Muszę kupić sobie sporo nowych ciuchów.
- Dobra. Więc jeśli ja wygram to dostanę zajebistego buziaka od ciebie, a jeśli ty, to spędzimy nudny dzień na zakupach- powiedział upewniając się. Skinęłam głową i podeszłam do mojej drużyny. Amanda przyglądała się grze. Domyślałam się, że Scott zabronił jej grać, ze względu na dzieci. Ustawiłam się przy siatce, naprzeciwko Ezry. Gotowa do gry, czekałam na podanie. Chciałam wygrać i pokazać mu, że nie jestem taka słaba. Dziękowałam swojej poprzedniej „ja”, za to, że tyle ćwiczyła. Miałam wysportowane ciało, na tyle, aby nie wyglądać jak te umięśnione dziewczyny. Byłam silna, choć wygląd na to nie wskazywał.

***

- Wygraliśmy!- krzyknęłam i zaczęłam się śmiać.- Jutro czeka cie NUDNY dzień zakupów!- zwróciłam się do blondyna, który wyglądał na zawiedzionego. Podeszłam do Tonny;ego i zaczęliśmy tańczyć nasz taniec zwycięstwa, który dosyć śmiesznie wyglądał.
- Ale dzisiaj wychodzimy?- upewnił się Ezra.
- Tak- odparłam.
- Przynajmniej to będzie jakimś pocieszeniem- powiedział już zadowolony.
- Czekaj kochanie- zaczął ciemnowłosy.- To my już nie jesteśmy razem?- zapytał kładąc dłoń na piersi.
- Przykro mi- odparłam śmiejąc się. Z tym głupkiem dobrze się dogadywałam i zawsze żartowaliśmy, tak jak w tym momencie.- On jest ładniejszy- wyszeptałam i wskazałam palcem na Ezrę tak, aby on tego nie usłyszał i zobaczył.
- Wiem- powiedział smutny Tonny, a ja wybuchłam śmiechem.
Wróciłam po swoje rzeczy i ruszyłam w stronę hotelu. Po chwili blondyn dołączył do mnie.
- Więc twierdzisz, że jestem przystojny?- zwrócił się do mnie.
- Tak- odparłam wydymając wargi.
- Dawne uczucia powracają?- wyprzedził mnie i spojrzał mi w oczy.
- Powoli, ale tak- uśmiechnęłam się.- Nigdy nie pomyślałabym, że można się zakochać dwa razy w tej samej osobie- stwierdziłam. Chłopak przyciągnął mnie do siebie i splótł nasze ręce ze sobą.
- To musi być prawdziwa miłość- powiedział. Zbliżył się do mnie próbując pocałować. Wyswobodziłam się i odeszłam. Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam.
- Przecież przegrałeś- wystawiłam mu język.- Nie ma nagrody.
- A coś dla pocieszenia?- zapytał.
- Pomyślę nad tym- oznajmiłam i weszłam do budynku.

***

      Wyszłam z łazienki opatulona ręcznikiem. Włosy miałam już wysuszone. Zostało mi tylko przebranie się w ciuchy, które przygotowałam sobie do wyjścia. Wybrałam turkusową sukienkę. Jej góra była czarna, a dół falbaniasty i zielony. Do tego dobrałam szpilki w kolorze góry. Włosy związałam w kok i wyciągnęłam kilka pasemek, które lekko podkręciłam. Ściągnęłam ręcznik i w stroju Ewy kucnęłam przed walizką. Wyciągnęłam z niej skąpą, ciemną bieliznę i ubrałam się w nią. Następnie założyłam sukienkę i wyszłam szukając blondyna.
    Już z daleka widziałam jak siedzi przy barze popijając drinka. No cóż... potrzebowałam trochę czasu, żeby się wyszykować. Ja potrzebowałam co najmniej godziny, a on jakieś pięć minut. Wziął szybki prysznic i przebrał się w czarną koszulkę, pierwszą, którą wyciągnął z torby. Nawet nie przejmował się zbytnio tym co ubiera. We wszystkim wyglądał zabójczo przystojnie. Odwrócił się twarzą do mnie i uśmiechnął. Koszulka miała głębsze wcięcie na dekolcie, gdzie wisiały okulary przeciwsłoneczne. Do tego ubrał brązowe szorty.
- Wyglądasz seksownie- wymruczał mi do ucha.- Więc co z moją nagrodą?
- Nie jestem pewna czy na nią zasłużyłeś- stwierdziłam, idąc w stronę wyjścia. Ezra objął mnie w pasie i szliśmy razem przytuleni do siebie.
- Ja nie zasłużyłem?- zapytał zdziwiony.- Więc co mam zrobić?
- Na początek znajdź jakiś club, gdzie będziemy mogli się dobrze bawić- odparłam.
- A potem?- znów usłyszałam jego uwodzicielski głos. Chyba już wystarczyło zwodzenie jego. Odwróciłam się do niego twarzą i przyciągnęłam do siebie. Nasze usta zetknęły się w namiętnym pocałunku. To było coś niesamowitego. Nagle cały świat się zatrzymał w tym momencie. Tylko on się dla mnie liczył. Czułam przyjemne mrowienia w miejscach gdzie mnie dotykał. W ustach miałam wrażenie, że małe iskierki tańczą, gdy nasze języki się stykały. On chyba też to poczuł. Brakowało mu tego i innych, jakichkolwiek zbliżeń ze mną.

     To musiała być prawdziwa miłość. On był moim jedynym. Wiedziałam, że to z nim chcę spędzić swoje życie. Założyć rodzinę, i u jego boku zestarzeć się.  



