wtorek, 5 maja 2015

Rozdział 12 Księga III

Przypominam, że na SO wciąż trwa nabór :* Zapraszam wszystkich chętnych! 
Możesz też zgłosić swojego bloga do spisu, zamówić szablon, albo ocenę!




"Gdy Niebo mi oporne, Piekło wzruszę do dna"


LEA

 W ciągu tygodnia wróciły moje siły. Inkub mylił się. Potrzebowałam o wiele więcej czasu, niż mówił. Ale czego można było się po nim spodziewać? Impreza ważniejsza, niż dusza zmarłego... Chociaż po czterystu latach takiego siedzenia, pewnie też bardziej przejmowałabym się Ibizą, niż martwymi. 
 Właśnie jadłam śniadanie z Carterem, oczekując na powrót ojca, który bez żadnych uprzedzeń postanowił nas zostawić. Znaczy się wyjść, zabierając ze sobą wujka Scotta. 
– Masz zamiar tak cały dzień znowu przesiedzieć w domu? – zapytał upadły.
– Yhy – mruknęłam przeżuwając kanapkę. 
– Telewizja?
– Yhy.
– Lody?
– Yhy. 
– A może ruszysz ten tyłeczek i pójdziesz trochę poćwiczyć? – zaproponował. – Nie to, że jestem kiepskim ochroniarzem, ale jakaś pomoc z twojej strony by się przydała. 
Odłożyłam kanapkę na talerz, wytarłam usta i spojrzałam na niego, spokojnie mówiąc:
– Przez ostatnie kilka lat miałam wielki problem ze snem. Teraz nareszcie potrafię się wyspać i czuję się wypoczęta. Więc przykro mi, że chcę korzystać z tej chwili wolności. 
Carter zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się nad sensem moich słów. 
– Słyszałem, że wygnańcy miewają problemy ze snem, gdy inni wygnańcy chcą się z nim skontaktować. Miewasz jakieś koszmary? – chciał wiedzieć. 
– I to nie byle jakie... – westchnęłam. – Głównie na temat swojej śmierci, albo śmierci innych osób. Widziałam, jak mój ojciec umiera, wujek Scott i jego synowie, a także śmierć wielu innych osób, których nigdy nie spotkałam na oczy. Wątpię, żeby ktoś chciał się w ten sposób ze mną skontaktować. 
– Czy ty w ogóle wiesz kim jest wygnaniec? – zapytał zdziwiony. 
Przez chwilę poczułam się, jak dwulatka, której ktoś tłumaczył obsługę Neriny*, ale ten stan szybko minął. 
– Mniej więcej – mruknęłam pod nosem. 
– Wygnaniec to bardzo potężna istota – zaczął. – Mieszańcy boją się ich, ze względu na ich moce. Nie chodzi o to, że nie mogą znaleźć sobie żadnego miejsca, bo do nikogo nie należą. To są wolne istoty. 
– I tylko dlatego się ich boją? – Nie powiem, że jakoś usatysfakcjonowała mnie ta odpowiedź. Śmierć też jest potężny. Lucyfer również, a jakoś nie muszą się ukrywać.
– A myślałem, że pochodzisz od Rivelashów – przewrócił oczami i przyłożył dłoń do czoła. 
– Wątpisz w moje pochodzenie? – warknęłam.
Kilka set lat temu moja babcia – Lilith, zdradziła swojego męża, dzięki czemu narodziła się moja matka – Samantha. Rodzina Rivelashów wywodzi się od potężnych demonów. Ojcem Samanthy był Lucyfer, aktualny król Piekła. To właśnie było przyczyną jego upadku. Krew Rivelashów zawsze jest dominująca, co nie znaczy, że możemy łączyć się z kim chcemy. Nasi partnerzy zostają starannie dobrani, aby nie skazić jakimś cudem potomków. Jednak, gdy półdemon się zakochuje, ta miłość jest wieczna i nieodwracalna. Dlatego też, gdy babcia pokochała Lucyfera, nie mogła wytrzymać ze swoim mężem. Zdrada nie wyszła jej na dobre. Wybuchł bunt, obalono władców, a Ceris przez setki lat był niedostępny dla wszystkich. 
 Dlatego też słowa Cartera wkurzyły mnie niemiłosiernie. Rozumiem, że przeszłości nie można zmienić, ale nie powinno płacić się za błędy przodków, prawda?
– Nie o to mi chodziło – pokręcił głową. – Nigdy nie czytałaś kronik Radzimira? Matlara? Maceya? Wszyscy byli połączeni z wygnańcami i twoją rodziną. No... Radzimir jest twoim przodkiem. 
– Wiem, co nie zmienia faktu, że nadal mi nie powiedziałeś kim jest wygnaniec. 
Carter poprawił się na krześle, siadając po turecku. Sięgnęłam po kolejną kanapkę i wpatrywałam się w niego, czekając na kontynuację historii. 
– Dawno dawno temu, gdy Paters został zaatakowany, a Radzimir przybył im na ratunek, zostało powołane pewne bractwo. Bractwo Krwi. Aeszna – demon, który zaatakował wtedy Nefilimów, zniknęła z powierzchni. Kiedyś usłyszałem, że Śmierć się nią zajął, ale to już inna kwestia. Bo, gdy...
– Dobra, przejdźmy do konkretów – przerwałam mu. 
– Bractwo Krwi miało zająć się porządkiem. Ich główna siedziba była w Czyśćcu. Stamtąd pilnowali nas wszystkich. W skład bractwa wchodził każdy z przedstawicieli jednego gatunku: demon z Piekła, nefilim z Patersu, półdemon z Cerisu, anioł z Nieba i wygnaniec. To właśnie wygnaniec kierował całym bractwem. 
– Kim był ten wygnaniec? – zaciekawiłam się. – I dlaczego ja nic nie wiem o bractwie?!
– To wszystko jest w kronikach, a o bractwie nie mówi się od wieków. Nikt nie znał wygnańca. Oprócz oczywiście reszty członków. Ale wracając do mojego opowiadania... Radzimir oddał swój miecz i moc Bractwu, aby oni się nim zajęli. To była zbyt duża moc, a stary Rivelash był pewny, że Bractwo będzie się nim opiekować. 
– Ale tak się nie stało – domyśliłam się.
 – Nie – pokręcił głową. – Wygnaniec uciekł z mieczem, który był najpotężniejszym artefaktem z tych wszystkich przedmiotów. Dlatego też ludzie boją się wygnańców. Są nieobliczalni i niebezpieczni. 
– To co on zrobił z tym mieczem? 
– Nic – wzruszył ramionami.
 – Zaatakował kogoś?
– Nie.
– Zranił kogoś? – dopytywałam się.
– Nie. 
– Więc dlaczego się go boicie?! – wrzasnęłam. 
Carter pokręcił głową, a następnie spojrzał na coś za moimi plecami. Ja także podążyłam za jego wzrokiem. 
– Bo oni myśleli, że Samantha ze względu na swoje pochodzenie jest wygnańcem – odezwał się Cameron.

