piątek, 11 kwietnia 2014

Księga II: Rozdział VII


Martwe dusze i opętane ciała. Nienasycone, wciąż łaknące krwi”.


   Zabijesz kogoś. I to już niedługo...
Te słowa co dzień mnie budziły. Słyszałam odbijające się echo w mojej głowie. To coś twierdziło, że potrafiłabym kogoś zabić... Może i bym mogła? Przecież nie znałam swojej poprzedniej wersji. Nie wiedziałam co się stało. Czy byłam zdolna aby zabić? Nie wiedziałam tego, chociaż sama twierdziłam, że nie byłabym zdolna do skrzywdzenia innego człowieka, to ona dała mi wiele do myślenia. Wypuściłam głośno powietrze. Co ma być to będzie, ale na pewno nikogo nie zabije! Zeszłam na dół i w kuchni ujrzałam rozbawionego Natte. Tak, jego mogłabym zabić. A przynajmniej za to co mi zrobił...
- Z czego rżysz?- rzuciłam na dzień dobry.
- Oj, dalej się będziesz o to dąsać? Mała, przecież przeprosiłem- przewrócił teatralnie oczami.
- To nie znaczy, że ci wybaczyłam. I w najbliższym czasie nie licz na to.
- To tylko auto! Kupisz sobie nowe!
- To nie było zwykłe auto- warknęłam.- To moje Camaro... A teraz leży sobie rozłożone w jakimś warsztacie.
- No i naprawią go- pocieszył mnie.- Jeszcze zobaczysz.
- Czasem mam ochotę po prostu cię zabić- stwierdziłam.- I uwierz mi, za niedługo to zrobię- zagroziłam, a ten tylko się zaśmiał.
- I kto wtedy będzie cię denerwować?- drażnił się ze mną.
- Tonny nadaje się do tego.
- Daj mu spokój. Widzisz w jakim jest dole?- wykrzywił usta.
- Ja też jestem- wycedziłam przez zaciśnięte zęby.- Jak ty byś zareagował, gdybym rozbiła twój motocykl?
- To co innego.
- Nieprawda! A teraz przez ciebie nie mam jak dostać się do Lukasa...
- Uuuu... Lukas? To nasz blondynek ci się znudził?- opadł wesoły na kanapę.
- To weterynarz. Dzwonił, że obroża jest już gotowa.
- No to weź auto Ezry.
- Przecież on go wziął... Patrick też pojechał swoim, a ja nie potrafię jeździć autem Tonny'ego.
- Więc weź mój motor- powiedział, włączając telewizor.
- O Boże... Jak ja mam wziąć psa ze sobą?
- A po co masz brać tego kundla?- chłopak spojrzał na Nirrę, która właśnie zaczęła na niego warczeć.
- Musi przyjąć jeszcze jeden zastrzyk- podniosłam zwierzę.
- Przywieź zastrzyk ze sobą. Patrick jest przecież lekarzem, więc będzie mógł go wykonać.
- Lekarz a weterynarz to różnica idioto! Zresztą nie ufam mu w tej kwestii. Według mnie nie nadaje się na lekarza.
- To zamów sobie taksówkę, nie wiem...- wzruszył ramionami.
- Eh... z racji, że skasowałeś moje auto, zapłacisz za nią!- pogroziłam palcem.
- Niech ci będzie, ale przestań marudzić- odparł znudzony.
Po dwudziestu minutach, na podjazd wjechało czarne auto z żółtym napisem „taxi” na dachu. Wzięłam suczkę pod ramię i wsiadłam do auta.
- Hej- przywitał mnie ***, gdy weszłam do zoologicznego
- Cześć. To jak z tą obrożą?
- Jest na zapleczu. W sumie możesz już tam iść i położyć ją na stole. Ja zaraz przyjdę tylko obsłużę tamtych gości- wskazał na dwóch mężczyzn, którzy bacznie przyglądali się pająkowi w terrarium. Nie chcąc zobaczyć tego włochatego wielkoluda, posłusznie weszłam na zaplecze. Nirra grzecznie siedziała na metalowym stole, a ja opadłam na skórzany taboret, który stał przed blatem. 
     Po chwili dołączył do nas Lukas z pakunkiem w ręce. Podczas, gdy on podawał psu ostatni zastrzyk, ja otworzyłam paczkę. Znajdowała się w niej zamówiona obroża. Biały, skórzany pasek, do którego doczepiono metalowy emblemat z wyrytym imieniem psa, a także moim numerem telefonu. Zamówiłam ją w dwóch rozmiarach na wypadek, gdyby pies przerósł poprzednią. Założyłam Nirrze nową ozdobę, i postanowiłam przyjąć prośbę chłopaka, i zostać jeszcze trochę. Nie miałam ochoty wracać do domu, w którym był Natte. Wkurzyłam się na niego. Chciałam dobrze, przeprosiłam za tą akcje na Cyprze i nawet pożyczyła mu swoje ukochane autko. A on co zrobił?! „Wybacz. Nie zauważyłem tego drzewa. Zdarza się”. Gdy to usłyszałam, myślałam, że go po prostu zabiję. Uduszę gołymi rękami. Bo przecież drzewa czasami wstają sobie i udają się na przechadzki. Idiota pijany prowadził moje autko, więc nic dziwnego, że się rozbił. Na szczęście jemu nic się nie stało.
     Z Lukasem przyjemnie mi się rozmawiało. Chociaż co chwilę znikał, słysząc dzwoniący dzwonek przy wejściu do sklepu, to nie narzekałam.
- Wybacz, ale ten klient jest nieco podirytowany- powiedział wchodząc na zaplecze.-Chyba będę musiał z nim się trochę pomęczyć- posmutniał.- No, ale cóż... pan Mięśniak nie da mi spokoju...
- Nie martw się- pocieszyłam go.- Kiedy indziej dokończymy naszą rozmowę- ruszyłam w stronę wyjścia.
- Wpadniesz tu jeszcze?- uśmiechnął się.
- Jasne- odparłam.
Wychodząc z zaplecza, wybuchłam śmiechem na widok mężczyzny. Miał skrzyżowane ręce, a na twarzy zawitał lekki grymas. Jego blond włosy były nieco zmierzwione. Stał opierając się o blat.
- Co tu robisz?- zapytałam podchodząc do niego. Ten wbił się wargami w moje usta, namiętnie mnie całując.
- Natte dzwonił, że jesteś na mieście, więc pomyślałem, że cię odbiorę- powiedział odrywając się ode mnie.
- I nie ma to żadnego związku z tym, że powiedziałam jemu o moim spotkaniu u weterynarza?- usłyszała cichy śmiech Lukasa.
- On inaczej to sformułował...
- Przepraszam- zwróciłam się do chłopaka stojącego za mną.- Lukas, to jest Ezra, mój narzeczony. Ezra poznaj Lukasa, przyszłego weterynarza- mężczyźni podali sobie dłoń, choć widać było, że mój blondyn najchętniej obiłby mu tą buźkę. Wyglądał tak słodko kiedy się złościł...albo gdy był zazdrosny.
- Skoro już tu jesteśmy, może wstąpimy do jubilera?- zapytał.
- Po co?- zmarszczyłam brwi.
- Wybrać obrączki- znów nasze usta się złączyły.
- To chodź- splotłam nasze palce ze sobą.- Pa Lukas!- krzyknęłam wychodząc.- Do zobaczenia!