Trzeci rozdział za nami ;)
Nie wiele się w nim działo, ale powoli akcja się rozkręca ^^
Dzisiaj ( z racji tego, że zostałam w domku i nie poszłam do szkoły), zaczęłam pisać X rozdział i nawet powiem, że uroniłam przy tym kilka łez :D 
Tak, wiem... Jak można płakać przy swoim rozdziale, ale po prostu jestem wrażliwą osobą xd 
Koniec tych smętów. Chce wam podziękować za przeczytanie tego rozdziału, jak i poprzednich :*
Liczę na więcej komentarzy. Krytyka mile widziana!
Pozdrawiam
seoanaa

czwartek, 6 marca 2014

Księga II : Rozdział II

Wspomnienia i wyobrażenia urzeczywistniają się w ciszy”.






- Dobrze, więc zacznijmy od początku- zwróciłam się do blondynki, która siedziała na łóżku, znajdującym się w „moim” pokoju.- Ten blondyn to Ezra i jest moim chłopakiem?- zapytałam, na co ona skinęła głową.- Ty jesteś jego siostrą i chodzisz ze Scott'em, który jest moim bratem?- ponownie przytaknęła.- Reszta chłopaków to nasi przyjaciele, a ta dziewczyna jest moją matką?
- Tak- odparła uradowana. Opadłam na łóżko, obok niej i głośno westchnęłam.- To nie możliwe- wyszeptałam.
- Dlaczego?- zapytała marszcząc brwi.
- Przecież ona wygląda na prawie trzydzieści lat, a ja mam dziewiętnaście. Nie sądzisz, że to dziwne?- podniosłam głowę i spojrzałam na nią.
- To, że ona na tyle wygląda, to nie znaczy, że tyle ma. Na pewno nic nie pamiętasz?
- Jeśli pytasz się o porywaczy, to nie. Nie pamiętam żeby ktokolwiek mnie porywał, a tym bardziej jak wyglądali. Zresztą, nic nie pamiętam z wydarzeń z ostatnich dziewiętnastu lat. To tak jakbym po prostu urodziła się wczoraj- wyznałam.
- Lekarz powiedział, że to może być szok pourazowy, czy jakoś tak- stwierdziła dziewczyna.- Możesz odzyskać pamięć w ciągu pary dni.
- Albo nigdy- wtrąciłam.- Przepraszam, ale nie wydaje mi się żeby ten cały Patrick był dobrym lekarzem. Po prostu nie wygląda mi na niego- przekręciłam się na plecy, a mój wzrok utkwił na suficie. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj leżałam w śpiączce...
Gdy otworzyłam oczy i ujrzałam ten cały „tłum” wokół mnie, przeraziłam się. Obcy ludzie, wpatrzeni we mnie jak w jakieś bóstwo. Straszny widok. Widziałam, że ich ranie, wypowiadając te słowa, ale do jasnej cholery, oni mnie wystraszyli. Jak miałam inaczej zareagować? Zastanawiałam się czy nie piszczeć, ale jakaś część mnie mówiła, że to zły pomysł. Chyba dawna ja się odezwała. Byłam wdzięczna Amandzie, że zajmuję się mną i z cierpliwością odpowiada na każde moje pytanie. Dowiedziałam się nieco o sobie. Powiedziała mi, że zostałam porwana, gdy wracałam z Ezrą i jego kumplami z wakacji. Wybraliśmy się do Turcji i w czasie powrotu, jacyś Turkowie nas zaatakowali. Ponoć byli to wrogowie mojej matki i wybrali mnie, jako środek szantażu. A jaka byłam przed porwaniem?
  Amanda twierdziła, że byłam jedną z najsympatyczniejszych osób jakie ona w życiu spotkała. W jednej chwili potrafiłam być potulna jak kot, a następnie agresywna jak głodna lwica. Miałam humorki, zresztą jak każda dziewczyna w moim wieku. Moim hobby był sport. Codziennie rano ćwiczyłam z moim przyrodnim bratem. Gdy wprowadził się do nas Ezra, zastąpił go. Co do niego miałam mieszane uczucia. Stwierdziłam, że mam dobry gust, jeśli chodzi o mężczyzn, bo która by nie chciała mieć przy sobie takiego przystojniaka? Widząc jego, w moim ciele toczyła się istna wojna. Część mnie odczuwała pozytywne emocje wobec niego, a część negatywne. Dlatego też nie potrafiłam mu w tym momencie zaufać. Scott był jego przeciwnością.  Czułam, że nasze relacje brat- siostra, są po prostu dobre. Ufałam mu, tak jak i on mnie. Wiedziałam, że mogę na nim polegać. Na nim i jego dziewczynie.
- Wiesz?-Spojrzałam na Amandę.- Nie mogę uwierzyć, że matka pozwoliła mi zamieszkać z chłopakiem. Wybacz, ale dla Scott'a to chyba było za wcześniej... A tak w ogóle to, dlaczego mieszkamy razem? Skoro ona jest bogata, to mogła kupić mi i Ezrze jakiś dom, i wam też. Nie musielibyśmy mieszkać z tymi dzikusami- dziewczyna wybuchła śmiechem.
- Już ci mówiłam, że Scott jest twoim przybranym bratem. Zaadoptowałaś go, tak jakby. Jego prawny opiekun zniknął, więc ty się nim zajęłaś- wyjaśniła.- Lilith bardzo polubiła Ezrę, więc nie miała nic przeciwko temu, żeby się tu wprowadził. A ty nigdy byś nie pozwoliła Scott'owi, aby się wyprowadził. Zresztą sama mnie tu sprowadziłaś.