EZRA

Piekło upada. 
Nie powinny mnie zaskoczyć jego słowa. Ale i tak w środku czułem niemiły ucisk, gdy wypowiadał je. Po tylu wiekach, tak dziwnie żyć ze świadomością, że twój świat upada. 
Tak, właśnie. 
Gdy Piekło zniknie, pociągnie za sobą Ceris. My byliśmy zależni od nich. Nasz świat istniał tylko dzięki demonom.
A teraz to wszystko miało zniknąć. 
Nie. Nie mogę na to pozwolić! 
Przeteleportowaliśmy się prosto do salonu. Scott oczywiście musiał na mnie wpaść. To się robiło już denerwujące... Po tylu latach mógłby się nauczyć perfekcyjnie przenosić, a nie za każdym razem na kogoś włazić! 
– Uważaj, baranie – mruknąłem zły.
– Odezwał się cap jeden – zaśmiał się. 
– Ten cap jest twoim królem – przypomniałem mu. 
– Nie marudź, tatuśku. Ja idę się napić, a ty tłumacz dzieciakom co się stało – skinął głową na trójkę osób siedzącą w kuchni. Moja córka wraz z upadłym siedzieli przy kuchennej wyspie, zaś Cameron stał kilka kroków przed nim. 
Przetarłem dłonią twarz. Gdy ponownie otworzyłem oczy Scotta już nie było.
 Dzięki, mój ty pomocniku króla!
– Tato? – odezwała się moja córka. –Wszystko w porządku? 
Postanowiłem usiąść naprzeciwko nich. Nakazałem również Cameronowi zajęcie miejsca. On także musiał się dowiedzieć co takiego ustaliła Rada. 
– Mieliśmy zebranie Rady – westchnąłem. – Nie będę was oszukiwać, nie jest za wesoło. 
– Powołujecie Bractwo, prawda? – zapytał się upadły.
 Czasem strasznie przypominał mi Christopha. W takich momentach miałem ochotę zdzielić go cegłą, jak to mawiała Samantha. Ale był mi potrzebny. Pilnował Lei. 
– Tak. Powołujemy Bractwo. Musimy odzyskać miecz, inaczej demony przejmą kontrolę nad wszystkimi światami. Ostatnio kilku pojawiło się w Patersie. Myślę, że to byli zwiadowcy.
 – Ale nikomu nic się nie stało? – zmartwił się Cameron.
 – Nie, chłopcze, spokojnie. Wojsko się nimi zajęło. 
– Jaka Rada? – odezwała się dziewczyna. 
Czasami zapominałem, że Lea ma dopiero szesnaście lat. Zachowywała się zbyt dojrzale, jak na swój wiek, ale o niektórych sprawach nie wiedziała. Podejrzewałem, że Cameron także nie wiedział o Radzie. 
– Rada to grupa wszystkich władców krain i ich zastępców. Są na niej głowy najważniejszych światów. Została powołana, gdy rozwiązano Bractwo Krwi.
 – I usuną ją, gdy tylko Bractwo znowu wróci? – dopytywała się. 
– Tak. Zapewne – przyznałem. – Rada nie będzie nam potrzebna, gdy Bractwo wróci. 
– Więc co ustaliliście? – Tym razem głos zabrał upadły. 
– Demonów jest za dużo... Barjery ochronne Piekła znikają. Niedługo wszystkie osłony padną. 
– Co to znaczy? 
– To znaczy, że demony będą bez problemu mogły się dostać do zamku, jak i innych światów. Wyobraź sobie tą falę potworów, gdy zaatakują Ceris. Kwestia sekund, a cały świat zniknie z powierzchni ziemi. Nie będziemy mieli żadnych szans na ich zatrzymanie. 
– Ślub i tak został przełożony. T-to kwestia kilku dni – przypomniała dziewczyna.
– Dokładnie trzech dni – dodałem. 
– Więc bierzmy się do roboty. Trzeba wrócić do Cerisu. Muszę spakować swoje rzeczy, ubrania, zabrać obrazy ze szkoły... 
– Spokojnie, Lea. Mamy jeszcze dużo czasu – próbowałem ją uspokoić, widząc, że ledwo powstrzymuje łzy. 
Zaśmiała się bez krzty wesołości. 
– Ty masz dużo czasu, tato. Ja... Przepraszam – odsunęła się i po prostu wybiegła z kuchni. 
Nie chciałem jej zatrzymywać. Doskonale rozumiałem przez co musi przechodzić. Gdybym mógł coś zmienić... Zrobiłbym to. Ale w grę wchodziła duża stawka. W tej sprawie dobro rodziny musiałem przełożyć dla dobra ogółu. 
– Idź za nią – zwróciłem się do Camerona, widząc, jego błagalne spojrzenie. Ledwo co skończyłem mówić, ten już pobiegł za nią. 
Serce mi się krajało, gdy widziałem córkę w takim stanie...
– Co tak naprawdę zamierzacie zrobić? – odezwał się upadły. 
– Ciebie to nie dotyczy, Carter. 
– Ale dotyczy to Leę. Więc nie pozostanę bierny w takiej sytuacji. 
Westchnąłem głośno, kręcąc przy tym głową.
– Gdy Lea poślubi Kaspara, nasze wojska się połączą. Od razu wyruszymy na Piekło. Spróbujemy zabić, jak największą ilość demonów – oznajmiłem. 
– A co z więzieniem w Cerisie? Myślałem, że tam skupiają się demony...
 – Ja też tak sądziłem. Ale wszystkie o dziwo zniknęły. Te skurczybyki coś kombinują, a my nie możemy dojść do tego, co chcą. 
– Ja dalej twierdzę, że chcą się dostać do Otchłani. Pomyśl – podparł się na blacie. – Tam jest skupisko wszystkich wygnańców i najgorszych demonów. Taka siła... To nas zniszczy. 
– Wygnańców jest tylko pięciu.  Lea jest po naszej stronie. A bez niej za wiele nie zdziałają. 
– Powiedziałeś jej?
Pokręciłem głową. 
Jak mógłbym powiedzieć własnej córce, że jej śmierć uratowałaby nam wszystkim życie? 
– Nie – oznajmiłem oschle. – I nigdy się tego nie dowie.

