poniedziałek, 16 grudnia 2013

Rozdział II


 ***



 - Scott! Wstawaj! - Już chyba po raz setny go wołałam. Jak zwykle odpowiedziała mi cisza.
 Nie mogłam uwierzyć, że ktoś potrafił tak twardo spać! Rzuciłam drewnianą łyżkę do zlewu, a ona wydała charakterystyczny dźwięk drewna odbijającego się od metalu i udałam się do jego pokoju. Lekko uchyliłam drzwi i wśliznęłam się do środka.
 Na łóżku w poprzek leżał chłopak przykryty pogniecioną kołdrą. Jego twarz była zwrócona w moją stronę, a oczy zamknięte. Jego warga była rozciętą, a kilka siniaków zdobiło ciało chłopca. Poza tymi drobnymi ranami, nawet słodko się prezentował. Musiałam stłumić chęć uszczypnięcia jego policzków i zmierzwienia włosów, jak to zwykle robiły starsze panie swoim wnuczętom.
 - Scott, wstawaj - szepnęłam mu do ucha.
 Odburknął coś pod nosem i odwrócił głowę. Wstałam, a mój wzrok przykuła butelka leżąca po drugiej stronie łóżka. Ten gówniarz wypił mi mój burbon! O nie. Tego było już za wiele. Wściekła weszłam do łazienki i odkręciłam wodę w zlewie. Po chwili wyszłam z miską napełnioną lodowatą kranówkę i jednym ruchem wylałam jej zawartość na chłopaka. Ten jak wicher zerwał się z łóżka, a ja nie mogłam ukryć swojego zadowolenia. W końcu należało mu się. Owszem, pozwalałam mu na wiele, chociaż był jeszcze dzieckiem, ale to nie znaczy, że mógł wypić sobie całą butelkę alkoholu.
 Zdezorientowany nastolatek spadł z łóżka. Przetarł rękami mokre włosy i zatrzymał ręce na głowie. Zmrużył oczy. Czyżby kac? Nie mogłam powstrzymać radości z mojego triumfu.
 - Zwariowałaś?! Przecież... - Spojrzał na elektroniczny zegarek znajdujący się na szafce obok niego. - Jest dopiero szósta. Trening zaczynamy o dziesiątej. Mogłabyś mi go dzisiaj darować...
 I znów to jego błagalne spojrzenie, którym wymuszał na mnie pozwolenia na swoje idiotyczne pomysły.
 - Dzisiaj nie ma treningu. - Nie mogłam doczekać się jego reakcji, gdy już się dowie co dla niego przygotowałam. - Za dziesięć minut widzę cię przy śniadaniu – powiedziawszy to, wyszłam z jego pokoju.
 Usłyszałam ciąg przekleństw skierowanych w moją stronę i nawet dźwięk tłuczonego szkła, ale wiedziałam, że nic nie zepsułoby mi tego poranka. Zeszłam do kuchni, gdzie zastałam starszą kobietę, około pięćdziesięcioletnią, naszą gosposię. Jej długie blond włosy były upięte w kok. Spojrzała na mnie zielonymi oczami i uśmiechnęła się.
 - Dzień dobry, panienko. - Odpowiedziałam jej skinięciem głowy. - Postanowiłam dokończyć przygotowywanie pani śniadania.
 - Dziękuje ci, Dorothe. - Byłam pewna, że jajecznica się spaliła. – Mam prośbę do ciebie. - Kobieta odwróciła się w moją stronę. - Mogłabyś wymienić pościel u Scotta? Jest cała mokra. - Dorothe zamurowało.
 Spojrzała na mnie zaskoczona, co mnie jeszcze bardziej rozbawiło.
 - To woda. - Usiadłam przy stole i wzięłam kromkę chleba, na którą położyłam plasterek sera.
 - Panienka ma jakieś plany na dzisiaj? - zapytała.
 - Niespodzianka. - Znów uśmiech królował na mojej twarzy.
 - Pan Scott wie?
 Uwielbiałam pogawędki z Dorothe. Ta kobieta rozumiała mnie jak nikt inny, ale też miło się rozmawiało z nieświadomą naszego pochodzenia osobą. Często pomagała mi w wychowaniu nastolatka, służąc dobrą radą, czy też sama ingerowała w nasze życie. Czasami zachowywała się, jakby była naszą babcią, co chociaż po części przypominało mi normalne ludzkie życie...
 - Dowie się za niedługo - odparłam.
 Kończąc wypowiedź, dostrzegłam Scotta schodzącego na śniadanie. Włosy miał już suche, ale było po nim widać, że męczył go ból głowy. Usiadł naprzeciwko mnie, oczywiście zaszczycając niemiłym spojrzeniem, i nałożył sobie jajecznicy na talerz.
 - Więc jaka kara mnie czeka? - rzucił niedbale.
 Miałam ochotę rozpłakać się ze śmiechu. Scott, cały naburmuszony, grzebał widelcem w jajecznicy.
 - Zobaczysz. - Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem i lekko wygięłam kącik ust.
 Resztę śniadania przemilczeliśmy. Tuż przed siódmą odeszłam od stołu, wkładając mój kubek po kawie do zmywarki, i udałam się do swojego pokoju. Przed wyjściem krzyknęłam jeszcze, żeby zabrał swoje rzeczy do ćwiczeń, po czym zaczekał na mnie przed autem. Jego torba zwykle zawierała koszulkę, krótkie szorty, adidasy i oczywiście ręcznik, a także coś do picia. Do tego kilka sztyletów różnej wielkości i masy, ale to ja zwykle je zabierałam przed wyjściem.