- A reszta chłopaków?- zapytałam.
- Nie wiem jak to wyszło. Po prostu tworzymy paczkę, więc razem zamieszkaliśmy- odparła. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywa. Czyżbym miała jakąś mroczną przeszłość? A może coś wstydliwego...
- Amanda. Mam do ciebie pytanie- zaczęłam.- Czy ja jestem dziwką?
- Co?!- krzyknęła. - Jak mogłaś tak o sobie pomyśleć?
- Przejrzałam dzisiaj swoją szafę i stwierdziłam, że ten ubiór pasuje tylko do dziwki. Sama zobacz- wstałam i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej parę czarnych bluzek i sukienek, które albo odsłaniały sporą część moich piersi, albo plecy, kończąc swoje wcięcie na tyłku. Były krótkie i ledwo sięgały za pośladki. Do tego wyciągnęłam parę seksownych kozaczków i rzuciłam nimi na środek pokoju. Podeszłam do kolejnej półki. Wyciągnęłam z niej komplet skąpej bielizny.- Widzisz? I ty mi powiesz, że nie jestem dziwką.
- Bo nie jesteś!- krzyknęła.- To wszystko kupiłaś, żeby ładnie wyglądać dla Ezry. Jak mogłaś tak o sobie pomyśleć?
Ponownie opadłam na łóżko, głośno wzdychając.- Zrozum mnie. Próbuję się czegoś o sobie dowiedzieć. No i te ciuchy... Na początku myślałam, że jestem jakąś emo-dziewczyną, widząc same czarne rzeczy. Potem gdy wyciągnęłam je z szafy... Przymierzyłam parę i stwierdziłam, że one idealnie pasują do dziwki. Myślałam, że to ukrywasz przede mną...- dziewczyna pokręciła głową.
- Ja nic nie ukrywam przed tobą. Po prostu widzę ciebie i myślę o mojej dawnej Samancie. Tej wesołej dziewczynie, która zawsze była przy mnie. O tym jaka byłaś szczęśliwa z Ezrą... A potem widzę jego jak wszystko niszczy- wyznała.- Jak niszczy siebie, próbując ciebie odnaleźć. Poświęcił wszystko, tylko po to, abyś wróciła. Jego miłość do ciebie, go niszczyła. Stęskniłam się za tobą, a teraz jak ty nas nie pamiętasz, po prostu jest mi przykro...
- Przepraszam. Nie wiedziałam...- przetarłam ręką twarz.- Nie wiem czemu, ale jakoś nie potrafię mu zaufać.
- To normalne, byliście ze sobą bardzo blisko. Potrzebujesz czasu, ale nie marnuj go. Widzę, jak unikasz Ezrę, powinnaś z nim spędzać jak najwięcej czasu. W końcu to z nim wiążesz najsilniejsze uczucia.
- Dzisiaj postaram się z nim pogadać. Mogłabyś mi coś jeszcze o mnie powiedzieć?- zapytałam próbując zmienić temat. Postanowiłam dzisiaj porozmawiać z chłopakiem. Amanda może mieć rację...
- Dużo czytasz. Uwielbiasz klasykę- powiedziała.
- Książki!- krzyknęłam uradowana.- Właśnie! A co ze szkołą? Nie powinnam być teraz w colleg'u?
- Nie. Skończyłaś liceum i odpuściłaś sobie dalszą edukację. W sumie nie była ci ona potrzebna...
- Aha- tylko to potrafiłam wypowiedzieć. W sumie szkoda, że skończyłam już szkołę. Miałam ochotę na dalszą naukę. Oderwałam wzrok ze ściany i skierowałam go na drzwi, z którego dochodziło ciche pukanie.- Proszę!- krzyknęłam.
- Nie przeszkadzam?- zapytał blondyn wchodząc do pokoju.
- Nie- odparła Amanda.- Tak właściwie to miałam już iść- wstała i udała się w stronę drzwi.- Zobaczymy się na obiedzie!- krzyknęła wychodząc z pokoju.
Zrobiła to specjalnie. Chciała żebym spędziła z nim trochę czasu. W sumie, sama się na to zgodziłam, ale jakoś nie byłam na to gotowa. Poprzedni zapał, po prostu wyparował.
- Przypomniałaś sobie coś?- zapytał siadając obok mnie. Pokręciłam przecząco głową. Denerwowało mnie to pytanie. Przecież jakbym sobie coś przypomniała, to bym im powiedziała.- Wiesz... pomyślałem, że mógłbym zabrać cię w parę miejsc. Może tam byś sobie coś przypomniała?
- To dobry pomysł. W sumie możemy nawet teraz jechać- oznajmiłam. Wstałam i podeszłam do szafy, szukając jakiś mało „dziwkarskich” ciuchów.
- To ja będę czekać na dole- uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam przyjemne ciepło w brzuchu. Chyba rzeczywiście coś do niego czułam. Wyciągnęłam z szafy jakieś jeansy i bluzkę. Oczywiście czarną... Do tego dobrałam ciemną, skórzaną kurtkę i weszłam do łazienki. Stwierdziłam, że muszę wybrać się do sklepu po jakieś normalne ciuchy, bo te do niczego się nie nadają.