CAMERON

 Biegłem ile sił w nogach, ale nie mogłem jej dogonić. Zupełnie, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Wołałem ją, lecz nikt mi nie odpowiadał. Zostałem sam w tym lesie. 
Przyznam, że na miejscu Lei też bym uciekł. Sam potrzebowałem w tej chwili trochę samotności, ale z doświadczenia wiem, że nie wyjdzie to za dobrze. Im więcej czasu- tym więcej okropnych decyzji, za które płacę do dziś. 
Mój telefon zadzwonił, a na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego przyjaciela. 
– Co jest? – rzuciłem do słuchawki. 
– Chłopaki pytają kiedy wpadasz – zawołał radośnie Rhen. W tle słyszałem muzykę i urywki innych rozmów. 
– Nie wpadnę. Wracamy, Rhen...
Przyjaciel milczał. 
– Słyszysz? – zapytałem marszcząc brwi. Muzyka nie ucichła, lecz on się nie odzywał. – Rhen!
– D-do...domu? – wydukał. 
– Nie. My nie mamy już domu, Rhen. Wracamy do Cerisu. 
– Dobra... Powiem im, że mają się zbierać. Spotkamy się w mieszkaniu. 
– Uważaj na siebie, Rhen – rzuciłem na pożegnanie.
 – A ty uważaj na mojego ojca – zaśmiał się, po czym rozłączył. 
Miałem już tego wszystkiego dość. Czy ja się o to prosiłem? Czy prosiłem się o te wszystkie problemy?! 
A było tak prosto! Szkoła, praca, przyjaciele - czułem się, jak normalny człowiek. Bez problemów, demonów, żyłem w nieświadomości. Żaden upadły nie wchodził mi na głowę, żaden król mną nie rządził. Spokój - żyć nie umierać. 
– Zostaw mnie! – usłyszałem zdenerwowany głos Lei. 
Odwróciłem się w kierunku, z którego dobiegał i pędem ruszyłem do niej. Chciałem ponownie ją zawołać, ale wtedy dostrzegłem dziewczynę nad niewielkim stawem w towarzystwie... Śmierci. 
Jak zwykle była ubrana na czarno, a mnie aż z trudem przychodziło oddychać. Była oszałamiająca i jednocześnie przerażająca. 
– Teraz wracasz? – krzyczała brunetka. – Po tylu latach nagle przypomniałaś sobie o mnie?!
Postanowiłem im nie przeszkadzać. Lei nic nie groziło, a tak szczerze, to sam bałem się Śmierci. Ona była nieprzewidywalna. 
– Ta...! Myślisz, że w to uwierzę?! Spójrz na mnie – nakazała. – Spójrz, kim się dzięki tobie stałam. Wygnaniec. Pieprzony wygnaniec! I tak chciałaś dla mnie dobrze? Tak mnie uratowałaś?! 
Zamurowało mnie. Lea była wygnańcem.
To było niemożliwe... 
Nie. 
Ona nim nie jest. 
Nie, moja Lea...