 - Powiesz mi w końcu, gdzie się wybieramy? - Usłyszałam jego głos za sobą.
 Wiedział, że mu to niczego nie da, choć jak zwykle próbował.
 Nie usłyszawszy odpowiedzi, Scott pokręcił głową i poszedł po swoje rzeczy. Wzięłam czarny sweterek z podwijanymi rękawami do łokcia i zeszłam na dół, gdzie czekał na mnie chłopak. Wzięłam kluczyki, które leżały w porcelanowej miseczce na komodzie przy schodach. Scott przerzucił przez ramię swoją szarą sportową torbę i poszliśmy do auta.
 Był dopiero poranek, a promienie słoneczne przedzierały się przez drzewa, ogrzewając nas. Najchętniej rozłożyłabym leżak przed jeziorem i poopalałabym się kilka godzin. Chociaż moja jasna karnacja nie dawała za wygraną, lubiłam leżeć będąc przykryta promieniami słonecznymi.
 Podeszliśmy do czarnego jeepa stojącego na podjeździe, i w milczeniu wsiedliśmy do niego. Wyjechałam z naszej posesji i udałam się w stronę betonowej drogi, która prowadziła do końca lasu. Scott wiercił się na siedzeniu. Każdy ruch sprawiał mu ból. Ale to nic w porównaniu, do tego co go czekało.
 - To dowiem się w końcu, dokąd jedziemy? - Już nie było odwrotu. Nie miał gdzie uciec, więc postanowiłam mu powiedzieć:
 - Do szkoły. - Spojrzałam na niego.
 Otworzył usta i od razu je zamknął. W końcu coś wymamrotał:
 - A... ale… Przecież myślałem, że ty mnie uczysz. To znaczy mówiłaś, że wystarczy to, co umiem, i powinienem się skupić na treningach.... - Od czterech lat Scott nie chodził do szkoły. Znał podstawowe informacje, które były bezużyteczne dla Łowcy. Musiał wiedzieć, jak skutecznie i szybko zabijać demony, a takie informacje, jak na przykład stan gospodarki krajowej w XVIII wieku czy zasługi Jerzego III nie były mu potrzebne. Scott szybko się uczył i miał bardzo dobrą pamięć, dlatego też uznałam, że wystarczą mu książki, które sama dla niego przygotuję. Musiał przecież mądrze dokonywać wyborów, a nie rzucać się na pierwszego - lepszego demona. Chciałam, żeby nauczył się odpowiedniej taktyki i jak dobrze ją wykorzystać.
 - Tak, i nadal będę, ale pomyślałam, że towarzystwo rówieśników dobrze ci zrobi.
 - Nie! - zaprotestował. - Nie będę zadawał się z ludźmi! - Wypuściłam głośno powietrze.
 - To, że jesteś Łowcą, nie znaczy, że nie jesteś człowiekiem, a tak poza tym to dopiero za kilka tygodni przystąpisz do Wstąpienia. - Oj, on naprawdę potrzebował ich towarzystwa.
 - Ale nie jestem taki jak oni! Wychowałaś mnie na Łowcę. Wojownika! A nie człowieka. - Miał rację. Zbyt różnił się od innych. Już dawno powinnam była wysłać go między ludzi.
 - Wiem, ale doszłam do wniosku, że to dobrze ci zrobi. Może czegoś cię to nauczy? A może poznasz nowych przyjaciół...
 - Nie chcę przyjaciół - przerwał mi. - Czego to ma mnie nauczyć?!
 - Na przykład dyscypliny. Skoro ja przez dwanaście lat cię tego nie nauczyłam, może im się uda. I może trochę szacunku do starszych...
 Na twarzy Scotta pojawił się szyderczy uśmiech.
 - Starszych? - powtórzył szczerząc się.
 Wiedziałam, o co mu chodziło. Teoretycznie wyglądałam na… może dziewiętnaście lat, a praktycznie miałam kilka wieków za sobą. Nie starzałam się, nie chorowałam. Byłam nieśmiertelna. Nawet obrażenia, goiły się szybciej niż u normalnego człowieka.
 - A po co miałem wziąć torbę?
 - Zapisałam cię do drużyny futbolowej. - Kolejny punkt dla mnie, chociaż gdybym miała z nim ćwiczyć, byłoby o wiele gorzej. Oczywiście dla niego. - Dzisiaj po czwartej lekcji masz trening. - Jego wzrok spoczął na mnie.
 Widziałam, że to spojrzenie przepełnione było gniewem. 
A masz za swoje!
 - Chyba żartujesz! - odezwał się po chwili namysłu. Jego krzyk rozbrzmiał w całym aucie. - Ledwo co siedzę, a mam jeszcze turlać się po boisku?!
 - Chyba że wolisz trenować ze mną - zaproponowałam.
 Sięgnęłam za siedzenie i podałam mu kilka wydrukowanych kartek papieru.
 - Tu masz plan lekcji, rozpiskę klas, numer i szyfr do szafki.
 - Scott Ravel? - Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
 - Przecież nie podam naszych prawdziwych nazwisk!
 - Czekaj… To ty też będziesz chodziła ze mną do szkoły?!