***EZRA***

- Szybko- stwierdziła blondynka, gdy wszedłem do kuchni.
- Szykuje się. Zaraz zabieram ją na miasto- odparłem i wyciągnąłem butelkę soku z lodówki.
- Ezra, ja tak dłużej nie mogę- dziewczyna usiadła przy stole i oparła brodę na dłoni.- A jeśli coś sobie przypomni? Przecież będzie miała do nas pretensje za te wszystkie kłamstwa...
- Ciszej!- Szepnąłem.- Jeszcze cię usłyszy! Słuchaj. Patrick powiedział, że to może potrwać nawet kilka lat, więc nie możemy jej teraz nic powiedzieć. Niech myśli, że jest zwykłym człowiekiem, bo przecież kto by chciał wiedzieć co zrobił i kim, albo czym tak naprawdę jest, będąc na jej miejscu? Chciałabyś wiedzieć, że zabiłaś tyle osób co ona? Albo co się stało w Cerisie?
- A jeśli Wallisey ją znajdzie, to co wtedy? Też jej powiesz, że to jeden z porywaczy? Tak właściwie, to skąd przyszło ci do głowy, żeby takie coś wymyślić?
- To jedyne co mi przyszło do głowy- wyznałem.- Dla jej bezpieczeństwa, niech lepiej nic nie wie o sobie. Będziemy udawać, że jest zwykłą dziewczyną.
- No dobrze, a co ze znakami? W końcu kiedyś się ujawnią, a wtedy...
- Dopiero wtedy będziemy się martwić- wtrąciłem.- Jeśli możesz to idź ją spakuj, jeszcze dzisiaj wieczorem chce stąd wyjechać- dziewczyna bez słowa wyszła z kuchni.
 Amanda miała rację. Co się stanie jeśli Król ją znajdzie? Na pewno zabije, albo porwie do Cerisu, a wtedy nie będzie już taki miły dla niej. Wybrałem odpowiednie miejsce dla nas. Kupiłem dom, w którym moglibyśmy się wszyscy zmieścić. Teraz najważniejsze było to żeby ją ochronić, dlatego też chłopaki musieli nam towarzyszyć. Na pewno ten kraj jej się spodoba. Sama tyle mi o nim opowiadała. Wspominała jak kiedyś tam mieszkała. Opisała mi swój dom i wszystko co tam się działo. Już wcześniej planowałem wyjechać tam z nią, nawet znalazłem podobny budynek, który mi opisała. Chciałem aby wszystko było idealnie. Przez ostatnie wydarzenia, zmuszeni zostaliśmy do wyprowadzki, dlatego też postanowiłem kupić wybrany wcześniej dom.
 Wyrzuciłem pustą butelkę i spojrzałem na Samathę, która właśnie schodziła ze schodów. Uśmiechnęła się do mnie. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo się za nią stęskniłem.


***SAMANTHA***


 Zatrzymaliśmy się przed jednym z barem. Dochodziła piętnasta, więc właśnie lokal został otwarty. Chłopak otworzył drzwi i pomógł mi wyjść. Skierowaliśmy się do wejścia.
- Co my tu robimy? - zapytałam zerkając na blondyna.
- Tu się poznaliśmy- uśmiechnął się zalotnie do mnie.
- Co ja robiłam w takiej spelunie?- zapytałam czując smród papierosów i alkoholu. Pomieszczenie nie było zbyt przyjazne. Stwierdziłam, że w takich miejscach tylko bandyci przesiadują.
- Pobiłem się z twoim bratem- spuścił głowę. Wyczułam od niego skruchę. Było to dość dziwne uczucie...- Gdy cie zobaczyłam, zamurowało mnie. To jak z gracją podeszłaś i nas rozdzieliłaś. Wiem, że to głupie i nie powinienem tego ci wyznawać, ale chce być wobec ciebie szczery. Powinnaś wiedzieć jak to się zaczęło.
 Zajęliśmy miejsca w kącie i zamówiliśmy napoje. Analizowałam każdy element, próbując sobie coś przypomnieć, jednak bez żadnych rezultatów. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Ezra cały czas wspominał nasze wspólne chwile. Przyjemnie się słuchało tego, jak bardzo się dla mnie starał. Czułam, że mówi prawdę, ale w duszy wiedziałam, że każdy z nich coś ukrywa.
Do lokalu weszło kilka osób, a ja poczułam zimny pot na karku. Dreszcze przeszywały mnie po całym ciele.
- Możemy stąd iść?- zapytałam sięgając po torebkę.
- Coś nie tak powiedziałem?- zaniepokojony zmarszczył czoło.
- Nie, ale ci ludzie są jacyś podejrzani- wskazałam na nowo przybyłych gości. Ezra uśmiechnął się do mnie ciepło i wstał.
- Nie bój się ich, to moi starzy znajomi- chwycił mnie pod ramię i ruszyliśmy do wyjścia. Nagle zza schodów, pojawił się jakiś facet i wpadł na mnie.
- P...przepraszam- odezwał się i ujrzałam przerażenie w jego oczach. Mój „chłopak” roześmiał się. Mierzyłam nieznajomego wzrokiem, a ten stał i wyglądał na sparaliżowanego.
- Co jest?- zapytałam śmiejącego się blondyna.
- Aaron, nie bój się. Ona cie nie pamięta- zwrócił się do niego. Wzruszyłam ramionami. Miał rację, nie znałam go i nic sobie nie przypominałam.
- Jjak to?- jąkał się.
- Miała wypadek i straciła pamięć- odparł, na co ten wypuścił głośno powietrze z ulgi. Czy ja mu coś zrobiłam?
- Czyli ona też ciebie nie pamięta?- zapytał niedowierzająco.
- Tak. Niczego nie pamięta. Próbujemy przypomnieć jej cokolwiek.
- To chyba ja już pójdę...- odparł przerażony i uciekł. Było to dziwne, gdyż zachowywał tak, jakbym Bóg wie co mu zrobiłam. A może jednak? Chyba się mnie bał...
- Co ja mu zrobiłam?- zapytałam, gdy wyszliśmy z baru.
- Nic- uśmiechnął się tajemniczo.- To on powiedzmy, że zranił cię. Teraz boi się, twojej zemsty.
- To aż tak okrutna byłam?- załamałam się.
- Nie!- krzyknął.- A jakbyś zareagowała na osobę, która udawała twojego przyjaciela? Chyba nie chciałabyś spotkać go więcej?
- W sumie... masz rację. A już się bałam, że jestem jakąś mściwą szmatą- przyznałam.
- Oj kochanie nie mów tak o sobie- przytulił mnie do siebie. Było to dosyć przyjemne, ale wciąż nie mogłam pozwolić na takie zbliżenia. Tak naprawdę nie znałam go.
- Możemy już jechać?- zapytałam wsiadając do auta. Chłopak skinął głową i zajął miejsce kierowcy.