LEA

Biegłam ile sił w nogach. Nie chciałam tego więcej słuchać. Nie chciałam przy tym być, ani to kontynuować. Musiałam zniknąć chociaż na chwilę.
 Niektórym łatwo przychodzą pewne decyzje. Dla nich życie jest tylko zabawą. Pewnym zadaniem lub po prostu zwykłą przygodą. 
Dla mnie jest ono wiecznym filmem, który na nowo powtarza najgorszy fragment. 
Nawet nie zauważyłam, że zatrzymałam się nad jeziorkiem. Wcześniej często tu przychodziłam. Wydawało mi się to być jedynym przyjemnym miejscem, który przypominał mi dom. Nigdy nie przypuszczałabym, że zatęsknię za Cerisem. Za swoim pokojem czy tamtejszą kuchnią... Chciałam wrócić do domu. Do swoich ludzi, gdzie wszystko wydawało się być idealne. Żyłam w swojej bańce, gdzie nie dotykały mnie żadne problemy. W końcu księżniczka nie musi przejmować się takimi rzeczami. 
– Leo... – Usłyszałam za sobą damski głos, a łzy mimowolnie napłynęły mi do oczu. 
Nie. Ona nie mogła się tu pojawić... Nie teraz!
– Leo, spójrz na mnie – nakazała. 
Zaśmiałam się kpiąco. 
– Jesteś moją matką, że mi rozkazujesz? 
Nie ruszyłam się z miejsca. zaś ona stanęła obok mnie, wpatrując się w zburzoną wodę. Kątem oka dostrzegłam jej ciemne włosy i porcelanową twarz. Nie chciałam spojrzeć w jej oczy. Nie chciałam, aby ten pusty wzrok męczył mnie po nocach. Wciąż przypominałam sobie jej wyraz twarzy, gdy Carter upadał. Teraz uświadomiłam sobie, że czerpała przyjemność z cudzego bólu. 
– Może i nie byłam przy tobie, gdy dorastałaś, ale to ja cię urodziłam. Jesteś moją córką, czy tego chcesz czy nie. 
Dopiero teraz na nią spojrzałam. 
Nie ukażę swojej słabości. Nie zostanę jej żywicielką. Nie nasyci się moim strachem. 
– Jesteś moją biologiczną matką – warknęłam, patrząc prosto w tą ciemną otchłań. Pustka aż mroziła krew w żyłach. – I tylko tyle nas łączy. Gdybyś była moją matką, troszczyłabyś się o dobro córki.
 Samantha zbliżyła się do mnie, chcąc położyć dłoń na moim ramieniu. Szybko odsunęłam się od niej i krzyknęłam:
– Zostaw mnie! 
– Leanne. Każda matka pragnie dobra swojego dziecka. Jestem tutaj dla ciebie.
 Nie wytrzymałam, tylko zaśmiałam się prosto w jej twarz.
 – Teraz wracasz?! Po tylu latach przypomniałaś sobie o mnie? 
– To wszystko było dla twojego dobra... – zaczęła się tłumaczyć, a przez chwilę naprawdę jej uwierzyłam... Ale to były tylko sekundy słabości. – Próbowałam cię uratować.
– Ta...! Myślisz, że w to uwierzę?! Spójrz na mnie – nakazałam. – Spójrz, kim się dzięki tobie stałam. Wygnaniec. Pieprzony wygnaniec! I tak chciałaś dla mnie dobrze? Tak mnie uratowałaś?! 
Śmierć przystąpiła z nogi na nogę, jakby nie czuła się komfortowo podczas tej rozmowy.
 Brawo! To jest nas dwie!
– Ale przynajmniej masz Ezrę. Gdybyś nie stała się wygnańcem, zostałabyś Śmiercią... – Zrobiła kilka kroków do tyłu, a następnie zniknęła, znów mnie zostawiając. 
Tym razem nie potrafiłam się powstrzymać. Zalałam się łzami, omal się nimi nie dławiąc. 
Nie mogłam zrozumieć po co ona się tu pojawiła? Po co jeszcze bardziej komplikowała moje życie? I, że niby mam być wdzięczna jej za dar bycia wygnańcem? Za to, że gdy inni się o tym dowiedzą, to będą z krzykiem uciekać ode mnie? 
Czy może mam jej podziękować za to, że zostanę sama? Bo to tylko kwestia czasu, gdy oni się dowiedzą... 

AMANDA

Był środek nocy, gdy się obudziłam. Jak zwykle było mi strasznie zimno, więc chciałam się przytulić do swojego męża, lecz byłam sama w łóżku. A kładliśmy się razem. Materac po jego stronie był zimny, więc podejrzewałam, że znów buszował w kuchni.
 Eh... Mój wiecznie głodny Scott.
Schowałam nogi w różowych pantoflach z króliczymi uszami, które kupił mi podczas ostatnich zakupów, założyłam satynowy szlafrok i zeszłam na dół. W korytarzu świeciło się światło, na drugim piętrze i paterze też...
 Może był kolejny atak demonów? 
Nie... Wtedy by mnie obudził. 
Zeszłam na dół i o dziwo zastałam swojego mężczyznę w salonie. Siedział i czytał...gazetę. Tak. Nie pomyliłam się. To była czarno biała gazeta. 
A pomyśleć, że w domu to ja czytałam jemu wszystkie listy, bo, jak to twierdził? "Te litery przyprawiają mnie o ból głowy". A teraz? Proszę! Sam wziął się za czytanie gazety. 
Zaraz... Czy on palił?
– Scott? – zawołałam i stanęłam w progu, krzyżując ręce na piersi.
– Obudziłem cię? – odsunął gazetę, abym mogła spojrzeć na niego. Rzeczywiście. Palił cygara.
– Nie, zimno mi – poskarżyłam się. – Jesteś głodny, że tak siedzisz? 
– Hm... Możesz zrobić mi coś do jedzenia? – zrobił słodką minę. 
– Kanapki? – zapytałam.
– Tylko weź tą szynkę w misie. Jest w pojemniku z warzywami. 
– Tyler? – domyśliłam się.
– Tak – warknął i znów zaczął czytać gazetę, co chwila zaciągając się papierosem. 
Mój mąż... Jest dobrym żołnierzem. Zawsze czuję się przy nim bezpieczna i wiem, że nasze dobro jest dla niego najważniejsze. Ale bywają takie chwile, gdzie zachowuje się, jak dziecko. Na przykład teraz. Jaki normalny ojciec chowa szynkę w misie przed swoim synem? Oczywiście wszystko ma przemyślane... Tyler nie je warzyw, więc nigdy by się nie domyślił, że może coś tam znaleźć oprócz zieleniny. 
Zrobiłam herbatę i jedzenie, a następnie podałam mu talerz z kanapkami. Usiadłam obok niego, czekając aż zje, abyśmy mogli wrócić do łóżka. 
– Więc co tu robisz? – Wątpiłam, że Scott tak długo czekał, aż się obudzę i sama zaproponuję mu jedzenie. 
– A obiecujesz, że nie będziesz krzyczeć?
Pokręciłam głową.
– Scott... Miałeś odpuścić Tylerowi... – westchnęłam. – Już chyba wystarczającego wstydu się najadł. Przeprosił za samochód? Super. A teraz idziemy spać! 
– Nie, kochanie. Tym razem chodzi o moje piwo. 
– Starsa? A co ma ono do rzeczy? – zdziwiłam się.
 – A to, że można dostać je tylko w jednym sklepie, który jest niemal non stop zamknięty – wytłumaczył na spokojnie. – To graniczy z cudem, aby je dostać. 
– Co Tyler tym razem zrobił? – przewróciłam oczami. 
– Szczerze? Wszedłem do salonu i kulturalnie zapytałem się chłopaków, czy któryś z nich nie wypił mojego piwa. Wszyscy zaprzeczyli. 
– No i? – ponagliłam go, ziewając. 
– No i dosypałem proszek przeczyszczający do butelek – uśmiechnął się słodko. – Gdybyś widziała jaka była walka o toaletę!
– Boże, Scott. Czasem mam wrażenie, że poślubiłam idiotę – mruknęłam pod nosem. 
– Ale bardzo kochającego idiotę – powiedział, a następnie cmoknął mnie w policzek.