***

 Parę minut przed ósmą zaparkowałam mojego jeepa na parkingu szkolnym. Jazda zajęła nam więcej czasu, niż przypuszczałam. Zwykle powinna trwać maksymalnie dwadzieścia minut, ale z powodu krzyków i awantur Scotta musiałam co chwilę się zatrzymywać. Wysiadłam z auta i otworzyłam chłopakowi drzwi. Wcześniej zatrzasnęłam zamek, w razie gdyby przyszło mu do głowy wyskoczenie z samochodu podczas jazdy, i oczywiście się nie myliłam. Słyszałam, jak kilka razy łapał za klamkę, usiłując otworzyć drzwi i zwiać. Chwyciłam go za ramię i postanowiłam zaprowadzić do klasy, aby mieć pewność, że nie ucieknie.
 Szliśmy powoli, gdyż Scott nadal kuśtykał. Weszliśmy do budynku podwójnymi metalowymi drzwiami z nadświetlami na górze. Ho wyglądał szaro i przygnębiająco. Kilkanaście szafek zajmowało obydwie strony ścian. Momentami czułam się jak w więzieniu. Te kolory naprawdę potrafiły przytłoczyć człowieka. Po drodze mijając grupki kilku ciekawskich uczniów, słyszeliśmy szepty na nasz temat. Naturalnie nasuwało im się to samo pytanie Kim oni są?.
 Zaprowadziłam chłopaka pod samą klasę - podobnie jak hol wydawała się ponura i przygnębiająca, ale na swój sposób była lepsza od sali, w której miały się odbyć zajęcia Scotta. Kilka plakatów o tematyce ludzkiego istnienia ozdabiało ściany, a na prowizorycznych półkach walały się książki. Aż grzechem było pozostawianie jakichkolwiek dzieł w tak nieodpowiednim miejscu.
 Upewniwszy się, że chłopak już nie ucieknie, udałam się na swoje zajęcia. Według planu miałam teraz historię. Klasa znajdowała się dwa pomieszczenia dalej. Przeszłam przez „więzienny” korytarz i stanęłam w progu. Starszy mężczyzna stojący przy biurku gestem ręki zaprosił mnie do siebie. Przedstawił się jako Edward Johnson – nauczyciel historii. Tak też wskazywała pozłacana tabliczka z jego imieniem stojąca na dębowym biurku. Musiał mieć około czterdziestu lat, choć jego szarawe włosy i lekka łysina wskazywały na więcej. Małe, okrągłe okulary, zdobiły jego twarz, jednocześnie podkreślając intensywny odcień brązowych oczu. 
 Cała klasa zdążyła już wejść do pomieszczenia, a ja nadal stałam przy biurku, gawędząc sobie z nauczycielem.
 - Dzień dobry, klaso - zaczął po dzwonku profesor. - Chcę wam przedstawić nową uczennicę, Samanthę Ravel. Od dziś wraz z bratem będzie uczęszczać do naszej szkoły. - Wskazał ręką wolne miejsce z tyłu, nakazując mi je zająć, więc posłusznie udałam się w jego stronę.
 Idąc w stronę ławki, czułam, że wzrok wszystkich w klasie zwrócony był w moim kierunku. To było takie żałosne i trochę męczące. Ale nie miałam żadnego wpływu na działanie uroku. 
 Gdy już dotarłam na swoje stanowisko, wyciągnęłam zeszyt z torebki. Wszyscy oprócz jednego chłopaka zdążyli się odwrócić. Siedziałam przy oknie, zajmując ostatnie miejsce w rzędzie, a nieznajomy, który gapił się na mnie, oddalony był ode mnie o kilka ławek. Cechowała go przeciętna uroda. Jego włosy miały podobny kolor, co moje. Chociaż to nie był jego naturalny kolor, idealnie komponowały się z opalenizną. Zerknęłam na niego i napotkałam brązowe tęczówki zwrócone w moją stronę. Wciąż na mnie patrzył, jakby badał wzrokiem każdy milimetr mojego ciała. To było irytujące. Odwróciłam się, próbując zająć się lekcją, ale wciąż czułam jego spojrzenie na karku.
 No cóż, moja cierpliwość zostanie poddana trudnej próbie.