 Odwiedziliśmy sporo miejsc. Zaczęliśmy od parków, w których często ponoć przebywałam, a skończyliśmy w jakieś restauracji, jedząc kolację. Niestety, nic sobie nie przypomniałam. Wielka, czarna pustka, gościła w mojej głowie. Zrezygnowana, poprosiłam go o powrót do domu. W czasie tego zwiedzania, Ezra wyznał mi o przeprowadzce. W sumie, nie wiem czemu, ale zgodziłam się na to. Co jeśli ci porywacze znów zaatakują? Chociaż trochę się załamałam słysząc, że jeszcze dzisiaj wyjeżdżamy...
 Gdy dotarliśmy do domu, okazało się, że moje rzeczy są już spakowane. Do torebki wrzuciłam podręczne przedmioty i wzięłam prysznic. Amanda naszykowała mi ciuchy na podróż, za co byłam jej wdzięczna. Były to zwykłe ubrania. Żadnych bluzek z wypiętym biustem. Ubrałam czarne spodnie i czerwony, szeroki sweterek. Niestety, musiałam ubrać tą bieliznę, którą kupiłam dla Ezry. Chociaż wyglądałam w niej nieziemsko, to czułam jak wpija mi się w tyłek. Rozpuściłam swoje czarne włosy i zeszłam na dół. Wszyscy byli już gotowi. Ubrałam skórzaną kurtkę i podbiegłam do salonu. Przypomniałam sobie o zdjęciu na komodzie. Nie wiem czemu, ale było dla mnie dość ważne. Złapałam za ramkę, i wrzuciłam go do torebki.  Gdy wczoraj zwiedzałam dom czułam, że z tym zdjęciem jestem bardzo związana. W końcu byłam na nim ze swoim prawdziwym bratem, który zginął w zeszłym roku. Chociaż dziwnie przypominał Scott'a...
Ostatni raz przejrzałam dom i wyszłam trzaskając drzwiami. Jechaliśmy dwoma autami. Nasze rzeczy już wcześniej zostały zabrane i wysłane do nowego domu. Zajęłam miejsce z tyłu wraz z Ezrą. Z przodu siedział Nathaniel i Matt, a w drugim reszta chłopaków z Amandą. Moja „matka” miała się z nami spotkać na miejscu. Dojechaliśmy na lotnisko i, po zajęciu miejsca w samolocie, usnęłam.
 Długo nie spałam. Ilekroć zamykałam oczy, męczyły mnie koszmary. Wyglądały jakby wizje z mojego poprzedniego życia, które nazywałam za czasów „pamięci”. Śniły mi się różne urywki. Najpierw byłam w starej chacie, z nieznajomym mężczyzną, podobnym do Aarona, a następnie bawiłam się na balu, w jakieś willi. Wszystko wyglądało jakby było sprzed kilku wieków. Świadczyły o tym stroje gości i wystrój tego zamku. Jednak nie było to możliwe, abym tam byłą, patrząc na mój wiek...
 Utkwiłam wzrok w chmury i niebo za oknem. Piękny widok. Aż chciało się wyjść i położyć na tych puszystych pierzynach.
- Nie śpisz?- usłyszałam cichy szept Ezry. Oczywiście musieli nas posadzić razem.
- Chyba mam dość snu. Przynajmniej na razie- zdobyłam się na uśmiech. Chłopak zauważył moje kłamstwo.
- Hej- złapał mnie za rękę.- Nie musisz przy mnie udawać. Coś się stało?- zapytał głaszcząc kciukiem moją dłoń.
- Oprócz tego, że straciłam pamięć, siedzę w samolocie z tak naprawdę obcymi dla mnie ludźmi i przeprowadzam się do nowego, znowu. obcego mi miejsca, to nic mi nie jest- analizowałam jego reakcję. Posmutniał. Dopiero teraz doszło do mnie, jak wrednie to zabrzmiało.- Przepraszam- spuściłam głowę.- Po prostu to dla mnie za wiele...