        W sklepie przejrzeliśmy kilka par pierścionków, jednak nie mogłam znaleźć odpowiedniego dla nas. Zresztą, Ezra też nie wyglądał na zadowolonego z proponowanych przez sprzedawcę obrączek. Spędziliśmy trochę czasu, chodząc po mieście, jednak po paru godzinach musieliśmy wracać do domu, gdyż Nirra była już zmęczona. Blondyn i tak musiał za niedługo jechać. Miał do załatwienia jeszcze jakieś sprawy, nawet mi o nich wspominał, ale nie miałam ochoty go słuchać. Nie interesowałam się jego biznesowymi spotkaniami. Nawet dobrze nie wszedł do domu, gdy dzwonek jego telefonu rozbrzmiał w kieszeni. Pożegnał się przepraszając i odjechał. Od razu udałam się do swojego pokoju i zmęczona opadłam na łóżko. Spędziłam trochę czasu z Nirrą. W końcu była jeszcze szczeniakiem, więc należało jej się dużo uwagi. Mała drażniła się ze mną, próbując wyrwać wybraną przeze mnie zabawkę. Śmiesznie to wyglądało, gdy tak się siłowała.      
        Usłyszałam jakiś huk i zeszłam na dół. Stojąc na schodach, zauważyłam pijanego Natte. Co weekend wychodził na imprezy. Nie miałam nic przeciwko temu. Był młody i korzystał z życia, ale na litość boską... Niech się ubierze! Wszedł w samych bokserkach, podśpiewując głośno jakąś piosenkę. W jednej dłoni trzymał klatkę... z papugą? Drugą obejmował jakąś dziewczynę. Również pijaną... Eh... Wróciłam do siebie, chcąc kontynuować zabawę ze zwierzakiem. Wciąż słysząc jego podśpiewywanie, zeszłam wkurzona na dół. Wszędzie walały się śmieci. Puste butelki po piwie, wskazywały drogę do pokoju bruneta. Zaklęłam, słysząc różne dźwięki wydobywające się zza drzwi. Ruszyłam do kuchni, zbierając po drodze śmieci. Przed blatem kilka taboretów było przewróconych. Chipsy i inne przekąski walały się po nim. Otworzyłam szafę, chcąc wyciągnąć z niej miotłę, i pisnęłam. Wyleciała z niej...papuga. Ptak pofrunął w głąb mieszkania. No pięknie Natte... Zmiotłam wszystkie okruchy i, po sprzątnięciu tego bajzlu, opadłam zmęczona na kanapę. Nie wiedziałam jak Amanda to robi, że w jeden dzień potrafi posprzątać cały ten cholernie wielki dom... Teraz będę musiała ją w tym wyręczać. Chociaż perspektywa zatrudnienia pomocy domowej, nie wydawała się aż taka zła. Już wcześniej chłopaki chcieli kogoś wziąć. Mieliśmy jeszcze kilka wolnych pokoi na górze, więc dziewczyna mogłaby z nami zamieszkać. Gotowałaby, sprzątała i prała ich obrzydliwie śmierdzące ciuchy. Wzdrygnęłam przypominając sobie smród w pralni.
Sięgnęłam po telefon, który zaczął brzęczeć na stole.
- Słucham?
- Pani Samantha Ravel?- odezwał się doniosły, męski głos.
- Tak...
- Dzwonię z warsztatu Munster Garage, chciałbym prosić panią o odebranie samochodu.
- Świetnie!- odparłam uradowana.- Kiedy będę mogła po niego przyjechać?
- Może pani nawet teraz...
- Więc widzimy się za pół godziny- rozłączyłam się, nie zważając na dalsze jego słowa. Pobiegłam na górę i wyciągnęłam płaszcz z szafy. Na dworze było już ciemno i robiło się coraz zimniej. Przerzuciłam przez ramię torbę i zeszłam na dół, czekając na taksówkę. Nirra pobiegła za mną strasznie skamlając.
- Zaraz wrócę- pogłaskałam ją za uchem.- Jadę tylko po samochodów i za niedługo się zobaczymy- suczka zaczęła szczekać, nie chcąc mnie wypuścić. Zmuszona byłam do zamknięcia jej w pokoju. Pobiegłam jeszcze do kuchni, zostawiając kartkę temu bucowi, że gdyby znudziło mu się „zabawianie” tych pustych lalek, i stęskni się za mną, ja będę w drodze do warsztatu po moje autko, które ON skasował. Dla własnej satysfakcji, podkreśliłam ostatnie słowa.
       Przyczepiłam kartkę magnesem do lodówki, aby nie umknęło jego wzrokowi i wyszłam z domu.
Droga do warsztatu, ciągnęła się w nieskończoność. Na dworze zrobiło się ciemno, a ja miałam coraz gorsze przeczucia. Nie chodziło o tego taksówkarza, który zachowywał się dziwnie. Męczyło mnie coś innego. Zaparkował przed wielkim budynkiem, gdzie świecił neonowy napis Munster Garage. Udałam się do tylnego wyjścia, którym wcześniej nieraz wpadałam, sprawdzając poczynania mechaników. Wielkie, metalowe drzwi były otwarte, dając mi dostęp do mojego Camaro. Zrobiło mi się cieplej na sercu, widząc go w jednym kawałku. Weszłam do środka, a następnie błądziłam dłonią po zimnej ścianie, aby znaleźć włącznik.
- Halo?!- zawołałam.- Jest tu kto?- w ciemności rozglądałam się za mechanikiem, który do mnie dzwonił. Nikogo nie było, a włącznika nadal nie mogłam znaleźć. Wchodząc w głąb, usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Szybko odwróciłam się i zauważyłam, że metalowe wrota, którymi dostałam się do środka, są zamknięte. Do mojego ciała napływało coraz więcej strachu. Przywaliłam biodrem w szafkę z narzędziami, wydając z siebie cichy jęk. Zasłoniłam dłonią usta, słysząc czyjeś kroki. Nie byłam sama. Ktoś krył się w ciemności i na mnie polował. Ostrożnie i po cichy chwyciłam ręką jakiś ostry przedmiot, chowając go do kieszeni.
- Saaamantho!- usłyszałam ponownie głos mężczyzny, który wcześniej dzwonił do mnie. Teraz wiedziałam, że to pułapka.- Wiem, że tam jesteś!- wołał rozbawiony.- Taka samotna! Bezbronna! Czas, abym to ja zemścił się na tobie!
Łzy spływały mi po policzkach. Bałam się. Tak cholernie się bałam, że może mnie skrzywdzić, a przecież nikt nie wie gdzie ja jestem. Oprócz Natta, który pewnie nawet nie zauważył wiadomości.
- Tu jesteś!- krzyknął, materializując się przede mną. Zaczęłam krzyczeć, próbując wydostać się z jego uścisku. Jednak to było na nic. Mężczyzna przywarł mnie do ściany, jedną rękę zaciskając na mojej szyi. Wiedziałam że zginę.
Powoli brakowało mi powietrza, przez co on był coraz bardziej rozbawiony.
- I co teraz? Już nie jesteś taka silna? Tak mi przykro z powodu twojej pamięci- kolejny śmiech nieznajomego. Jego dłoń coraz mocniej ściskała się na moim gardle.- Wiesz, że oni cię okłamują?- wolną ręką pogłaskał mnie po policzku. Poczułam kolejne nieprzyjemnie dreszcze.- Boją się ciebie i tego co możesz im zrobić. Nie mają odwagi na zabicie cię, bo obawiają się twojego demona...
Demon. Co on mógł o nim wiedzieć? Ja musiałam go już wcześniej poznać... I jak się zdążyłam domyśleć, nasze spotkanie nie należało do tych najprzyjemniejszych.
- Nawet nie powiedzieli ci kim tak naprawdę jesteś- zaśmiał się.- Wielka i potężna Samantha, zginie przez to, że kochaś zbyt mocno pragnął ją ochronić. Chciał dać jej życie, którego tak bardzo pragnęła. Żałosne nie?

***

Samantha chwyciła dłoń napastnika. W mocnym uścisku, usłyszała jego pękające kości.
- Głupcze- odezwała się.- Myślisz, że zostawiłbym ją taką bezbronną?
- Ja...ja nie wiedziałem. Proszę...- skamlał żałośnie błagając o życie.
- A czy ty byś jej darował? Chciałeś nas zabić. Myślisz, że ja ci to odpuszczę?
- Nie chciałem zabić... tylko nastraszyć. On zapłacił mi za to. Chciał, aby ona się dowiedziała prawdy- opadł na kolana.- Proszę... daruj mi życie...
- Kto ci zapłacił?!
- Nie wiem. Miał kaptur. Zapłacił dosyć sporą sumkę, abym powiedział jej o tobie.
Demon zacisnął dłoń na gardle mężczyzny, podnosząc go jedną ręką.
- Myślisz, że ci w to uwierzę? Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz- stwierdził z kaprysem. Z płaszcza wyciągnął śrubokręt, którym przebił płuco napastnika. Mężczyzna cicho jęcząc, próbował złapać oddech. Niestety, nie udawało mu się to. Demon rzucił jego ciałem w głąb warsztatu, przewracając kolejne półki z narzędziami. Z kieszeni wyciągnął telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Samanthy z Ezrą. Jej ukochany próbował się do niej dodzwonić. Już kilkakrotnie odrzucił jego połączenie. Demon wiedział, że zbliża się do warsztatu. Podszedł do umierającego mężczyzny. Powoli wykrwawiał się, ale był jeszcze przytomny. Chwycił go pod brodę, kierując twarz na siebie.
- Pozdrów ode mnie tatusia- wbił kolejne narzędzie w jego ciało. Wstał, udając się w stronę wyjścia. Gdy tylko wyszedł z warsztatu, ujrzał jadące z dużą szybkością auto. Samochód zaparkował niedaleko niego.
On zrobił już swoje. Dziewczyna była bezpieczna, więc mógł znów wrócić do swojego cienia.

***

      Opadłam na ziemię, mocno uderzając kolanami o kamyki. W słabym świetle neonowym, widziałam krew na moich dłoniach. Wiedziałam skąd ona się wzięła. Ja tam byłam. To ja to zrobiłam
Jestem demonem.
Moje ciało zaczęło drgać pod wpływem płaczu. Poczułam silne ramiona obejmujące mnie. Wiedziałam kto to był. Nie musiałam nawet na niego spoglądać w tym momencie, aby wiedzieć, że właśnie on się o mnie troszczy i z wielkim bólem i poczuciem winy, patrzy na mnie. Czułam dziwną energię wydobywającą się z jego ciała. Coraz bardziej byłam przerażona.
- Już dobrze- wyszeptał, mocniej tuląc mnie do siebie. Gdyby nie on, leżałabym właśnie na ziemi, gdyż nogi odmawiały mi posłuszeństwa.- Co się stało?
- Ja...- zająknęłam się, znów przypominając sobie wydarzenia sprzed kilku chwil.- Ja go zabiłam- wyszeptałam oblewając się kolejną falą łez.