Rozdział zbetowała Nearyh

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział I


                                                                        
 Po kilku godzinnej tułaczce, w końcu natrafiłam na ślad poszukiwanego przeze mnie chłopaka. A mianowicie, były to ciche odgłosy bójki. Rozejrzałam się wokół, jednak na ciemnej ulicy  ubogo oświetlonej paroma lampami nie można było niczego dostrzec. Stanęłam na środku popękanego szarego chodnika i w skupieniu wsłuchałam się w dźwięki. Dochodziły z pobliskiego pubu „RiCo”, gdzie zwykle przesiadywały różne stworzenia. Ruszyłam w jego stronę, mając nadzieję na trochę rozrywki pod koniec tego nudnego dnia. Zeszłam schodkami do wejścia, przed którym stał wysoki i umięśniony mężczyzna. Ubrany był cały na czarno. Spojrzał na mnie brązowymi oczami, po czym otworzył drzwi. Wyczułam narastający strachu, gdy uświadomił sobie, kim byłam.
 Wchodząc do środka, uderzył mnie zapach burbornu i cygar. Jak zwykle w takich miejscach można było wyczuć fajki, alkohol i smród nieludzi. Przede mną ukazał się chłopak o nieskazitelnie jasnej skórze i ciemnobrązowych włosach. Jego oczy były rażąco zielone, a w nich widniała iskra walki. Stał na blacie, a pod nim na parkiecie leżały już dwa nieprzytomne wilkołaki. Ochrona nie chciała się mieszać w ich bójkę, wiedząc, że mogliby tylko pogorszyć sytuację, a ja w końcu znalazłam swoją zgubę.
 Chłopak skoczył na drewnianą podłogę i szykował się na kolejną istotę.  Widać było, że jest doświadczonym wojownikiem. Każdy ruch wykonywał z dokładnością i precyzją. Wyglądało to tak, jakby odgrywał stary taniec, chociaż nie dane mu było go dokończyć. Gdyby nie przewaga liczebna przeciwnika, miałby szansę wygrać tę walkę. W tym lokal znajdowało się prawie połowa miejscowego wilczego stada liczącego ponad czterdzieści zmiennokształtnych. 
 Nie zastanawiając się długo, ruszyłam w jego kierunku. Po drodze odepchnęłam kilka wilkołaków, które zerwały się ze swoich miejsc, biegnąc na pomoc swoim, gdy zauważyli, że nie dają oni sobie rady. Złapałam młodego chłopaka za tył bluzy, pociągając go do ziemi. Uniemożliwiłam mu jakikolwiek ruch. Kątem oka dostrzegłam zdziwieni malujące im się na twarzy. Wiedziałam, że nie wyglądałam na osobę, która miała tyle siły w sobie, ale dzięki krwi demona płynącej w moich żyłach, byłam do tego zdolna.
 Jeden z odepchniętych wilkołaków szybko się pozbierał i obnażył śnieżnobiałe kły w moją stronę. Jego oczy przybrały kolor bursztynowozłoty, ostrzegające mnie przed jego atakiem. Dał mi szansę na wycofanie się z jego walki. Miałam ochotę parsknąć śmiechem, gdy próbował mnie w łagodny sposób odciągnąć od nieswoich spraw. Ten młody wilczek nie wiedział, że teraz to ja trzymałam w dłoniach jego życie, a każdy jego następny ruch wpływał na mój wybór. Chwilę wpatrywałam się w niego z chęcią zabicia go, ale był jeszcze taki młody... Kiedyś często uczestniczyłam w takich bójkach, dlatego też powoli już mnie nudziła taka sytuacja. Wszystko zaczynało się niewinnie. Trochę szarpaniny, parę mocniejszych uderzeń, póki mój przeciwnik nie uświadomił sobie, że jestem Łowcą. Wtedy uciekali, gdzie pieprz rośnie.
 - Brać tę pijawkę! - krzyknął do innych wilków. 
 Westchnęłam. A miałam go ocalić. Puściłam chłopaka i odwróciła się w jego stronę, pokazując mu moje kły.
 - Nie jestem pijawką – próbowałam zachować zimną krew, choć w środku gotowałam się ze złości.
 - Wyczuwam od ciebie śmierć - mówił prawie z obrzydzeniem. - Tylko demony tak śmierdzą! – Wraz ze swoimi towarzyszami ruszył w moją stronę.
 - Zaraz ci udowodnię, że nie jestem – warknęłam. 
Już miałam rzucić się na niego, jednak ktoś uniemożliwił nam walkę.
 - Dość! – Znajomy głos spowodował, iż w ostatniej chwili powstrzymałam się przed atakiem. – Wystarczy, że chłopak poturbował kilku moich. Nie chcę, abyś wybiła pół stada.