Nerina - ostrze z pozłacanej stali. Używane do Wstąpienia, w zależności od przyszłej roli mieszańca. Kumuluje jego moc, gdy ten odmawia przyjęcia roli żołnierza lub danego daru. 

***

Jest dokładnie 00:18. Czyli rozdział pisałam przez ponad 2 godziny. Nie wiem co wyszło... To wszystko zależy od was :*
Ale wybaczycie mi, jeśli coś skiepściłam? :3 Jestem padnięta i wgl usypiam już xd Dlatego też jutro poprawię rozdział, bo nawet nie chce mi się go czytać <3
Pozdrawiam i przepraszam, jeśli o czymś zapomniałam!
Lonely

niedziela, 3 maja 2015

Ankieta

Hejoł <3
Wiem, że miał być nowy rozdział, ale dopiero przed chwilą (dosłownie xd) odzyskałam swoje konto :D Więc trochę jeszcze poczekacie na rozdział :< Ale obiecuję, że za to będzie meeeega długaśny :3

Jeśli chodzi o ankietę, to wygrał blog o wilkach! Co nie znaczy, że nie wklepię w niego wątku miłosnego, albo nie będzie o charakterze kryminalnym ^^
Na blogu Wilcza miłość pojawił się już prolog, zwiastun jest zamówiony, a na dniach dodam nowy rozdział^^
Niestety, z powodu braku pomysłów blog Piekielny dar zostaje zawieszony. Chyba dopiero, gdy zakończę Ot zajmę się nim.
Przepraszam, ale teraz wszystko naraz mi się na głowę zarzuciło... Prawko, lektury, egzaminy -,- Chcę się też bardziej skupić na poprawie Księgi I. Wiecie, zakończyć te sprawy i mieć spokój xd
Dobra, no to tyle :*
Zapraszam na nowy blog, a chętnych do pozostałych, które są już zakończone ;)
Cholercia... Za nie też będzie się trzeba wziąć :<
Pozdrawiam!
Loncia <3

PS. Właśnie biorę się za nadrobienie zaległości!




wtorek, 14 kwietnia 2015

Puk puk...

Elo ziomale <3

To tak krótko dzisiaj... Tam na dole jest 2 część rozdziału 11 :3 Czytać!!!
No i ten... Zapraszam do głosowania :D Tak wgl, to nie spodziewałam się, że będziecie chcieli przeczytać historię o wampirach w moim wykonaniu :D Ale głosowanie jeszcze trwa...

Ale piszę do was z innego powodu. Otóż zapraszam do nowo powstałej spisowni blogowej!!


http://nasz-spis-opowiadan.blogspot.com/?m=1


Zgłaszać się! A, i jeśli ktoś byłby chętny, to zapraszam do dołączenia do załogi!

Pozdrawiam i z góry dziękuje!!!
Lonley S

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział 11 część 2 Księga III

Dziękuje Wesołemu Kostkowi za nominowanie mnie do bloga miesięca kwiecień i przypominam o głosowaniu <3 Dziękuje kochana! Jesteś mega *.*

http://sonda.hanzo.pl/sondy,243259,nLNH.html



"Wojna wszystkich przeciw wszystkim"

EZRA

- Jak to się, kurwa, stało, że ktoś opętał moją córkę?! - wrzasnąłem do Lucyfera, który jedynie przewrócił oczami i wrócił do swojego napoju.
 Trzymałem w rękach ciało swojej córki, która po opuszczeniu ducha po prostu opadła nieprzytomna na fotel.
 Odwróciłem się i postanowiłem zabrać ją do jej pokoju. Była taka leciutka, a ja dopiero teraz dostrzegłem, że w ostatnich tygodniach strasznie schudła.
 Przecież to diecko, palancie - przywaliłem sobie mentalnego liścia.
 Otworzyłem drzwi, a następnie podszedłem do łóżka i ją w nim położyłem, szczelnie okrywając kołdrą. Pocałowałem ją w czoło i opuściłem pokój, aby jej nie obudzić. Biegiem dotarłem do Lucyfera, który nawet nieruszył się z miejsca.
 - No, słucham - ponagliłem go.
 - Do diabła, Ezra - westchnął. - Czasami się zastanawiam co moja córka w tobie widziała. Przecież ani to mądre, ani ładne.
 - Pieprz się, dupku. I mów o co chodzi - warknąłem.
 - To normalne, że duchy wpychają się do naszych ciał. Szczególnie, gdy jest się osłabionym po wycieczce do Otchłani. 
 Milczeliśmy przez chwilę, nim on się odezwał:
– Koniec – rzekł stanowczo Lucyfer. – Musimy zwołać Radę. To... – westchnął – to zaszło za daleko.
 Spojrzałem na niego przerażony i omal nie zachłysnąłem się powietrzem. 
– Ty chyba sobie żartujesz! – wrzasnąłem. – Nie zrobimy tego!
– Za późno, Ezra – pokręcił głową. – Już wysłałem im wiadomość. Jeszcze dzisiaj się spotkamy.
 Król Piekła wstał i nim się obejrzałem utworzył portal, by następnie zniknąć w jego ciemnościach.
 Zostałem sam. Dopiero teraz poczułem, jak dreszcze przebiegają po moim ciele. Czułem się dziwnie, gdy tak siedziałem i wpatrywałem się w swoje dłonie. Miałem teraz chwilę na przemyślenie tej sytuacji. 
 Rada. Kiedy ostatnio była wzywana? Dokładnie wtedy, gdy Radzim Rivelash nas uratował. Ale nawet wtedy nie zdołaliśmy sobie pomóc. Dopiero ingerencja Nieba umożliwiła nam to. I teraz znowu mieli powrócić. Czy chciałem na nich patrzeć? Oczywiście, że nie. Wolałbym skoczyć w ogień niż spędzić z nimi kilka sekund.
 Parszywe gnojki. 
 Pieprzone kutafony.
Niewielki płomień pojawił się na stole. Zmienił swoją barwę na fioletową, a następnie po prostu wybuchł. Gdy brokat opadł dostrzegłem kartkę papieru. Rozwinąłem ją i przeczytałem zawartość: 
 „ Nadszedł czas spotkania Rady
 Lucyfer”