***



     Zimne powietrze ocierało się po mojej twarzy, nadając policzkom różowego odcieniu. Stałam przed otwartym oknem, delektując się tym bólem. Skóra na dłoniach zmieniła się z bladej na czerwoną. Palce zastane w bezruchu, zaczynały powoli dawać o sobie znaki. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w krajobraz za oknem. Może jeszcze kiedyś dane mi będzie zachwycić się tym widokiem? W tym momencie nie potrafiłam tego zrobić. Każda moja myśl skierowana była do tego nieszczęsnego wieczoru. Odebrałam w nieludzki sposób komuś życie. Zabiłam niewinną osobę.

On chciał nas zabić. Nie był niewinny- wyszeptał demon.
      Odkąd ujawnił się i przejął na chwilę kontrolę nad moim ciałem, bez przerwy się do mnie odzywał. Tylko ja go słyszałam. Jego przerażający i zimny głos rozchodził się po mojej głowie.
Moja podświadomość miała rację. Jestem potworem. Wcześniej też zapewne nim byłam.

Od tygodni miałam tą scenę przed oczami. Ciemność, która gościła w moim ciele, chęć zabicia i oddzielenia duszy od ciała, była tak wielka, że zmieniła się w potężny głód, który niestety musi być zaspokojony- śmiercią. Pragnienie jego duszy było straszne, a zarazem przyjemne. Strach pozwolił mu na przejecie inicjatywy. Opętał mnie demon. To on był zabójcą, nie ja.
Nie mów ze ci się nie podobało.
Nie jestem zabójca- powtarzałam w myślach.
Ty nie, ja tak.
Odejdź ode mnie! Zostaw mnie w spokoju!
     Zalewając się łzami, ruszyłam do łazienki, jednak nie potrafiłam spojrzeć na siebie w lustrze. Zamiast Samanthy, tej nowej, którą usilnie próbowałam ukształtować, widziałam potwora. Moje oczy zmieniały swoją barwę z czarnych na bursztynową, co mnie w ogóle już nie dziwiło. Nie potrafiłam odróżnić fikcji od rzeczywistości. Nie wiedziałam czy to prawda, ale jedyne czego byłam pewna to to, że jestem potworem. Bestią czyhającą na to aby zadać komuś ostateczny cios.
Wiem, że tego chcesz- odezwał się cichy głos w mojej głowie. Chwyciłam za telefon i wybrałam numer.


*** EZRA***


      Siedziałem tępo wpatrując się w żar w kominku. Drewno pękało pod wpływem ciepła ognia. Siedziałem i czekałem. Nie mogłem nic zrobić. Ona nie chciała mojej pomocy. Zamknęła się w sobie i odtrąciła wszystkich od siebie. Nawet mnie. Cierpiała w samotności, nie pozwalając do siebie dotrzeć. Od tygodni nie wychodziła z pokoju. Nie widziałem jej już kilka dni. Nikt nie mógł dostać się do jej pokoju, gdyż Nirra pilnowała wejścia i atakowała wszystkich, oprócz mnie. Jednak Sam nie chciała ze mną rozmawiać. Nie chciała mnie nawet widzieć. Bolało mnie to.
- Trzeba jej powiedzieć- ciszę przerwał brunet.
- Nie. Widzisz co się z nią teraz dzieje? Chcesz żeby do końca się załamała?- nie ukrywałem złości, wypowiadając te słowa.
- Nie powiedzieliśmy jej i jak skończyła?- głos zabrał Tonny. - Słuchaj, ona wie co się tam stało. Wie, że ktoś nią kierował do tego. Sam mi powiedziałeś, że demon ją opętał. Mówiłeś, że widziałeś jego spojrzenie. Jak myślisz? Co ona może teraz czuć, skoro nawet nie wie co się dzieje?
Ciemnowłosy od kilku dni dawał mi jasno do zrozumienia, że to wszystko nie wydarzyłoby się, gdybyśmy jej powiedzieli. Jako jedyny był przeciwny temu, aby trzymać ją w niewiedzy. Ale teraz zrozumiałem swój błąd. Powinna wiedzieć, i zamierzałem wyznać jej prawdę. Wstałem z kanapy i ruszyłem w stronę jej pokoju. Nie obchodziło mnie czy będzie chciała ze mną rozmawiać, czy też nie. Musiała to usłyszeć i koniec. Zacząłem wchodzić po schodach, gdy zatrzymałem się w połowie drogi i ze zdziwieniem spojrzałem przed siebie.
- Sam? A...ale ty przecież...- bezradnie gestykulowałem rękami- nie chciałaś wyjść.
- Jak widać wyszłam- usłyszałem jej chłodny ton.- Nie mogę tam wiecznie siedzieć.
Nie mogłem uwierzyć w jej słowa. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Moja dawna Sam powracała.
- Jak się czujesz?
- A jak mogę się czuć? Odebrałam niewinnej osobie życie. Nawet policja się tym nie zainteresowała. Morderca jest na wolności i nikt się tym nie przejmuje!
- Nie jesteś mordercą- zaprzeczyłem.- Mówiłem ci, że on przeżył. Zamknęli go w wię...
- Proszę cię...- przerwała mi- chociaż tym razem nie kłam.
- Sam, ale...

- Pogadamy wieczorem, jak wrócę- powiedziała szorstko.
- Gdzie idziesz?- zmartwiłem się.

- Idę spotkać się z Daviną. Sam przecież powiedziałeś, że nie jestem mordercą. Nie jestem demonem, więc dlaczego mam się tak czuć? Lub zachowywać? Idę się spotkać z przyjaciółką, a ty tu zostajesz. Jak zauważyłeś, nie potrzebuje niańki. 
    Trzasnęła drzwiami i wyszła w towarzystwie Nirry. Pies nie odstępował jej nawet na krok, za co byłem wdzięczny. Wiedziałem przynajmniej, że przy niej będzie bezpieczna.


***SAMANTHA***


- To gdzie jedziemy?- zapytała wesoła blondynka, która nawet nie wiedziała, że siedzi z bezlitosnym mordercą w jednym samochodzie. Z niewiadomych przyczyn zabijałam. Nie chciało mi się wierzyć, że robiłam to tylko dlatego, że byłam zagrożona. Jednak zauważyłam, że w moim ciele powstała jeszcze jedna osoba. Stworzyłam demona, którego nazywałam swoją ciemną, morderczą stronę. To tak jakby dwie osobowości gościły we mnie. Z pozoru zwykła dziewczyna, wewnątrz potwór. Potrzebowałam psychiatry. A najlepiej byłoby, gdyby zamknęli mnie w psychiatryku...

- Castle Hill- posłałam jej delikatny uśmiech. Davina nie wiedziała o tym co zaszło. Moje zwolnienie przyjęła w dość łagodny sposób. Sama wiedziała, że długo nie popracuję, gdyż nie ma takiej potrzeby. Nie potrzebowałam pieniędzy. Matka miała ich całe mnóstwo, chociaż nie chciałam z nich korzystać.
Już niedługo się spotkamy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie mogłam doczekać się tego. Chciałam go spotkać. Pozwolić znów przejąć nad sobą kontrolę. Poczuć tą przyjemność śmierci. 



W końcu upragniony weekend! Po takim tygodniu tylko o tym marze.... A jeszcze zostało mi zakończenie projektu i biologia :c Szczerze mówiąc, to im bliżej wakacji, tym gorzej ( jeśli chodzi o naukę). A tak wgl, to ostatnio liczyłam dni do wakacji i ( u mnie) zostało 45 :D nie licząc weekendów :*
Mam nadzieję, że rozdział się podobał.
Pozdrawiam
Seo

czwartek, 3 kwietnia 2014

Księga II: Rozdział VI

Gdy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy w Ciebie”.