- Wiem- odezwał się po chwili. Chyba moja poprzednia wersja nigdy tak się nie zachowywała. Ta nowa była słaba i wrażliwa.- Chyba zbyt dużo od ciebie wymagamy, ale uwierz mi. Nikt więcej ciebie nie skrzywdzi. Już nie- sprostował.- Próbujemy ciebie ochronić.
- Ale jak ja mam wam w to uwierzyć, skoro was nie znam?- spojrzałam w jego piękne, niebieskie oczy.
- Zdaj się na swój instynkt- powiedział z uśmiechem.- Zawsze się nim kierowałaś.
- Na prawdę?- zapytałam niedowierzająco.
- Tak, a on nigdy się nie mylił. Powiedz, co teraz czujesz wobec mnie?
- Sama nie wiem... Myślę, że mogę ci zaufać...- wyznałam.
- Ale?- zapytał unosząc jedną brew w śmieszny sposób.
- Boję się.
- Przy mnie nie masz czego się bać. Ja zawsze będę cię chronić i nie pozwolę żeby ktoś cię skrzywdził. Przysięgam, że już więcej nic ci się nie stanie- złożył delikatny pocałunek na mojej dłoni. Mój „instynkt” aż krzyczał i prosił o więcej.- Chodź- uniósł rękę, a ja przytuliłam się do niego. Przykrył nas kocem, a ręką gładził mnie po plecach.- To powiesz mi teraz, czemu nie możesz spać?
- Koszmary- odpowiedziałam krótko.
- Co ci się śni?- W jego tonie można było wyczuć zaniepokojenie, choć nie wiem czym miało to być spowodowane. Przecież każdy miewa czasem koszmary...
- W sumie, to nie było nic strasznego. Zwykły bal i to wszystko. Jednak bałam się. Nie wiem czemu, ale myślałam, że ktoś chce mi coś zrobić- wyznałam.
- Jaki bal?- zapytał zaciekawiony.
- Nie wiem, ale miałam na sobie piękną, białą suknię. Całe pomieszczenie było ozdobione białymi i czerwonymi różami. Wyglądało ładnie, ale myślałam, że ktoś chce mnie zabić. Ty chyba też tam byłeś. Nie jestem pewna, bo miałeś maskę, ale wydawało mi się, że to ty.- Gdy skończyłam, usłyszałam cichy śmiech chłopaka.- To nie jest śmieszne- odparłam oburzona. To ja mu zaufałam, a ten się jeszcze ze mnie nabija...
- Przepraszam. Czasem zapominam, że ty straciłaś pamięć- przewróciłam oczami. Jak mógł o tym zapomnieć, skoro to był główny temat wszystkich rozmów?- Nie dawno byliśmy na takim balu. Bal przebierańców w Turcji. To było zanim cię porwali..- zamilkł.
- Ale przecież to wyglądało jakby było w średniowieczu- westchnęłam.
- To dobry znak. Skoro masz sny ze wspomnieniami, to pamięć może powróci. Miejmy taką nadzieję.
- Ezra...- zaczęłam niepewnie.- Czy mógłbyś opowiedzieć mi o nas? Chciałabym wiedzieć tylko, jacy byliśmy razem...- czułam jak się uśmiecha.
- Oczywiście- odparł, a następnie zaczął opowiadać. Z zaciekawieniem słuchałam historii pełnej miłości. To tak jakbyśmy byli jednością. On dopełniał mnie, a ja jego. Nie wiem czemu, ale miałam wrażenie, że był zdolny do oddania życia za mnie. Słuchałam go, póki zmęczenie nie wygrało, a ja po prostu usnęłam w jego ramionach. Tym razem nie męczyły mnie koszmary. Pierwszy raz czułam się bezpieczna.