Wstałem i machnąłem ręką w powietrzu, tworząc niewidzialny łuk. Po chwili przestrzeń przede mną zaczęła się rozmazywać, tworząc zwierciadło, które zamieniło się w wodną falę o zielonym odcieniu. Przeszedłem przez nią wstrzymując oddech, aby zmniejszyć ból towarzyszący przejściu. 

Przeniosłem się do Otchłani, gdzie znajdowało się centrum naszych światów. To właśnie tu znajdowały się wszystkie urzędy i główna administracja. Dzięki temu panował, powiedzmy, ład między nami. 
 Małe pomieszczenie, które zawsze służyło jako cel naszych przejść łączyło się z wielką Salą Narad. Każdy z członków Rady miał swoje oddzielne pomieszczenie, aby nie kolidowało z teleportacją innych. Postanowiłem, jak najszybciej ruszyć do reszty osób, gdyż chciałem mieć to już za sobą i wrócić na Ziemię, do swojej córki. 
 Sala była zrobiona z czarnego marmuru, który zmieszano z anielskimi skałami, a w świecznikach, stojących przy ścianie w odstępie kilku metrów, płonął Piekielny płomień. Stół wykonany z kamienia przez cerisowiańskich rzeźbiarzy był naprzeciwko mównicy, na której zawsze przebywała osoba powołująca radę. My zaś zasiadaliśmy prze stole, który stworzono w kształcie łuku. Na meblach widniały patersowiańskie runy. Każdy z czterech światów miał tu jakąś swoją cząstkę. Z racji tego, że to my władaliśmy przestrzenią nie powoływaliśmy nikogo innego z innych krain. I tak nie chcieli się w to mieszać, a nam było to na rękę. Najważniejsze, że słuchali naszych poleceń i wykonywali je bez marudzeń. 
 Co innego dotyczyło się Ziemi. Dawni członkowie stwierdzili, że ich zdanie nie jest nam do niczego potrzebne, gdyż ich siła nie potrafiłaby nas wesprzeć w obliczu zagłady, więc usunięto ich członkostwo. Teraz, gdy przemierzałem do swojego miejsca dostrzegłem Gabriela, przywódcę irlandzkiej watahy tuż obok mnie, a za nim stała Grette, lider ziemskich Łowców. Skinąłem do nich i usiadłem na swoim tronie. Poprawiłem się na miejscu, gdyż było tu cholernie twardo. Spojrzałem na kamień przede mną, a moje imię wyryto na nim w starym języku. 
– Siemson, tatuśku – rzucił wesoło Scott, po czym usiadł obok. – Kurwa, ale tu niewygodnie – skrzywił się.
 Usłyszałem śmiech Gabriela za sobą i przewróciłem oczami. 
– Do diabła, Scott – warknąłem. – Zachowaj choć trochę kultury...