     Metaliczny zapach krwi rozchodził się po polanie. Nawet nie musiałam się rozglądać, aby wiedzieć, że to sen. Znów miałam się z nią spotkać. Z tą straszną wersją mnie. Zadrżałam na myśl o tym. Powoli otworzyłam powieki i ujrzałam pole pełne trupów, które ponoć ja zabiłam... To był absurd! Przecież jak można zabić tyle niewinnych ludzi i nie zostać złapanym?
- Oni nie byli niewinni- usłyszałam swój głos zza pleców. Powoli odwróciła się w jej stronę.- Każdy z nich coś ci zrobił, albo chciał coś zrobić.- Kopnęła jedno z ciał, leżących przed nami.- Ten chciał zabić twojego przyjaciela, a ten ciebie.
- Nie wierzę ci- odparłam, odzyskując głos.
- Wiem, ale za niedługo sama zobaczysz. Chodź- gestem ręki nakazała mi iść za sobą, Tak też uczyniłam. Po chwili krajobraz się zmienił. Nie widziałam, żadnych trupów. Znajdowaliśmy się w jakieś grocie, która oświetlona była licznymi świeczkami, przyczepionymi do skał. Szłam zaledwie kilka kroków od siebie, bacznie wszystko obserwując. Doszliśmy do wielkiego pomieszczenia, w którym znajdowała się trumna...
- Po co mnie tu przywlokłaś?- rzuciłam zdenerwowana.
- Dzisiaj ta stara jędza nazwała cie demonem pamiętasz? Chce abyś coś zobaczyła- oznajmiła podchodząc do drewnianej skrzynki. - Nie bój się. Nic ci nie zrobię- powiedziała, widząc moje wahanie. Stanęłam obok niej, przyglądając się przedmiotowi, który został przez nią otworzony. Moje serce przyśpieszyło swoje bicie, a do oczu napłynęły łzy.
- To jest ten demon, który tkwi w twoim ciele- powiedziała.- Ta staruszka mówiła prawdę. Jesteś demonem.
- D...dlaczego?- wyjąkałam.
- Dlaczego?- powtórzyła.-Proste. Takie jest twoje, nasze, przeznaczenie. Zostałaś stworzona do wielkich rzeczy. To w tobie tkwi nadzieja. To ty zdecydujesz jak ten świat dalej będzie się toczył. Czy pozwolisz, aby on przejął nad tobą kontrolę i zniszczył wszystko, czy postanowisz uratować te marne ludzkie życia. Chociaż oni i tak zginą w ciągu kilku lat, przez swoją głupotę- mówiła tępo wpatrując się w czarne stworzenie w drewnianym pudle.
- Nie wierzę ci- wymamrotałam.- Nie jestem potworem i nie ja zabiłam tych ludzi. Nigdy nikogo nie skrzywdziłam i nie skrzywdzę!
- Jesteś tego pewna? Nie wiesz co się wydarzyło w zeszłym roku, a oni nie są z tobą do końca szczerzy.
Zwątpiłam w swoją niewinność. Ona miała rację. Nie wiedziałam co działo się wcześniej. Mogłam być przecież seryjny mordercą, a oni to przede mną ukrywali. A może jednak nie? Przecież mogła się mylić. Skąd mogło mi przyjść do głowy, żeby słuchać jakiejś wymyślonej osoby, którą wysyła mi moja podświadomość. Po prostu, chęć poznania prawdziwej siebie, przerosła mnie. Dlatego też ona powstała i mnie nawiedza. Tak naprawdę jej tu nie ma. Nie istnieje.
- Przecież ja tu jestem- zaśmiała się.- Wciąż mi nie wierzysz? Dobrze. Udowodnię ci, że to wszystko prawda.
- Ale nie każesz mi się zmieniać w tego demona?- zapytałam pewnym głosem. Już się jej nie bałam. Wszystkie moje obawy zniknęły.
- Jeśli zwątpisz w to, co jest prawdziwe, sama się przekonasz. W książce znajduje się list. Zresztą sama go znalazłaś. Schowałam tam skrzynkę, której zawartość może cię zainteresować. Jeśli będziesz się chciała coś o sobie dowiedzieć, to radzę ci go znaleźć.
- I tak miałam to sprawdzić...
- To nie wszystko- uśmiechnęła się podejrzliwie.- Za niedługo sama uwierzysz, że jesteś potworem.
- Nigdy w to nie uwierzę. Ani w każde inne twoje słowo.
- Zabijesz- powiedziała, a ja wybałuszyłam oczy.- Zabijesz kogoś i sama przekonasz się kim tak naprawdę jesteś. Chociaż w tym przypadku bardziej trafne słowo byłoby czym jesteś- wybuchła śmiechem.
Zatkałam uszy, a łzy spływały po moich policzkach.
- Nie jestem potworem- powtarzałam, wciąż słysząc w oddali jej śmiech...

***


    Czułam delikatne liźnięcia na twarzy. Przerażona szybko otworzyłam powieki i ujrzałam Nirrę, siedzącą przed moją głową. Uśmiechnęłam się widząc jej wesołą minę. Już nie przypominała tego wychudzonego, umierającego psa z wczoraj, tylko młodą, silną suczkę. Podrapałam ją za uchem, a ta weszła na mnie, wciąż liżąc po twarzy.
- Co? Głodna jesteś?- zapytałam. Pies w odpowiedzi zaszczekał. Zrobiło mi się cieplej na sercu. Jej czarne, szpiczaste uszka, odstawały od głowy. Wyglądała komicznie. Dolne futerko i trochę ryjka było białe, zaś reszta czarno-szara. Oczy miała jasno niebieskie z ciemnymi obwódkami, a futerko wokół nich było czarne, które podkreślały ich jasność.
- Chodź, damy ci coś do jedzenia- powiedziałam i podniosłam małą. Położyłam ją zaraz obok misek, które wczoraj kupiłam. Do jednej dałam mokrej karmy z puszki, a drugą napełniłam wodą. Podczas gdy pies jadł, ja wzięłam prysznic. Czysta, wyszłam z łazienki, ubrana w sukienkę, którą wczoraj kupiłam. Czesząc swoje czarne włosy, spojrzałam na Ezrę, który wciąż spał na kanapie. Widać było po jego minie, że jest mu niewygodnie. Usiadłam rozkrokiem na nim i złożyłam kilka delikatnych pocałunków na jego ustach. Wiedziałam, że już nie śpi, gdyż próbował powstrzymać uśmiech, co mu w ogóle nie wychodziło.
- I tak ci nie wybaczę tego- w końcu się odezwał.
- No, ale przecież to jeszcze dziecko. Nie może spać sama- zaprotestowałam.
- Następnym razem możesz położyć jej legowisko przy łóżku, ale ja nie życzę sobie, aby ona spała z nami.
- No dobrze- zgodziłam się, chociaż i tak postanowiłam, że ta psina będzie z nami spać. Czy mu się to podoba czy też nie.- A teraz idź się wykąpać bo trochę jedzie od ciebie alkoholem. I rybą- powiedziałam i wstałam, chcąc ułatwić mu dostęp do łazienki.
- O nie! Idziesz ze mną- powiedział przerzucając mnie przez ramię.
- Ale...- zaczęłam.
- Żadne ale! To pomieszczenie jest wolne od dzieci- zaśmiał się.- Nie masz żadnych innych argumentów?
- Nie- odparłam przygryzając wargę.
- To rozumiem- zaśmiał się, a następnie zniknęliśmy za drzwiami łazienki.

***

- Już spakowana?- zapytał blondyn spoglądając na mnie.
- Czekaj, sprawdzę czy wszystko wzięłam- powiedziałam, a następnie przejrzałam jeszcze raz wszystkie szafki. W łazience znalazłam jeszcze kilka swoich ubrań.
- Ezra, to nie chce się zapiąć- zmartwiłam się. Dokupiłam dość sporą liczbę nowych ubrań, ale nie przypuszczałabym, że się nie zmieszczą.
- Daj to- powiedział, zabierając ode mnie walizkę. Ja w tym czasie podeszłam do Narri i przypięłam jej smycz. Suczka spokojnie dała się zapiąć. Następnie wzięłam ją na ręce i podeszłam do chłopaka.
- I jak?- zapytałam.
- Proszę- powiedział dumnie wskazując na walizkę.- Wszystko zapięte
- Kochanie... ale zapomniałeś wsadzić tamte ciuchy- zachichotałam. Ten spojrzał na mnie spod łba i znów zaczął męczyć się z moim bagażem. Przerzuciłam torebkę przez ramię i chwytając jedną z toreb zeszłam na dół. Weszłam do windy, w której napotkałam swoją matkę.
- Wszystko w porządku?- zapytała. Nie miałam ochoty na dalszą kłótnie z nią. Nawet miałam wyrzuty spowodowane tym, co jej kiedyś powiedziałam.
- Wiesz, chciałam cię przeprosić- zaczęłam niepewnie.- Wtedy nie znałam ciebie i bała się, że możesz mi coś zrobić. Potem miałam cały czas wrażenie, że coś przede mną ukrywacie. Teraz rozumiem kim jesteś i jak bardzo ci na mnie zależy. Przeprasza mamo...- spuściłam głowę, a kobieta przytuliła mnie do siebie.
- Nie martw się kochanie, ja cie rozumiem. Najważniejsze jest to, że jesteś z nami. Ja rozumiem twoją reakcję, ale uwierz mi. Naprawdę cię kocham i chce dla ciebie jak najlepiej.
- Dziękuje mamo- wypowiedziałam przez łzy.
- Chodźmy już bo spóźnimy się na lot- czułam jak się uśmiecha. Wytarłam cieknące łzy i wyszliśmy z windy. Przy recepcji czekali na nas chłopaki. Patrick z Tonny'm wymeldowywali się, a Natte jak zwykle zarywał do jakiejś laski. Uśmiechnęłam się widząc kim jest ta dziewczyna. Podeszłam do nich.
- Natte! Chodź już- zaczęłam marudzić. Dziewczyna spojrzała na mnie zdenerwowana. No cóż... w pobliżu nie było żadnych jej koleżanek, więc jej pewność siebie po prostu wyparowała.
- Jeszcze chwilka mała!- odparł znów przybliżając się do nieznajomej. Znów drzwi windy się otworzyła, a z jej środka wyszedł blondyn obwieszony walizkami. Podeszłam do niego i wzięłam kilka torb, za co był mi wdzięczny. Przez chwilę nasze wargi zetknęły się. Pocałunek był krótki, ale namiętny.
- To jedna z tych dziewczyn ze sklepu?- zapytał wskazując głową na brunetkę.
- Tak, a ten dupek nie chce się od niej oderwać- odparłam zdenerwowana.
- Czekaj, zaraz to załatwię- uśmiechnął się tajemniczo. Usiadłam na fotelu, czekając na taksówkę. Ezra zostawił torby przed wyjściem i zniknął. Po chwili zauważyłam nowożeńców, którzy chcieli się z nami pożegnać. Postanowili nieco przedłużyć swój pobyt tutaj.
Ciemnowłosy pomógł mi wsadzić nasze bagaże do auta, podczas gdy Ezry nigdzie nie było.
- Natte!- krzyknęłam zdenerwowana.
- Chwila!- odparł przymilając się do tej szmaty. Nie byłam zazdrosna. Bardziej denerwował mnie fakt, że wcześniej była zafascynowana moim facetem, a teraz zabierała się za mojego przyjaciela.
Zza rogu wybiegła młoda dziewczyna. Kierowała się w stronę bruneta. Stanęła przy nim i zaczęła wrzeszczeć, oblewając się łzami. Wyglądała jak wściekła kochanka, która właśnie przyłapała swojego chłopaka na zdradzie. Ciepłe ręce oplotły mnie w pasie i pociągnęły do tyłu.
- I jak ci się podoba?- usłyszałam dobrze znany mi głos.
- To twoja sprawka?- uśmiechnęłam się, a on przytaknął.- Jesteś wredny- pocałowałam go w usta. Przyglądałam się dalej tej scenie. Widziałam jak Natte próbuje wytłumaczyć tej szmacie, że nie zna tej kobiety, jednak ona mu w to nie wierzyła. Wyszła z uniesioną głową do góry. Myślałam, że parsknę śmiechem. Uraczyła mnie chłodnym spojrzeniem, wychodząc z hotelu. Brunet wzruszył ramionami i -w końcu- wsiadł do taksówki.