 Odwróciłam się w stronę mężczyzny. To był Aaron, przywódca tej wilczej watahy i mój stary znajomy. Przeczesał swoje czarne włosy sięgające do ramion i posłał mi ostrzegawcze spojrzenie. W zamian uśmiechnęłam się do niego.  
 Wyglądał śmiesznie. Miał na sobie białą flanelową koszulę, która ciasno przylegała do jego umięśnionego ciała, a na to założoną kurtkę. Była ciut za duża, co dawało komiczny efekt. Przyglądałam mu się badawczo. Fakt, nie widzieliśmy się dobre parę lat, ale tę twarz poznałabym wszędzie. Szczególnie ten kilkudniowy zarost. Nie licząc kilku lat, które mu przybyło, to wciąż był ten sam Aaron. Jego oczy przybrały teraz bursztynową barwę. Nawet nie pomyślałabym o tym, że bójka aż tak mogłaby kogoś zdenerwować, nie licząc Rickiego, szefa tego pubu skazanego na dodatkowe koszty i straty.
 - Ale panie… - zaczął niepewnie jeden z obecnych wilkołaków. - To pijawka! Dalibyśmy sobie z nią radę. I z tym gówniarzem też.
 - Nie! - odparł surowo, niemalże warcząc na młodego.
 - Gdybym wiedziała, że to twoje stado… - zaczęłam, ale zaraz mi przerwano:
 - Wybiłabyś ich wszystkich - dokończył Aaron. 
 Wiedział, że takie niedoświadczone wilkołaki nie stanowiły dla mnie żadnego zagrożenia, a ja z przyjemnością powaliłabym ich na ziemię.
 - Nie wszystkich, może kilku... - Napotkawszy jego spojrzenie, wolałam nie kończyć.
 Był na mnie bardzo zdenerwowany, choć jeszcze niczego nie zrobiłam. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, po czym jego wzrok powędrował na wilczka.
 - Ezra, zabierz ich i opatrz im rany - rozkazał, wskazując palcem leżących na parkiecie chłopaków.
 Ręce Ezry lekko drżały. Widać, że bał się przywódcy i konsekwencji, jakie na siebie sprowadził wszczynając tę bezsensowną bójkę. Posłał mi niemiły uśmiech, który mówił „to nie koniec” i ruszył wykonać polecenia dowódcy. Niezbyt przejęłam się tą groźbą. Jeśli chciał się ze mną bić, to stoczymy pojedynek, ale nie w tej chwili. Teraz najważniejsze było to, aby opatrzyć tego gówniarza, siedzącego przy barze i kończącego swojego drinka. 
 Znów złapałam go za kaptur i pociągnęłam za sobą. Usłyszałam, jak klnie pod nosem. Chłopak bez większego oporu wsiadł do auta. Słychać było tylko kilka cichych jęków spowodowanych skutkami bójki.
Milczenie przerwał jego ochrypły głos:
 - Po co przyszłaś? - zapytał oburzony.
 - Powiedz mi, Scott, jak mogłeś być na tyle głupi, żeby wszczynać bójkę ze stadem wilkołaków? – Krew wrzała w moich żyłach.
 - Chciałem się napić, a on gapił się na mnie i...
 - Więc myślałeś, że to doskonały pomysł, żeby rzucić się na stado wilkołaków, bo jeden z nich zaszczycił cię krzywym spojrzeniem?!
 - Nie, po prostu chciałem się napić i on mi przeszkodził... Zresztą, sama wiesz, jak oni na nas reagują! Zawsze szukają jakiegokolwiek sposobu, aby się nas pozbyć. Po prost nie wytrzymałem - odburknął.
 - A! Więc lepiej było dać mu nauczkę, nie zważając na to, że możesz zginąć albo że któryś z nich cię przemieni?! Scott! Przed Wstąpieniem możesz zostać bez problemu przemieniony w wilkołaka! Czego raczej byś nie chciał.
 - Nie pomyślałem o tym... - Czyżbym wyczuła skruchę w jego głosie? Nie, na pewno się przesłyszałam. Przecież pan Wszechwiedzący nigdy nie żałował swoich najdziwniejszych i najgłupszych decyzji. Więc dlaczego akurat teraz? Myśl, że mógł się zmienić, aż tak nim wstrząsnęła? Czy po prostu udawał?
 - Jutro podczas treningu będziesz miał dużo czasu na przemyślenia. Co powiesz na piętnastokilometrowym bieg, tak na rozgrzewkę, przed walką?
 Jego mina sposępniała, a w oczach widniały przebłyski strachu. Po tak długim dystansie na pewno nie będzie miał sił na walkę ze mną. Tak, ja go szkoliłam. Wszystko co potrafił, nauczył się ode mnie, a ja nie litowałam się nad nim. Było jeszcze wiele rzeczy, których musiał wiedzieć. Widziałam, jak jęczał z powodu kilku siniaków, ale to nic w porównaniu z tym, co czekało go po naszej walce.
 - Nie martw się - uśmiechnęłam się - to dopiero początek!