SCOTT

– Do diabła, Scott – warknął. – Zachowaj choć trochę kultury...
 Wzruszyłem ramionami. Chyba mam prawo do wyrażania swojego zdania, prawda? A to, że było tu strasznie niewygodnie, to nie moja wina! 
 Pochyliłem się nad stołem i dostrzegłem wazon z wodą i kilka szklanek obok niego. Od razu nalałem sobie picie i wypiłem jednym haustem. Gdy odwróciłem się do Ezry, ten tylko pokręcił głową i zasłonił dłonią oczy. 
 Omiotłem wzrokiem całą salę, aby poznać resztę członków. Była tam Łowczyni, z którą utrzymywałem kontakt przez ostatnie kilkanaście lat, gdy Samantha odeszła. Musiałem przejąć jej zadania i pilnować, aby ci idioci się nie pozabijali. 
 Odchrząknąłem, gdy dostrzegłem Gabriela. Był to wysoki blondyn. Dobrze zbudowany, lecz ukrywał to pod dużą warstwą ciuchów. Miał długie włosy, sięgające mu za ramiona. Przeczesał je ręką i spojrzał na mnie, jakby domyślił się, że go obserwuję. 
Padalec zasrany. 
Uśmiechnął się, obnażając białe kły, po czym rzekł: 
– Scott, jak mniemam Tyler to twój syn – stwierdził. – Cholernie podobny. Szkoda tylko, że wdał się w ojczulka...
 Kurwa. Kurwa. Kurwa! Zaraz pokażę temu zgredowi pierdolonemu!
– Scott... – ostrzegł król.
– Gabriel – rzekłem głosem przepełnionym słodkości. – Jak mniemam ojciec Mii. Szkoda tylko, że jęczy tak samo, gdy mój syn ją posuwa, jak ty gdy biegnąc przez las widzisz jakąś sukę w lesie. Ale mógłbyś ją od czasu do czasu zabierać. Już trochę mnie denerwują jej wrzaski, chociaż jestem dumny z mojego syna, że potrafi tak ją zadowalać. Nawet kilka razy pod rząd. Kilkanaście razy dziennie. – I co teraz skurwysynie?
– Och – Gabriel przyłożył rękę do klatki piersiowej – gdyby to była moja córka właśnie rozpieprzałbym ci twarz na tym kamieniu. Ale ona wyjechała tydzień temu na Bahamy z koleżankami.
– Czekaj – wyciągnąłem z kieszeni telefon i włączyłem galerię, aby znaleźć zdjęcie ich całujących się na kanapie. Prawdę powiedziawszy zrobiłem sobie z nimi selfie. W rogu po lewej uśmiechnąłem się, otwierając szeroko usta i wskazałem kciuk do góry, podczas gdy oni pochłaniali się na kanapie. – Czyli to nie ona? – pokazałem mu zdjęcie.
Gabriel zdębiał. 
Ezra głośno się roześmiał. 
– Już po tobie, Scott – westchnęła Grette i oparła głowę na dłoni. Jej czerwone włosy zakołysały się i dostrzegłem, jak jej drobna sylwetka zadrżała.
 Przywódca wilków skoczył na mnie, a Ezra się odsunął, aby nie oberwać. Ja rozłożyłem ramiona, jakbym chciał go przytulić, jednak gdy prawie dotarł do mnie położyłem dłonie na kamiennym oparciu i odepchnąłem się, aby uniknąć ciosu. Wilk uderzył w puste siedzenie, a gdy na mnie spojrzał jego oczy zmieniły barwę na bursztynową, a pazury stały się ostrzejsze i większe. Rozchylił wargi i głośno warknął, ukazując swoje długie kły.
– Mówiłem. Twoja córka wydaje taki sam dźwięk gdy dochodzi – zaśmiałem się.
 Gabriel ponownie na mnie skoczył, a ja bez żadnego problemu uniknąłem ciosu. To było tak, jakby po prostu tańczył przed nim. Dwa kroki w lewo, unik, piruet, skok w prawo.  A teraz położyłem się na ziemi, po czym zamachnąłem się, a uderzenie moich nóg powaliło stojącego wilka. Odskoczyłem wstając i przyłożyłem kolano do pleców leżącego blondyna. Pochyliłem się nad nim i szepnąłem:
– Jeśli ci życie miłe: nigdy ze mną nie zadzieraj. Inaczej skończy się ono w ciągu kilku sekund.
 Wstałem i udałem się do swojego miejsca. Ezra jedynie pokręcił głową i zaczął się śmieć. 
– To nie pomaga naszej reputacji – powiedział. – Dalej mają nas za idiotów i brutali.
– Ej! – oburzyłem się. – Nie uważają nas za idiotów. W końcu to my ocaliliśmy ich przed Samaelem – przypomniałem.
– Dobra, daj już sobie spokój. I zachowuj się – ostrzegł.
 Zrobiłem minę zbitego psa i wydąłem dolną wargę. 
– A pójdziemy później poćwiczyć? Prooooszę... Chcę znowu skopać ci tyłek – poprosiłem.
– Ktoś zalazł ci za skórę? – zaśmiał się.
– I to nie byle kto – warknąłem i odwróciłem się.
 Zauważyłem, że do pomieszczenie weszli kolejny członkowie Rady. Tym razem był to Marcus – król Patersu, w towarzystwie swojego dziedzica – Kaspara. 
 To dziecko wkurwiało mnie bardziej, niż fakt, że Tyler zniszczył Stephanie. 
 Tak. Nazwałem auto Stephanie i nie wstydzę nie tego. Ani trochę. 
 Ten dzieciak miał na koncie kilka set lat, ale wyglądał na osiemnastolatka? Bez przesady, górniarz przestał się starzeć w wieku szesnastu lat. Tak, jak ojciec, miał białe włosy postawione do góry. Nawet z daleka dostrzegłem spojrzenie jego zielonych tęczówek. 
 Ugh. Był okropny.
 Uśmiechnął się podnosząc głowę i spojrzał na nas kpiąco. Był trochę niższy ode mnie i byłem pewny, że powaliłbym go jednym ciosem. Prosto w twarz, aby ten jego przeklęty uśmieszek zniknął. 
 Co za gówniarz. 
– Witam panów – rzekł ochrypłym głosem.
 Otworzyłem usta i już miałem rzucić jakąś docinkom, gdy uprzedził mnie Ezra:
– Jak przystało w takich sytuacjach, Kasparze. A jak miewają się nasze interesy?
– Idą, w jak najlepszym kierunku – odpowiedział jego ojciec. – Widzimy się za kilka dni, nieprawdaż?
– Tak – przytaknął Ezra. – Już w tą sobotę odbędą się oficjalne zaręczyny i przypieczętowanie kontraktu.
– Świetnie – uśmiechnął się Marcus.
Czy już mówiłem, że go nie lubię Nie? To dobrze. Bo ja go NIENAWIDZĘ!
 Patersowiańczycy zajęli swoje miejsce, a ja spojrzałem gniewnie na króla.
– Nie odzywaj się – znów mnie uprzedził. – Porozmawiamy na ten temat w domu.
– Tak jest, wasza wysokość – powiedziałem kpiąco.