***

     Po przylocie Lilith od razu pojechała do swojego domu, w którym jeszcze nie byłam, i nie chciałam być. Zdenerwowany brunet, któremu wcześniej nie udał się podryw, od razu wyruszył na jakąś imprezę. Wziął szybki prysznic i ubrany w czyste ciuchy, zniknął zabierając moje czarne Camaro. W samolocie trochę nam się oberwało, więc żeby go udobruchać, postanowiłam mu je pożyczyć. Ale tylko na dzisiaj. Nie lubiłam się z nim rozstawać. Był moim oczkiem w głowie, który teraz został zastąpiony małą psinką. Pierwsze co zrobiłam, po wejściu do domu, to rozpakowałam jej rzeczy i położyłam legowisko przy naszym łóżku. Ku zadowoleniu Ezry oczywiście. Zabrałam Nirrę na małe zakupy do zoologicznego. Widziałam w nim wiele słodkich zwierzaczków, ale oczywiście moja psina była słodsza.
- Coś podać? - zapytał młody, rudowłosy mężczyzna podchodząc do mnie. Jego włosy były krótko ścięte, a na twarzy zawitał szeroki i serdeczny uśmiech. Przez koszulę widziałam jego umięśnioną sylwetkę, jednak fartuch z logiem sklepu dodawał mu trochę komicznej nutki.
- Potrzebuję dla niej obrożę- powiedziałam pokazując mu Nirrę.
- Jaka to rasa?- zmarszczył brwi.
- Yyy... nie wiem- wzruszyłam ramionami.- To chyba mieszanka husky i jakiegoś kundla.
- Husky i wilka- poprawił mnie.- To jest hybryda. Piękny i rzadki okaz. Ma pani może jakiegoś na sprzedaż?
- Nie.
- Szkoda. Te psy są naprawdę niesamowite. Można?- zapytał chcąc podnieść zwierze. Kiwnęłam głową na zgodę i po chwili pies znajdował się w jego objęciach.- Długo pani ją ma?
- Samantha- uśmiechnęłam się do niego.
- Lukas- odparł podając mi rękę. Odwzajemniłam uścisk.- Długo ją masz?
- Nie, wczoraj kupiłam.
- Więc pewnie nie przeszła żadnych szczepień?
- Raczej nie. Jej poprzedni właściciel omal jej nie zabił. Była cała wygłodzona- posmutniałam.
- No, ale teraz widać, że właścicielka dba o swój skarb. Jeśli nie masz nic przeciwko, to obok jest weterynarz. Możemy przejść przez zaplecze, te dwa budynki są do siebie połączone- odparł wciąż głaskając mojego pupila. Skinęłam głową na zgodę. Udałam się za nim w kierunku tylnego wyjścia.
Przeszliśmy przez hol, wypełniony pustymi klatkami i weszliśmy do pomieszczenia, który wyglądał na salę operacyjną dla zwierząt.
- Możesz ją przytrzymać?- zapytał brunet, kładąc suczkę na metalowy blat. Złapałam ją i głaskałam za uchem. Chłopak przyniósł tacę z dwoma strzykawkami, w których znajdował się bezbarwny płyn. Do tego dwie tabletki dość sporej wielkości.
- Nie jesteś za młody na weterynarza?- mój głos brzmiał dość niepewnie. Nie chciałam aby jakiś młody palant skrzywdził mojego psa.
- Właśnie odbywam praktyki tutaj. Dzisiaj akurat weterynaria jest zamknięta, więc robię za kasjera w zoologicznym. Nie bój się, mam doświadczenie z takimi małymi zwierzątkami- powiedział pocieszając mnie.- Teraz wstrzyknę jej podstawowe zastrzyki i dam coś na odrobaczenie. Jeśli nie masz nic przeciwko, to dam coś przeciw pchłom. Nie wiadomo w jakich warunkach ona przebywała- podał pierwszy zastrzyk, a ja wzdrygnęłam.- Dzisiaj dostanie tylko dwa, ale musisz wrócić z nią za jakieś dwa- trzy tygodnie. Muszę ją zaszczepić przeciwko nosówce, a do tego musi być odrobaczona. Nie wiem czy tamten jej coś dawał, a nie chce stracić tak ładnej suni- uśmiechnął się do mnie.
- Dzięki- odwzajemniłam jego gest.
- Patrzcie jaka dzielna- zwrócił się do psa.- Nawet się nie skrzywdziła, w przeciwieństwie do właścicielki- zaśmiał się, a ja przymrużyłam oczy.- No już dobrze, przeprasza. Może teraz przejdziemy do tej obroży?
    Wróciliśmy do sklepu, a Lukas wyciągnął katalog z różnymi wzorami. Razem z jego pomocą, wybraliśmy małej Nirrze, białą smycz z blaszanym imiennikiem. Miała być gotowa za dwa tygodnie, więc przy okazji mogłam przyjść po kolejną dawkę leku. Będąc tam kupiłam jej też karmę dla szczeniaków. Lukas ocenił jej wiek na około siedem tygodni. Ze względu na to, że miała wyrosnąć na dużego półwilczura, kupiłam jej większe łóżko. Do tego kilka zabawek i różne kości, na których mogła ostrzyc sobie zęby. Zapłaciłam za produkty i szczepienie, a następnie wstąpiłam jeszcze do galerii w której pracowałam. Urlop miał mi się kończyć za cztery dni, więc wstąpiłam po nową rozpiskę zmian.
- Patrzcie kto wrócił!- usłyszałam śmiech Daviny
- Hej- przywitałam szefową.- Co ty taka wesoła?
- To już nie mogę ucieszyć się z wizyty mojej pracownicy?
- Jednej z wielu pracownic, a tylko przy mnie tak się cieszysz.
- No bo tylko ciebie lubię- zaśmiała się, a ja dźgnęłam ją łokciem.- No mów jak tam było na ślubie.
- Ślub jak to ślub. Ceremonia, impreza, tańce, alkohol...
- I seks- dodała.- Gdzie alkohol to i seks!- zarumieniłam się.
- No i patrz!- wyciągnęłam do niej rękę, na której znajdował się pierścionek z małym, białym diamencikiem.- Ezra mi się oświadczył!- pisnęłam. Kobieta przytuliłam mnie i pogratulowała.
- To teraz szykuje się kolejna impreza. Ale taka, której Dewsbury nigdy nie zapomni.
- O nie kochana! Impreza będzie, ale nie taka jak tam. Nie mam ochoty na taką bandę gości. Zrobimy przyjęcie dla najbliższych znajomych, więc nie będziesz miała z kim się upijać. Chyba, że rozruszasz trochę Patricka- stwierdziłam wesoła.
- Co ty od niego chcesz?- oburzyła się.- On jest ładny. Jeszcze zobaczysz- pogroziła mi palcem- będziemy razem.
- Mam nadzieję. W sumie pasujecie do siebie. No, ale ja muszę już mykać. Przyszłam po rozpiskę, a nie na ploty. Zresztą Nirra została w aucie, a nie chce aby zesikała mi siedzenie- na mojej twarzy zawitał grymas. Już sobie wyobrażałam reakcję Ezry, na wieść o tym, że jego ukochany pies, którego tak strasznie kocha, osikał auto.
- Kupiłaś psa?- wyszczerzyła swoje zęby w uśmiechu.
- Tak.
- Muszę go zobaczyć!- pisnęła.- Oj weź go tu przyprowadź.
- To może ty wpadniesz do mnie? Jeszcze nie byłaś, a i Patrick by się ucieszył- wzruszyłam porozumiewawczo brwiami.
- Dobra, wpadnę do ciebie jutro popołudniu- cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie. Pomachałam jej i wyszłam, wraz z rozpiską, ze sklepu.
Nirra grzecznie sobie spała na przednim siedzeniu. Niestety, wsiadając obudziłam ją, za co cholernie byłam zła na siebie. Po zaledwie dwudziestu minutach znalazłam się w domu. Zostałam gniewnie przywitana ze strony narzeczonego, który strasznie zdenerwował się moją nieobecnością, i tym, że zapomniałam wziąć ze sobą telefon.
- Gdzie chłopaki?- zapytałam zmieniając temat. Chłopak złagodniał.
- Pojechali do Natta. Pisał, że znalazł jakąś zajebistą imprezę.
- Więc zostaliśmy sami?- usiadłam rozkrokiem na jego kolanach.
- Mhm...- wymruczał mi do ucha.
- Jakieś plany co z tym zrobimy?- dłonią błądziłam po jego nagim ciele pod koszulką.
- Coś by się znalazło- odparł, a następnie położył mnie na kanapie, przykrywając swoim ciałem. Czułam jego miękkie wargi na swojej szyi, które zjeżdżały coraz niżej. Z mojego gardła wydobywały się ciche jęki.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, a chłopak odskoczył ode mnie. Oparta na łokciach, spojrzałam na hol, z którego dochodziły jakieś odgłosy. Ezra zmarszczył brwi, założył koszulkę i w momencie kiedy chciał sprawdzić przyczynę tych odgłosów, ujrzeliśmy Natta w towarzystwie jakieś cycatej blondynki. Zachłannie całowali się, kierując w stronę pokoju chłopaka. Opadłam na kanapę, a dłońmi próbowałam powstrzymać śmiech. Widziałam jak Ezra kręci głową.
- To na czym skończyliśmy?- zapytał pochylając się nade mną.
- Chodźmy lepiej do sypialni- wstałam z sofy.- Nie mam ochoty ich znowu spotykać.
- Oni raczej prędko stamtąd nie wyjdą. My zresztą też- powiedział, a następnie mnie podniósł, kierując się na górę, do mojego pokoju, który teraz był też jego.