***



 Całą drogę do domu przebyliśmy w milczeniu. Nasze mieszkanie znajdowało się kilkanaście minut od miasta. Po raz kolejny skręciłam w leśną dróżkę, która prowadziła do posesji. Zatrzymałam się na podjeździe i spojrzałam na jezioro. Księżyc odbijał się w wodzie, tworząc srebrzystą falę. Z przyjemnością posiedziałabym jeszcze chwilę w aucie i przyglądałabym się temu widokowi, ale byłam zbyt wściekła, żeby się tym zajmować.
 Scott wysiadł z samochodu, a ja udałam się za nim. Przeszliśmy przez kamienną ścieżkę prowadzącą do drzwi wejściowych. Wielki drewniany budynek znajdował się kilkanaście metrów od jeziorka. Mieszkaliśmy sami. Rano przychodziła gosposia, poza nią nikt więcej. Wokół panował spokój - żadnych nachalnych sąsiadów, którzy by wciskali nos w nasze sprawy. Najbliższa zamieszkana posesja znajdowała się trzy kilometry od naszej. Drzewa wokół domu odcinały go, tworząc azyl. 
Weszłam na taras, na którym deski zaczęły skrzypieć, pod ciężarem naszych stóp. Scott wszedł pierwszy, a ja za nim, trzaskając drzwiami. Zaraz przy wejściu znajdowały się schody na górę, po których chłopak, męcząc się, wchodził. Na górze znajdowały się cztery pokoje i dwie łazienki. Ja udałam się do salonu, który znajdował się na wprost od drzwi wejściowych. Po drodze minęłam kuchnię i rzuciłam torebkę na fotel.
 Wzięłam do ręki szklankę, nalałam sobie burbornu i jednym haustem wypiłam do dna. Nalałam sobie kolejną i rozsiadłam się na czarnej, skórzanej sofie. Ustawiono ją tyłem do kuchni, która była połączona z salonem. Jedynie blat dzielił oba te pomieszczenia. Przeciągnęłam ręką po zmęczonej twarzy. Mój wzrok powędrował na beżową komodę. Znajdowała się tam fotografia przedstawiająca mnie i Scotta. Ech... miał wtedy pięć lat i był taki spokojny... Zrobiliśmy to zdjęcie równo rok po śmierci jego rodziców. Wiedziałam, że ten dzień był dla niego szczególnie bolesny i za wszelką cenę próbowałam go zająć, żeby o nich nie myślał.
 Byli moimi przyjaciółmi, jednak prowadzili niebezpieczne życie. Łowcy często narażali się na niebezpieczeństwo i byli tego świadomi. Pomimo moich próśb, dalej pracowali w swoim zawodzie. Nie chciałam stracić przyjaciół, ani żeby ich syn dorastał bez rodziców. 
 Wieczorem szykowali się na kolejną wyprawę, a ja miałam zajmować się Scottem. Mieli pewność, że ich czteroletni syn pod moją opieką był bezpieczny. Idąc ulicą, już z daleka wyczułam, że coś było nie tak. Silny odór demona zmieszał się z powietrzem, przez co przyśpieszyłam kroku. W ich domu panowała ciemność, a drzwi wejściowe zostały wyważone. Usłyszałam krzyki przyjaciół. Minęłam szczątki drzwi i wpadłam do salonu. Demon, w swojej nieludzkiej postaci, stał na środku dywanu, a przed nim leżały ciała moich przyjaciół. Z brzucha Roberta wystawał wielki kawałek drewna, zaś jego żona krwawiła przez dużą liczbę ran na ciele, umierając w szybkim tempie. W momencie, kiedy chciał zabić ich dziecko, przerwałam mu, przecinając jego serce ostrzem, znalezionym na podłodze. Zasyczał, a z rany pociekła strużka czarnej krwi. Zniknął. Wzięłam Scotta na ręce i wybiegłam z domu.
 Od tamtej pory zajmowałam się nim. Uczyłam jak skutecznie i szybko zabijać demony i, przede wszystkim, jak przetrwać. Ale nie dało się zapanować nad tym nieznośnym chłopakiem. Z biegiem czasu było coraz gorzej. Podczas codziennych treningów jeszcze jakoś mnie słuchał, ale trudno poskromić jego humorki.