Na sali zasiedli niemal już wszyscy – Lucyfer stanął na mównicy, znajdującej się na środku sali, Kaspar usiadł obok mnie, następnym był Marcus, po czym siedziało kilka osób, których nigdy nie spotkałem. Jakiś starzec z wielką brodą, brunet z prawie zrośniętymi brwiami i Christoph. 
 Dawno go nie widziałem. Ale nie przerwaliśmy kontaktu. Od czasu do czasu dostałem od niego jakąś wiadomość z informacją o jego aktualnym pobycie i zdrowiu. No i gdy miał jakiś problem to wtedy pisał. Ale nie spotkaliśmy się od ponad dziesięciu lat. Po tym, jak Samantha odeszła pomógł mi stanąć na nogi. Był moim przyjacielem i nadal tak pozostało. Może brzmię, jak baba, ale wspierał mnie, dzięki czemu zrozumiałem, że nie mogę się poddać. Nie, gdy cenę za moją słabość poniosłaby rodzina. 
 Skinąłem głową, gdy na mnie spojrzał. W odpowiedzi uśmiechnął się i pomachał. 
 Dwa kolejne miejsca były puste, a na końcu naszej strony siedziały dwie kobiety, które nie znałem. Jedna miała długie włosy sięgające za tyłek i pulchną twarz, na której znajdowały się blizny. Jej wargę przeszywała blizna. Druga miała szpiczaste uszy i wielkie pazury. Poprawiła górę od swojej garsonki, eksponując przy tym swój biust. 
 Boże... Czy jako mieszaniec trzeba być wiecznie napalonym? 
 Zdecydowanie tak. 
– Witam was, droga Rado – zaczął Lucyfer. – Czy chcielibyście coś powiedzieć zanim rozpoczniemy zebranie?
 Bez wahania podniosłem rękę do góry.
– Tak, panie Blakwigh?
– Czy możemy zaopatrzyć tą salę w jakieś poduszki? To krzesło strasznie wbija się w...
– Scott! – upomniał mnie król Cerisu.
– ...w ciało – dokończyłem.
Ezra przywalił sobie dłonią w twarz i zaczął się śmiać. 
– W zasadzie to nie jest głupi pomysł – odezwał się staruszek.
 Lucyfer głośno odkaszlnął, po czym się odezwał:
– Coś jeszcze?
– I wolałbym coś mocniejszego do picia – dodał brewka.
– Ja też – poparłem go.
– Może frytki do tego? – warknął król Piekła.
– Z ketchupem! – zaśmiał się Gabriel.
– To... Skoro mamy już to załatwione... – podniosłem głowę i otworzyłem usta, aby coś dodać, lecz Lucyfer zbył mnie machnięciem dłoni. – Jeśli jeszcze raz się odezwiesz, Blakwigh, to urwę ci dupę przy samej szyi.
 Zamyśliłem się i wyobraziłem sobie to. 
– Ale to praktycznie nie jest możliwe – położyłem palec na brodzie i przechyliłem głowę. – Nie. Tak też się nie da.
 Demon zacisnął dłonie na mównicy. Kamień pękł. 
 O cholera...
– Dobra, następnym razem będziecie mieć poduszki, alkohol i jakieś jedzenie. A Blakwigh zostanie wykluczony z naszych narad!
– Niestety, ale...
– DOŚĆ, SCOTT!
– Ktoś tu ostatnio nie poruuuuchał sobie – zaćwierkałem cicho.
– Kurwa, BLAKWIGH! Zamknij tą gębę, albo ja ci ją zamknę!
– ZEBRALIŚMY SIĘ TUTAJ – wrzasnął – BO MAMY, KURWA, PROBLEM Z DEMONAMI.
– Zero kultury... – westchnął Marcus.
– Skoro tak chcecie, to dobra! Piekło upada! Nasze czary zanikają, przez co więcej demonów będzie w stanie się wydostać i to już będzie wasz problem, jak ich powstrzymać! – ryknął wściekle.
 W pomieszczeniu rozniosło się zbiorowe warknięcie. 
– Co wiemy? – postanowiłem już nie dręczyć mojego biednego ojczyma.
– Demony zeszły na Ziemię i pojawiły się w dwóch miejscach: W Irlandii i Kanadzie. Jak wiecie znajdują się tam dwa naturalne przejścia, które po połączeniu mogą bez problemu wydostać demona z każdej krainy – zaczął Ezra.
– Otchłań znajduje się między nimi, ale jest też Nicość, w której znajdują się naprawdę okropne istoty – dodała szpiczasto-ucha.
– Czego one chcą? – odezwał się król Patersu, jakby zastanawiał się na głos.
– Myślę, że chcą uwolnić Samaela – odpowiedział brewka. – I Aeszna wydostanie się wraz z nim.
– To niemożliwe – pokręciłem głową. – Żeby ona mogła się wydostać musiałby jej pomóc Śmierć.
– Niekoniecznie – pokręcił głową upadły. – Przepraszam, ale nie należy tego mówić przy nich – wskazał palcem Gabriela i Grette. – To... są nasze prywatne sprawy.
– Nie przeginaj, Chris – nadąsała się dziewczyna. – Jesteśmy tu, aby wam pomóc. Nam też zależy na tym, aby nikt nie ucierpiał.
– Nie – przerwał jakiś głos.
 Odwróciłem się i dostrzegłem jakiegoś bruneta w białym stroju, przypominającym habit. Z jego pleców wyrastały dwa potężne skrzydła, które pewnie rozłożone liczyły ponad trzy metry długości. Gdy szedł mieniły się na złoto. 
– Witaj, Gabrielu – przywitał się Lucyfer. – Dziękuję, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością – przewrócił oczami.
– Miły, jak zawsze – zaśmiał się anioł.
– Brakuje nam jeszcze dwóch osób...  Ezra, gdzie jest Lea?
To ona też jest członkiem?!
– Przykro mi, ale moja córka na razie nie będzie uczestniczyć w tych naradach – odparł spokojnie ojciec dziewczyny.
– Ale ona jest...
– Nie, Lucyferze – przerwał mu Cerisowiańczyk.
– Dobrze, jak chcesz – odpowiedziałem za demona. 
– Radzimir u mnie był, Gabuś. Nie jest za wesoło – zaczął.
– Wiem, Lucusiu. Radzimir miał rację – trzeba zwołać Bractwo Krwii.
No to mamy przesranę. 



Hejoł <3 
Kto się nie uczy na jutrzejszy sprawdzian z matmy i pisze rozdział?! Lonely!!! 
No więc... krótki, gdyż to druga część i tak wgl, to ja nie będę marudzić, bo nie mam na to siły...
 Opowiem wam jedynie bardzo śmieszną sytuację... hehe...
Otóż nie mogę się zalogować ze swojego laptopa na to konto, gdyż zawsze wyświetla mi się konto mojej przyjaciółki, która parę dni temu zalogowała się u mnie. 
Śmieszne, nieprawda? 
Dupson. 
Przepraszam, że nie skomentowałam nic u was... Jestem beznadziejna -,- 
Dupson. Mega dupson... 
Idę rozczulać się nad sobą przy matmie... 
I <3 Was 
Załamana Loncia...
PS. A i nie sprawdziłam błędów <3 Taki mi się włączył :*