***

     Obudziłam się czując kolejne liźnięcia na twarzy. Uśmiechnęłam się, uświadamiając, że mała wstała. Taka pobudka może i była obrzydliwa, ale i na swój sposób słodka. Wyswobodziłam się z objęcia ukochanego, ubrała jego koszulę i, z psem na rękach, zeszłam do kuchni. Dałam jej trochę psiego jedzenia, a do miski wlałam świeżą wodę. Sama, czując zapach jej karmy, sięgnęła do lodówki po jakieś jedzenie. Nie zauważyłam nic, co mogłabym na szybko przygotować, więc z koszyka znajdującego się obok mikrofalówki, wyciągnęłam jabłko i wróciłam do pokoju. Blondyn tak jak go zostawiła, tak spał. Nawet nie zauważył mojej nieobecności. Wzrokiem przeleciałam pokój. Na podłodze walały się różne części naszej garderoby. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając wczorajszy wieczór. Zebrałam brudy i wrzuciłam do kosza na pranie. Nie wiedząc co dalej zrobić, wróciła do łóżka. Chłopak lekko drgnął, gdy kładłam się obok niego. Następnie objął mnie i przyciągnął do siebie.
- Ezra!- pisnęłam wiedząc, że on udawał, że śpi.- Puść mnie!
- Nie- powiedział z zamkniętymi powiekami. Odwróciłam głowę w jego stronę, aby móc złożyć na jego ustach kilka pocałunków.
- Teraz tym bardziej cię nie wypuszczę- wymamrotał między pocałunkami.
- No weź- oburzyłam się.- Głodna jestem. Trzeba tu posprzątać, no i ja też muszę się jakoś ogarnąć. Popołudniu ma wpaść Davina. Nie chce, aby zastała chlew zamiast domu.
- Oj nie marudź. Jest czysto, a do południa masz jeszcze dużo czasu. Mogłabyś na przykład zacząć od tego, że zostaniesz jeszcze w łóżku więc moglibyśmy...
- Och!- oburzyłam się.-Ty tylko o jednym. Nie wystarczyła ci wczorajsza noc?
- Z tobą seksu nigdy za wiele- odparł uradowany.
- Więc muszę cię zmartwić, bo ja nie mam ochoty- wyswobodziłam się z jego objęć i ruszyłam w stronę łazienki.- Idziesz?- zapytałam ściągając po drodze koszulkę, która była jedynym ubraniem jakim miałam na sobie. Odwróciłam się twarzą do blondyna. Właśnie wstawał.
- Kobiety...- wymamrotał idąc za mną.