- Tu będziemy mieszkać?- zapytałam wybałuszając oczy. Wychodząc z auta ujrzałam wielki zamek. Budowla zajęłaby cztery, może nawet pięć, poprzednich moich domów. Rozumiałam, że moja matka była bogata, ale bez przesady...
- Podoba się? -zapytał Matt, wyciągając nasze bagaże.
 Przeleciałam wzrokiem całą posesję. Budynek wyglądał na dość stary. Każdy bok zakończony był wieżą. Miejscami, odlatywał tynk, ale i tak był niesamowity. Składał się z dwóch pięter i zapewne strychu. Ściany parteru zdobiły kwadratowe okna. Przed wejściem były dwie balustrady, podtrzymujące mały daszek. Do środka prowadziły dwudrzwiowe, zapewne mosiężne, drzwi. Ogród był wielki. Niestety teraz przykryty cienką warstwą śniegu, ale wiedziałam, że na pewno jest śliczny.
- Jeszcze pytasz?- wydobyłam się na uśmiech. Miałam złe przeczucia, jeśli chodzi o Matt'a. Na początku myliłam go ze Scott'em. Z wyglądu byliśmy nawet do siebie podobni... Obydwoje mieliśmy czarne włosy i oczy, ten sam odcień cery... jednak inne rysy twarzy. Oczywiście charaktery też. Nawet czasem się zastanawiałam czy nie jest członkiem żadnej mafii...
Na posesje wjechał kolejny, czarny Subaru Forester, z którego wyszła reszta lokatorów. Scott w jednej ręce trzymał torbę, a drugą obejmował Amandę i weszli do środka śmiejąc się.
- Czy ja tu kiedyś byłam?- zwróciłam się do Ezry, który właśnie zamykał pusty bagażnik.
- Tu nie- wskazał na dom.- Ale mówiłaś mi kiedyś, że już byłaś w Irlandii.
- To dlatego się tu przeprowadziliśmy?- zapytałam zdziwiona.- Myślisz, że to przywróci mi pamięć?
- Mam taką nadzieję, ale przyjechaliśmy tu, bo tak zdecydowała twoja matka- poczułam ukłucie w okolicach serca. Chyba mój instynkt się odezwał, jednak nie wiedziałam co to miało znaczyć.
Matt wszedł do środka, a ja czekałam na Ezrę, który wrócił się do samochodu. Przyglądałam się Natte'owi i Tonny'emu, którzy zaczęli bitwę na śnieżki. Kilka białych kul poleciało w stronę blondyna. Jedną z nich dostał prosto w twarz. Wybuchłam śmiechem.
- Czy ty się ze mnie śmiejesz?- zapytał Ezra podnosząc mnie. Kurczowo chwyciłam się go za szyję.
- Postaw mnie!- pisnęłam.- Już nie będę!
- Za późno- oznajmił, a następnie obydwoje leżeliśmy w śniegu. Zaczął nacierać mnie zimnym puchem, a ja wierciłam się, próbując wydostać z jego objęcia. Po chwili poczułam napływ energii. Popchnęłam chłopaka tak, abym to teraz ja na nim siedziała. Zaskoczony, nie wiedział jak zareagować. Zaczęłam go nacierać, czując wielką satysfakcję z obrotu spraw.
 Cali przemoknięci weszliśmy do środka, gdzie panował wiktoriański wystrój. Amanda zaprowadziła mnie do mojego nowego pokoju, gdzie na środku czekały moje bagaże. Wyciągnęłam z nich suche ubrania i przebrałam się. Rozpakowałam kilka walizek i kartonów, a rzeczy ułożyłam w pustych szafkach. Pokój był wielki. Miałam własną łazienkę, balkon i mały salonik. A do tego osobne pomieszczenie, służące jako garderoba. Czułam się jak księżniczka we własnym zamku. A do tego mój książę mieszkał w pokoju obok.
Westchnęłam głośno. Mój książę... o ile w ogóle go pokocham...
 Układając swoje rzeczy, dobrze się im przyjrzałam. Niestety, żadnych wspomnień. Miałam nadzieję, że znajdę jakiś album ze zdjęciami. Jednak nie było ani jednej fotografii, oprócz tej z moim zmarłym bratem. Wyciągnęłam zdjęcie z torebki i jeszcze raz się mu przyjrzałam. Ten chłopak strasznie przypominał mi Scott'a... Postawiłam je ma szafce przy łóżku. Nie miałam ochoty zaprzątać sobie nim teraz głowy. Mój prawdziwy brat nie żył i koniec. Nawet nie poczułam smutku. Po prostu go nie znałam. Albo nie pamiętałam.
W pokoju rozległo się ciche pukanie, a następnie do środka weszła moja matka.
- Hej kochanie- powiedziała zbliżając się do mnie. Nie wiem czemu, ale jakoś niezbyt za nią przepadałam.- Jesteś głodna? Właśnie podają obiad, więc...
- Nie dziękuje- przerwałam jej.- Nie jestem głodna- kobieta posmutniała i zajęła miejsce obok mnie na łóżku.
- Sam. Wiem, że masz mi za złe to, że przez moją pracę omal nie zginęłaś, ale wiedz, że mi też jest ciężko. Bardzo cię kocham i nie chce aby stała ci się żadna krzywda.
Prychnęłam. Wstałam i podeszłam do okna.
- Nie wiem czemu, ale nie wierzę ci- powiedziałam patrząc jak ziemia zostaje ponownie przykryta śniegiem.- Wiem, że nie jesteś do końca ze mną szczera, więc nie licz na nic przyjemnego z mojej strony. To, że jesteś moją matką o niczym nie świadczy. Powiedz mi dlaczego Jerremy nie żyję? Też został porwany?- spojrzałam na kobietę, która wyglądała na nieco zmieszaną.
- To był wypadek- powiedziała opuszczając głowę.- Wjechał pod samochód... Nawet nie zdążyłam zareagować- kilka łez spłynęło jej po policzku. Kolejne ukłucie...
- Daruj sobie te sceny. Wiem, że udajesz- nie ukrywałam złości. Mój instynkt przyczynił się do wypowiedzenia tych słów. - Wiesz co? Mogę udawać grzeczną córkę, która nad życie kocha swoją matkę. Ma kochającego chłopaka i mnóstwo przyjaciół wokół siebie. Ale wiedz, że ja wiem, że to wszystko to fikcja. Ukrywacie coś przede mną i radzę wam mi to powiedzieć, bo gdy odzyskam pamięć, nie będzie tak miło- wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Kobieta wyszła bez słowa, a ja nawet nie poczułam żalu za to, co jej powiedziałam. W końcu należało jej się to.
-Masz rację- odezwał się cichy głosik w mojej głowię.- Zniszczymy ją...
Przekręciłam głową i ruszyłam do łazienki, z zamiarem wzięcia długiej, odprężającej kąpieli.