 Moje wspomiinanie przerwał cichy szelest. Wiedziałam, że ktoś za mną stał.
 - Czego chcesz? - warknęłam.
 - To tak się wita starych przyjaciół? - zapytał spokojnym głosem.
 - Większość osób przy spotkaniu ze Śmiercią jest martwa, więc myślę, że takie powitanie powinno ci wystarczyć - rzuciłam obojętnie, obracając szklankę w rękach.
 Śmierć nalał sobie do drugiego naczynia burbonu i usiadł obok mnie.
 - Problemy z podopiecznym? - Nie można było przeoczyć wesołości w jego tonie.
 - Nawet nie wiesz, jakie - westchnęłam. - Ale nie przyszedłeś tu, żeby rozmawiać o Scottcie. Co sprowadza cię w moje skromne progi?
 - Masz rację. Przyszedłem cię ostrzec...
 W jednej sekundzie sposępniałam. Taka wiadomość od samej Śmierci nie wróżyła niczego dobrego.
 - O! Tylko tego mi brakowało na zakończenie dnia - burknęłam pod nosem.
 - Znaleźli was… – przerwał, widząc, jak wstaję z sofy.
 - Nie jest aż tak źle. - Przewrócił oczami. - Trafili na wasz ślad, ale zanim was znajdą, to trochę potrwa.
 - Ile?! - Poczułam ulgę.
 - Nie wiem. Może rok, dwa, może trzy... - ciągnął.
 - Jak na nas trafili? - Ponownie opadłam na miękką sofę.
 - Po ostatnim wypadzie do Las Vegas jeden z demonów cię rozpoznał. Gdy chcieli go zabić, krzyczał i próbował się targować, że w zamian za pozostawienie go przy życiu powie, gdzie cię widział. Jakby nie patrzeć, masz dużo wrogów...
 - I zostawili go? - spytałam z niedowierzaniem, ignorując ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie. 
Wrogów miałam pod dostatkiem, dlatego też uważałam na niemal każdy nasz ruch. Chociaż zdarzały się wyjątki, jak na przykład dzisiejsza sytuacja. Ale byłam pewna, że Aaron dopilnuje, aby żaden jego wilczek mnie nie zdradził.
 - Nie, oczywiście, że go zabili, ale przed śmiercią przesłuchali. Jego ludzie znaleźli hotel, w którym się wtedy zatrzymałaś, więc wiedzą, że możesz być w pobliżu. Znalezienie cię nie zajmie im zbyt dużo czasu, a zwłaszcza, jak młody będzie zwracać na siebie tyle uwagi.
 I znowu problemy... Od pewnego czasu ścigał mnie jakiś demon. Z tego, co słyszałam, był bardzo potężny i mściwy. Już od wielu lat wraz z Scottem uciekałam przed nim. Ciągle przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce, no ale oczywiście nie obeszło się bez zabicia kilku demonów. No i co z tego wyszło? 
 - To bez znaczenia. I tak w końcu mnie znajdą.
 Śmierć spojrzał na mnie oszołomiony.
 - Zabiją cię! A ja nie chcę przychodzić po twoją duszę.
 - Nie musisz. - Uśmiechnęłam się do niego. - Pewnie Lucyfer cię uprzedzi.
 - To nie jest śmieszne, Samantho! - Jego poważny ton coraz bardziej mnie bawił. Fakt, Lucyfer nie był „upoważniony” do zbierania plonów z ludzkiej śmierci, ale na pewno towarzyszyłby Kosiarzowi przy moim odejściu. – Nie możesz się ot tak poddać. Po tym wszystkim chcesz to tak zakończyć?
 Poczułam gulę w gardle. Czyżby mu na mnie aż tak zależało? Pokręciłam głową; ten cholerny dupek miał rację. Nie dam im tej satysfakcji z mojej śmierci. Ktokolwiek tak uparcie mnie szukał, był niebezpieczny, ale skoro tak bardzo chciał się ze mną spotkać, to znajdę go i zabiję -przysięgłam sobie.
 - Pewnie umarłbyś z tęsknoty za mną. - Wzięłam duży łyk burbonu.
 Śmierć roześmiał się głośno i wyszeptał coś, co brzmiało:
 - Kochanie, już bardziej martwy nie mogę być.
 Omal nie zakrztusiłam się alkoholem. Kochanie? Serio? Mocno ścisnęłam szklankę w ręce i zamachnęłam się. Śmierć zniknął, a naczynie rozbiło się o ścianę.
 - Szkoda… - mruknęłam do siebie. - Naprawdę dobrze mi się z niej piło.