***

- Co dzisiaj na obiad?- zapytałam chłopaków, którzy leżeli w salonie. Każdy z nich miał kaca, co wyglądało komicznie. Tonny leżał brzuchem na kanapie, tuląc do siebie butelkę wody, a Patrick pojękiwał, zmieniając co chwilę zimny okład na czole. Spotkałam się z Natte'm, który wyszedł po coś do picia do kuchni. Z szafy wyciągnął dwa kieliszki i do tego butelkę wina. Sięgnął też po coś do lodówki, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Jedyne czego byłam świadoma to tego, że ta dziunia wciąż tam u niego była. - Dobra chłopaki- zwróciłam się do nich, a ci ani drgnęli.- Zamawiam pizze, a wy zaraz macie się zmyć bo wpadnie Davina.
- Davina?- zapytał Patrick.- Ta twoja szefowa?- przytaknęłam. Mężczyzna zrzucił okład i podbiegł do swojego pokoju, wołając mnie po drodze. Gdy weszłam tam, zauważyłam go stojącego bez koszulki przy szafie.
- Mam sprawę do ciebie- spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.- Wy tam często sobie plotkujecie...no i ten...
- Chcesz wiedzieć czy coś o tobie wspomniała?- uśmiechnęłam się. Gdyby tylko ona to usłyszała...
- No właśnie!- odparł uradowany.- Więc wspominała coś o mnie?
- Ta, i to dość dużo.
- Mam nadzieję, że nic strasznego- posmutniał.
- Oczywiście, że nie- podeszłam do niego i z szafy wyciągnęłam ciemny T-shirt z krótkimi rękawami i większym rozcięciem na dekolcie. Do tego dorzuciłam jeansy i podałam chłopakowi.- Ubierz to- rozkazałam.- I użyj tej nowej wody po goleniu. Strasznie jej się spodobała- dodałam wychodząc z pomieszczenia.
Po jakiś czterdziestu minutach w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Otworzyłam drzwi, przed którymi stanął dostawca. Młody mężczyzna, około dwudziestoletni, podał mi zamówione jedzenie. Zapłaciłam, i ujrzałam Davinę, która właśnie wjeżdżała na posesje. Pomachałam jej, a ona w odpowiedzi zatrąbiła. Zauważyłam, że chłopak uśmiechnął się do niej.
- Ona jest zajęta- klepnęłam go w ramię, a on naburmuszony wrócił do swojego auta.
- A temu co?- zapytała dziewczyna odgarniając swoje blond włosy z brązowymi końcówkami. Pomimo, że jakiś miesiąc temu skończyła dwadzieścia pięć lat, to nie wyglądała na tyle.
- Zły dzień- stwierdziłam, nie zagłębiając się bardziej w ten temat.- Akurat mieliśmy jeść obiad- stwierdziłam, a następnie gestem ręki, zaprosiłam ją do środka.
- Pizzę nazywasz obiadem?- zapytała zdziwiona.
- Dzisiaj robimy sobie wyjątek. Chłopaki skacowani leżą, a mi się nie chce robić nic innego do jedzenia.
- Oj, to chyba nieźle wczoraj zaszaleliście- uśmiechnęła się, siadając przy blacie.
- Oni, nie ja.
- Ty pewnie byłaś zajęta czymś innym- poruszyła brwiami, a ja zarumieniłam się.
- Chcesz?- zapytałam podsuwając jej jedno z pudełek. Blondynka wyciągnęła z niej kawałek i zaczęła jeść.- Chłopaki!- krzyknęłam.- Pizza!- po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwi i w kuchni pojawił się Natte w samych bokserkach. Davina zachichotała na jego widok.
- Mhm... Nie wiedziałem, że odwiedzi nas taka piękność- powiedział, składając delikatny pocałunek na jej dłoni.- Gdybym wiedział, chociaż bym się ubrał, ale mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza- uśmiechnął się zalotnie.
- W sumie, nie zaszkodziłoby ci jakbyś teraz się ubrał. Wystarczył mi poranny widok- stwierdziłam podając mi jego pudełko z jedzeniem.
- Oj nie marudź. Nie mów, że ci się nie podobało- uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Kochanie! Idziesz?- usłyszałam damski głos dobiegający z jego pokoju.
- Obowiązki wzywają- zaśmiałyśmy się, a Natte zarumienił się.
- Dobra, dobra, ale i tak nie wybaczę ci tego co zaszło na Cyprze!- zagroził palcem.- Chyba, że pożyczysz mi na dzisiaj jeszcze swój samochód.
- Ale potem masz go umyć- krzyknęłam, rzucając mu kluczyki. Chłopak wyszedł z jedzeniem, ciesząc się jak dziecko.
- Reszty nie ma?- zapytała dziewczyna. Zastanowiłam się chwilkę, i dopiero potem przypomniało mi się, gdzie został Tonny.
- Czekaj - powiedziałam, biorąc kolejne pudełko. Otworzyłam wieczko i postawiłam na stole w salonie, gdzie na kanapie spał ciemnowłosy. Wróciłam do kuchni i z szafki wyciągnęłam szklanki i sok. Zapełnioną napojem szklankę, podałam blondynce.
- Ezry nie ma, a Patrick jest u siebie. Powinien zaraz zejść- spojrzałam na schody, słysząc szczekanie. Nirra powoli zbiegła z nich, a następnie rzuciła się na nowego gościa. Dziewczyna podniosła ją, a ta zaczęła lizać ją po twarzy.- A to właśnie jest Nirra- uśmiechnęłam się.
- O Boże!- pisnęła.- Jaka słodka!
- Chodźmy do mnie, bo przy nim nie będziemy mogły normalnie porozmawiać- wskazałam na wpół śpiącego chłopaka, który ręką błądził po stole, próbując znaleźć swoje jedzenie.
Zabrałyśmy wszystkie nasze rzeczy i przeniosłyśmy się do mojego pokoju. Davina usiadła z psem na kanapie, a ja zajęłam miejsce obok nich.
- No więc mów jak tam było na Cyprze- powiedziała z uśmiechem.
- Czekaj!- klepnęłam się w czoło.- Mam coś dla ciebie!- ruszyłam w stronę walizek, które jeszcze nie do końca rozpakowałam. Wyciągnęłam z niej czerwoną torebkę, w której zawinięta była sukienka.
- Jaka śliczna!- krzyknęła.- Dziękuje.
- Zauważyła ją w sklepie i od razu pomyślałam o tobie. Przymierz ją- wskazałam na garderobę. Dziewczyna posłusznie weszła do niej i po chwili była już przebrana w nową sukienkę.
- Pasuje idealnie- wyszczerzyła swoje białe zęby.
- Ślicznie wyglądasz- odezwał się męski głos. Obejrzałam się za siebie i zauważyłam Patricka, który właśnie musiał wejść do pokoju. Davina zarumieniła się.
- Dziękuje- wymamrotała.
- O! Dobrze, że jesteś. Muszę wyjść na chwilę z Nirrą, więc mógłbyś dotrzymać Davinie towarzystwo? Dziękuje- szybko chwyciłam smycz i wyszłam z psem z pokoju. Pomimo tego, że nie dawno byłam z nią na spacerze, chciałam zostawić tą dwójkę samych, a to był idealny pretekst do tego. Żeby uniknąć jakichkolwiek podejrzeń, chwyciłam kurtkę i udałam się na krótki spacer z moją sunią.
Gdy wróciłam, samochodu Daviny już nie było. Zmartwiona, weszłam do domu. Rzuciłam kurtkę i poszłam do swojego pokoju.
- Dav?- zawołałam. Odpowiedziała mi cisza. W pokoju Patricka też jej nie było. Zresztą jego również. Wyciągnęłam telefon z zamiarem zadzwonienia do niej i zauważyłam nieodczytanego esemesa. Otworzyłam wiadomość.

"Hej! O matko! Nie uwierzysz, ale właśnie jadę z tym przystojniakiem do kina! Przepraszam, ale nie mogłam dłużej czekać. Mam nadzieję, że się nie będziesz gniewać. Zresztą musimy urządzić sobie w końcu jakiś babski wieczór. Co myślisz o piątku? Pogadam z Kelly czy weźmie twoją zmianę i wpadniesz do mnie.
Całuję,
Dav
PS. Użył tych zajebistych perfum!!!"

Uśmiechnęłam się. Jednak moja intryga na coś się przydała.



***EZRA***


      Stanąłem przed wielkim, opuszczonym magazynie. Już z zewnątrz zauważyłem, że w środku panuje ciemność. Wyłączyłem samochód i tępo wpatrywałem się w ten ponury budynek, wyobrażając sobie go sprzed kilku lat. Należał do najstarszych budowli tego miasta, więc na pewno musiał wyglądać pięknie. Ale w innym wieku. Z rozmyśleń wyciągnął mnie dźwięk trzaskających drzwi.
- Nie wierzyłem, że przyjedziesz- odezwał się znienawidzony przeze mnie głos.
- Wiesz, że jej bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze- odparłem zdenerwowany.
- Dobrze, tylko spokojnie- ciemnowłosy podniósł dłonie w geście kapitulacji.- Nie przyszedłem się z tobą bić. Chociaż z przyjemnością obiłbym ci tą mordę.
- Jak tam życie upadłego?- zagadałem, wiedząc, że ten temat go zaboli. Jak i każdego anioła, który upadł. Oni cierpieli podwójnie. Ich wszystkie emocje były wyostrzone, ale kiedyś słyszałem, że aniołowie nie cierpią z fizycznych, czy przyziemnych powodów. „Spadając z nieba widziałem twarz Boga. Teraz już nigdy nie będę mógł go zobaczyć”- powiedział jeden z nich. Ponoć to był ich prawdziwy powód do bólu. Ale nie mnie oceniać. Ważne aby ten dupek cierpiał.
- Skończmy to jak najszybciej- westchnął.- Słuchaj, zanim upadłem zajmowałem się pewną sprawą- zaczął.
- Ta, wiem. Sam mi coś o tym wspominała. Jakieś dusze czy coś w tym stylu.
- To byli ludzie. Coś jak bezduszni. Jednak ci po oddzieleniu ciała od duszy zapadali w wieczny sen. W przeciwieństwie do tych co stworzył Will, nie potrafili nic zrobić. Po prostu spali.
- No i co to ma wspólnego z Sam?- rzuciłem gniewnie.
- Chodzi o jej duszę. Wiesz, że jest potężna, a ten ktoś czerpie z nich swoją siłę. Pomyśl jak potężny stałby się, gdyby ją porwał.
- O ile mi wiadomo, to zbierał tylko wilkołaków do tego- zmarszczyłem czoło. Nie dość, że moja ukochana musiała się ukrywać, choć nie wiedziała o tym, to kolejne zło czaiło się na nią.
- Wtedy tak, ale teraz stał się bardziej odważniejszy. Nie wiem ile posiadł już dusz, ale wzmacniają go. Ostatnio nawet zabrał się za patersów. Znalazłem kilka ciał niedaleko Irlandii. Myślę, że to coś na nią poluje. Wie, że jest tutaj i próbuje ją nastraszyć.
- Czekaj, nie rozumiem... Po co mu te dusze?
- On coś szykuje. Coś wielkiego. A dusza przepełniona tak potężnym demonem, mogłaby mu w tym pomóc.
- Jej demon wciąż w niej tkwi?- zapytałem głośno wypuszczając powietrze.
- Tak- odparł.- I szykuje się do wyjścia.






Rozdział dodaję już z rana, bo nie wiem o której wrócę :* 
Już powoli akcja się rozkręca^^ Chociaż...
Co myślicie o współpracy Ezry z Chrisem? Czy pomimo tych wszystkich wydarzeń, będzie potrafił znowu mu "zaufać"? Dadzą radę ocalić Sam i zniszczyć demona? 
No nic : * Mam nadzieję, że rozdział się podobał i zapraszam za tydzień do odwiedzenia ;)
Miałabym też prośbę. Osoby, które dotychczas informowałam o nowych notkach, a także osoby, które chcą być informowana, zapraszam do odwiedzenia zakładki Czytelnicy i pozostawienia tam swojego komentarza :3
Pozdrawiam
Seo

piątek, 28 marca 2014

Księga II: Rozdział V

Nie czekajcie, ja nie wrócę, lecz na was poczekam”.