***


 Wszędzie leżały ciała martwych osób. W ich oczach widać było strach i przerażenie. To tak, jakby właśnie przez swój lęk umarli. Próbowałam ominąć je, ale było ich zbyt wiele. Kładąc nogę na ziemi, musiałam nadepnąć na jakąś ich część. Nawet pod grubą podeszwą czułam zimno wydobywające się z ich ciał.  Rozejrzałam się po polu. Trupy ciągnęły się w nieskończoność. Wiatr się zmagał, a na ciemnym niebie zawitały czarne, burzowe chmury. Obróciłam się szukając jakiegoś schronienia. Za mną zmaterializowała się jakaś postać, przez co pisnęłam ze strachu.
- Widzisz to?- zapytał swoim oziębłym głosem, wskazując na ciała. Skinęłam głową przerażona.- To twoje dzieło- powiedział niemalże z jadem w głosie. Łzy pociekły mi po policzkach.
- Kłamiesz!- odzyskałam swój głos.- Ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła!
- Ty nie – uśmiechnął się tajemniczo- ale ona tak- wskazał palcem za mną. Obróciłam się i ujrzałam siebie. Mierzyła mnie wzrokiem, podle się uśmiechając.
- Już nie jesteś taka odważna- wyszeptała, przez co zaczęły przeszywać mnie dreszcze.- Oj, kochana nie musisz się mnie bać...
- Kim ty jesteś?- zapytałam odchodząc od niej. Ledwie ruszyłam krok do tyłu, a ta znów znalazła się przy mnie.
- Jestem tobą- wyszeptała.- To twoje prawdziwe ja.
Spojrzałam na nią przerażona. To nie było możliwe. Widząc ją, widziałam śmierć. Ona była śmiercią. Ona zwiastowała nieszczęście i ból. Ona zabijała, nie ja.
- Zostaw mnie w spokoju!- krzyknęłam zalewając się łzami.
- Biedactwo- odgarnęła moje włosy z twarzy.- Takie słabe, niewinne, nieświadome... Ja bym nigdy nie pozwoliła sobie na to.
- Dlatego ty nie jesteś mną- poczułam przypływ energii. Teraz miałam ją w garści.
- Jestem. W środku ciebie- dźgnęła mnie palcem w pierś- Semper simul – na jej twarzy zawitał łobuzerski uśmieszek.
- Na zawsze razem- wyszeptałam, tłumacząc jej słowa. Nagle łacina stała mi się dobrze znana. Tak, jakby była moim ojczystym językiem.
- Użył mądrze tej wiedzy, inaczej zniszczymy cię, a wtedy nigdy już nie powrócisz- spojrzała za siebie.  Zrobiłam to samo i ujrzałam parę, czerwonych, płomiennych oczów. Słyszałam okropny śmiech, który brzmiał jak rechot. Ruszyłam do ucieczki, czując strach. Znowu miałam wrażenie, że ktoś chce mnie zabić. Pomimo tego, że dłońmi zakryłam uszy, jego okropny śmiech rozbrzmiewał jak echo w mojej głowie. Opadłam na kolana między ciałami i głośno krzyknęłam, płacząc.

 Podniosłam się do pozycji siedzącej, budząc ze snu. Głośno dyszałam. Czułam zimny pot na karku.
Świetnie... Koszmary powróciły, ale ten był straszniejszy od poprzednich. Wydawał się taki rzeczywisty.
Nagle drzwi do mojego pokoju się otworzyły i do środka wparował blondyn trzymając coś w ręce. Kręcił się w miejscu, szukając czegoś. Spojrzałam na niego jak na idiotę i uniosłam brew w pytaniu „co ty do cholery wyprawiasz”.
- Nic ci nie jest?- zapytał podchodząc do mnie.
- Miałam kolejny koszmar- wyznałam.
- Myślałem, że to włamywacz- odparł z wyraźną ulgą. Postawił swoją broń na szafce i usiadł na łóżku. W słabym świetle mogłam dostrzec jego umięśnienie. Był w samych bokserkach...
- I chciałeś go załatwić wazonem?- zapytałam dostrzegając przedmiot.
- Wiesz... raz mnie załatwiłaś takim wazonem- wyznał.- Więc myślę, że w moich rękach zrobiłby większą krzywdę jakiemuś gościowi- zaśmiałam się.- To może opowiesz mi o swoim śnie? Kolejne wspomnienie?
- Nie- zaprzeczyłam.- Tym razem był to naprawdę koszmar, ale nie mam ochoty o nim mówić...- zgięłam kolana i oparłam na nich brodę.
- To może przyniosę ci coś do picia?- zaoferował.
- Mógłbyś zostać dzisiaj ze mną?- zapytałam niepewnie.- Przy tobie czuję się bezpieczniej...
- Nie ma sprawy- uśmiechnął się. Wstał, aby zamknąć drzwi i po chwili leżeliśmy razem przytuleni do siebie. Przy nim koszmary mnie nie męczyły. Na prawdę czułam się bezpieczna.





Hej misiaki <3
Wracam do was po krótkiej przerwie :) Choć muszę przyznać, że miała potrwać nieco dłużej... Zaplanowałam ją do końca marca. Miałam nadzieję, że odpocznę sobie trochę od pisania. Ale jak widać się myliłam... Tak więc, ferie się już niestety skończyły :c W ich trakcie zdążyłam napisać 7 kolejnych rozdziałów, za co jestem z siebie dumna :D Oczywiście, planowałam podczas nich trochę pouczyć się na konkurs, ale opowiadanie było ciekawsze <3 Teraz będę mogła nadrobić zaległości w szkole xd 
Z racji tego, że jestem kilka rozdziałów do przodu, każdy kolejny będzie opublikowany w piątek ( tak jak sami wybraliście). 
A i zapomniałabym! Chciałam podziękować za wszystkie poprzednie komentarze, które bardzo umilają mi pisanie ^^. Jednak teraz zauważyłam, że jest ich coraz mniej... Wasza opinia bardzo się dla mnie liczy, więc byłabym wdzięczna o pozostawienie jakieś notki po sobie :) 
Pozdrawiam
seoanaa