Rozdział zbetowany przez Nearyh

Prolog


     Delikatne dźwięki symfonii Guida wydobywały się spod płynnych ruchów palców mężczyzny. Sunął nimi po kościstych klawiszach, napawając się ich dotykiem, jak i dźwiękiem, jaki wydają. Muzyka rozprzestrzeniała się po całym domu. Zabrała nie tylko gracza w swoje sidła, ale też wszystkich w otoczeniu kilku mil. Przedzierała się do ich umysłów, po czym ciągnęła ku źródłu.
Muzyk uśmiechnął się pod nosem, czując ich ból i przerażenie. Zaklęci lgnęli do niego, jednak każdy krok wykonany na jego posesji zabijał ich. A on czerpał z tego przyjemność. Dźwięk tłukącego się szkła spowodował zatrzymanie symfonii. Ostatni takt nie został dokończony, a uwięzione muzyką demony zostały uwolnione.
     Odsunął się od instrumentu, a taboret z hukiem się przewrócił. Mężczyzna nawet tego nie dostrzegł. Dźwięki dobiegające z parteru zbytnio go zaniepokoiły. Dotknął zimnej poręczy, po czym zszedł po marmurowych schodach. Biel niemal biła z każdego kąta domu. Niewinność, kryjąca się za tą barwą, idealnie kontrastowała z jego charakterem. Cisza i czystość przeciwko czystemu złu. Nieskazitelne płatki śniegu stworzone z brudnej wody. On był czarną owcą, jedyną skazą na tle białej armii.
     Wszedł do salonu, gdzie uderzył go dziwny zapach wanilii. Zwykł wyczuwać go, gdy ktoś potężny znajdował się w zasięgu jego wzroku. I tym razem także się nie pomylił. Dostrzegł kobietę klęczącą na jasnym dywanie teraz poplamionym kropelkami krwi. W rękach trzymała zawiniątko, na które opadały jej kasztanowe włosy. Jej dłonie także były umazane szkarłatną cieczą.
     - Śmierć... - wyszeptała ochrypłym głosem. - Musisz mi pomóc.
Niewiele myśląc, podszedł do niej i pomógł wstać. Czuł, jak jej ciało samo osuwa się na ziemię. Podtrzymał ją, jednak energia życiowa opuszczała jej organizm.
     - Lilith - wypowiedział jej imię, gdy obydwoje znaleźli się na kanapie.
     Spojrzenie jej zielonych oczu powędrowało na niego. Widział w nich ból, chociaż mógł to wyczuć bez spoglądania na nią.
     - Zaatakowali nas - jej głos drżał, a samo wspomnienie niedawnych wydarzeń jeszcze bardziej ją załamywało. - Zabili go. Zabili go i naszych ludzi...
     - To niemożliwe - zaprotestował Kosiarz. - Przecież bym tam był.
     - Nie - zaprzeczyła. - Przejścia zostały zamknięte, a sam pochłonął ich dusze...
     Przytulił ją do siebie, gdy łzy spłynęły po jej policzkach. Ich czuły moment przerwał cichy jęk. Rozwinął materiał, w który coś było zawinięte. Lilith nie odezwała się słowem. Śmierć dostrzegł małe dziecko w jej ramionach. Niemowlak, który niedawno przyszedł na świat, wpatrywał się w niego ciemnymi oczami. Malowała się w nich otchłań i widział to, co zawsze u siebie, gdy spoglądał na odbicie w lustrze. Siłę. Moc, by zniszczyć wszystko, co spotka na drodze.
     Tak jak on, Lilith mogła tworzyć i niszczyć, jednak nie wiedziała o tym. Widział i wyczuwał siłę tej dziewczynki, ale także niezrozumienie. Była inna od swoich rówieśników. Inna niż jej matka czy ojciec, ale także inna niż on sam. Jej oczy rozszerzyły się, a na twarzy zawitał szeroki uśmiech. Jeszcze bardziej odchylił kocyk, dostrzegając kruczoczarne włosy małej. Spojrzał na jej matkę, nie zdradzając żadnych emocji.
     - Czy to jest...?- zawahał się.
     - To Shanel - potwierdziła jego przypuszczenia. - Musisz jej pilnować. Tylko z tobą będzie bezpieczna.
     - Nie mogę tego zrobić - zaprzeczył stanowczo, wstając z kanapy. 
     Dłońmi przetarł twarz, próbując racjonalnie myśleć w tej sytuacji. Czy mógł to zrobić? Oczywiście, że tak. Ona miała rację. Teraz był jedyną osobą, która mogła się o nią troszczyć. Jedyną osobą, która mogła wskazać jej właściwą drogę.
     - Jeśli zabiorę ją ze sobą - przełknęła głośno ślinę - ona zginie. Znajdą mnie i zabiją nas obie. Ona jest naszą jedyną nadzieją, o której nikt nie wie i tak musi pozostać. Przynajmniej na razie... - powiedziała, po czym umilkła, czekając na jego odpowiedź.
     - Dobrze - odparł, przerywając ciszę. - Zajmę się nią.
     - Obiecaj mi, że będziesz ją chronić i nie dopuścisz, żeby stało się jej coś złego - zażądała. - Nie może dowiedzieć się, kim jest i do czego jest zdolna. Jej siła będzie jej przekleństwem. Obiecaj mi, że nie powiesz jej prawdy.
     Wziął od niej dziecko. Dziewczynka zapiszczała i uśmiechnęła się do niego. Wyciągnęła swoje małe rączki ku jego twarzy. Czuła łączące ich więzi. Nie tylko wyglądali podobnie, ale coś jeszcze ich wiązało. Choć to niemożliwe, patrząc na to, kim - a raczej czym -  był mężczyzna.
     - Obiecuję - powiedział.
     Był tak zajęty dzieckiem, że nawet nie zauważył zniknięcia Lilith.

Pozostawiła po sobie kilka plam krwi i niemowlę. Dziewczynkę zawiniętą w czerwony koc z wyszytymi inicjałami S.I.R. ze złotej nitki.

Rozdział zbetowała Nearyh, za co bardzo jej dziękuje :)