       Obudziłam się przytulona do ukochanego. Poczułam lekki ból głowy, ale pamiętałam wszystkie wczorajsze wydarzenia. Uśmiechnęłam się na myśl, o oświadczynach. Kochałam go, i czekałam na jego kolejny krok. Odkąd utraciłam pamięć, był przy mnie. Wspierał i czekał. Już nie raz mówił mi, że mnie kocha, ale wie, że ja nie jestem pewna swoich uczuć, więc nie będzie naciskać. Teraz byłam pewna. Kochałam go. Był miłością mojego życia i to z nim chciałam być.
        Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego słodką twarz. Jeszcze spał, cicho pochrapując przy tym. Delikatnie wyswobodziłam się z jego uścisku i weszłam do łazienki. Po wzięciu szybkiego prysznica wyszłam i zaczęłam szukać w szafie jakiś ciuchów. Wybrałam krótką, białą bluzkę z nadrukiem, oraz czarne spodenki. Jak zwykle w moim stroju musiało pojawić się coś ciemnego. Mój styl, choć zmienił się z ponurego na weselszy, kolorowy, to i tak musiało się pojawić coś czarnego. Tak jakby był to mój nierozłączny kolor. Wyszłam na balkon i oparłam się o barierkę. Pomimo wczesnej pory, słońce mocno grzało, a moja cera wciąż pozostawała blada. Spędziłam kilkanaście godzin opalając się i nic.
Wypuściłam głośno powietrze i spuściłam głowę w dół. Na dole wszyscy już powstawali, a przynajmniej większość. Kilka kelnerów krzątało się między stolikami, przy których goście jedli śniadania. Wśród nich rozpoznałam Scott'a i Amandę. Chłopak coś jej opowiadał, gestykulując przy tym rękami, z czego ona się śmiała. Wyglądali słodko razem. Pomimo tego, że byli młodzi, tworzyli naprawdę piękną rodzinę. Zaraz pod naszym balkonem stanął Daniell. Znowu nieprzyjemne dreszcze przeszyły przez moje ciało. Przyglądałam mu się uważnie. On kłócił się z... psem?
         Wychyliłam się jeszcze bardziej za bajerkę. Teraz widziałam go wyraźniej. Stał zaraz za ścianą i groził psu palcem. Wiedziałam, że zwierzęta są inteligentne i rozumieją dużo ludzkich słów, ale ta rozmowa wydawała się dziwna... Ludzie często traktowali zwierzęta tak, jakby rozmawiali z normalną osobą, ale bez przesady.
- Nie możesz tak wejść!- odezwał się zdenerwowany chłopak.- Na cholerę się zmieniałeś? Teraz będziesz musiał siedzieć tak do wieczora- pies w odpowiedzi warknął na niego.
Poczułam ciepłe ręce obejmujące mnie w pasie. Cicho pisnęłam i się odwróciłam. Za mną zmaterializował się uśmiechnięty blondyn. Przyciągnął mnie do siebie i czule pocałował w usta. Był w samych bokserkach. Wewnątrz gotowałam się na widok jego prawie nagiego ciała.
- Myślałem, że przyzwyczaiłaś się do moich „ataków”- wymruczał mi do ucha.
- Nie gdy jestem czymś zajęta- westchnęłam.
Nasze usta znów złączyły się w namiętnym pocałunku. Chyba nigdy nie będę miała tego dość...
- A czym byłaś tak zajęta?- zapytał odrywając się ode mnie.
- Pamiętasz jak mówiłam ci, że ten cały Daniell jest dziwny?
- Mówiłaś tak o każdym – wypomniał mi.
- No więc właśnie słuchałam jak kłócił się z psem.
Ezra zmarszczył brwi. Podszedł do barierki i rozglądnął się, szukając chłopaka.
- Wiesz, że zwierzęta też nas rozumieją?- odezwał się po chwili.
Zmartwiła mnie jego reakcja. Przypuszczałam, że najpierw mnie wyśmieje, a potem znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie na to.
- Tak, ale nie uważasz, że to zbyt dziwne? Rozumiem, żeby tłumaczyć zwierzęciu, że nie robi się na dywan, a nie, wspominać o jakieś przemianie. Mówił, że dopiero wieczorem będzie mógł się przemienić- odparłam. Czekałam na jakieś wyjaśnienia z jego strony, w końcu to jego przyjaciel. Chłopak podszedł i znowu mnie pocałował. Następnie oznajmił, że pogada z nim wieczorem o terapii, na co bardzo się ucieszyłam. Chociaż ja pomyślałabym nad terapeutą dla wszystkich gości... Po prostu oni wydawali się dla mnie zbyt podejrzani. Albo to ja świruję...
- Chodź się jeszcze położyć- powiedział przyciągając mnie do siebie.
- Jestem głodna, a zresztą już się ubrałam- odparłam idąc w stronę drzwi. Już od dawna czułam głód, ale czekałam aż mój kochanek się obudzi, by z nim zejść na śniadanie.
- Ciuchów w każdej chwili możemy się pozbyć- na jego twarzy zawitał łobuzerski uśmieszek- A śniadanie zamówimy do pokoju.
Złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach.- Ale potem pójdziemy na miasto. Wciąż nie poszedłeś ze mną na zakupy- odparłam, a następnie przygryzłam wargę, czekając na jego reakcję.
Wiedziałam, że nie spodoba mu się mój pomysł, ale w końcu to on przegrał i był mi to winny. Nawet poszłam mu na rękę, przekładając ten dzień. Chwilę się zastanawiał, ale zgodził się. Następnie delikatnie położył mnie, już nagą, na łóżku...



- Co sądzisz o tej?- zapytałam blondyna wskazując na sukienkę. Była krótka, ściągana w pasie. Wykonana z delikatnego, beżowego materiału. Stwierdziłam, że idealnie będzie pasować do moich brązowych sandałek, ale chciałam znać też zdanie chłopaka. Chociaż wiedziałam, że zdenerwuje go tym, gdyż już od dwóch godzin zadaję mu takie pytania. Zmęczony Ezra głośno westchnął i zapewnił, że w tym będę wyglądać pięknie, chociaż wolałby mnie widywać w innej wersji.
- Zboczeniec- dźgnęłam go palcem w brzuch.
- No co? Sama chciałaś znać moje zdanie więc ci mówię- zaśmiał się.
- Chciałam wiedzieć, co o niej sądzisz, a nie w czym lepiej wyglądam.
- Zdecydowanie w łóżku- odparł z uśmiechem.- Ze mną oczywiście- dodał.
Kilka turystek spojrzało w naszą stronę. Oczywiście wiedziałam, że wpatrują się w MOJEGO NARZECZONEGO, więc aby to udowodnić, podeszłam do niego i namiętnie zaczęliśmy się całować. Wiedziałam, że był zdziwiony moją reakcją, chyba myślał, że zacznę robić mu jakąś awanturę, czy opieprze go w końcu za te gadanie, ale zazdrość zwyciężyła.
- Dobrze- powiedziałam odrywając się od niego- sprawdzimy to wieczorem.
Napotkałam się na niemiłe spojrzenia dziewczyn, które szeptały coś między sobą. Jedyne co zrozumiałam to to, że są Niemkami i mogę przysiąc, że rozmawiały o mnie.
- Możemy już iść?- poprosił mnie blondyn, chwytając od tyłu. Znów zaczęliśmy się całować, a ja w końcu zrozumiałam co Amanda miała na myśl mówiąc, że byliśmy nie do zniesienia. Ja oczywiście nie miałam z tym żadnego problemu... wręcz przeciwnie. Chciałam tego. Bardzo.
- Chwilka, tylko zapłacę za tą sukienkę i okulary. Możesz pójść po coś do picia?- chłopak skinął głową na zgodę i zniknął.
         Podeszłam do kasy i położyłam wybrane przeze mnie rzeczy. Obsłużył mnie młody chłopak. Miał ciemne gęste włosy i opaloną cerę, którą strasznie mu zazdrościłam. Ja byłam blada jak trup. Z rozpiętej koszuli, zauważyłam wytatuowanego lwa na jego piersi. Uraczył mnie miłym uśmiechem i podał torbę z zakupami. Zapłaciłam za nie i już miałam ruszyć do wyjścia, gdy z zaplecza wyłoniła się starsza kobieta. Na mój widok jedną dłoń położyła piersi, a drugą, trzęsącą, wskazała na mnie. Rozejrzałam się wokół, aby upewnić, że to właśnie mnie wskazała. W jej oczach ujrzałam strach i przerażenie. Kobieta dostała drgawek. Jej siwe włosy, opadły na ramiona, a ona sama próbowała wydobyć z siebie jakieś słowo. W końcu chłopak podszedł do niej i objął. Zaczęła się wyrywać. Chwyciłam swój zakup i udałam się w stronę wyjścia. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tej wariatki.
- Iblis! Iblis!- usłyszałam jej straszny krzyk za sobą. Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Wiedziałam, co to znaczy. Po pierwszym spotkaniu z drugą „ja”, zaczęłam rozumieć wiele języków. Myślałam, że po prostu byłam ambitna, albo miałam dobrą pamięć, ale każdy kolejny odkryty fakt o sobie, zwiastował coś złego. Nawet teraz. Kto by pomyślał, że zwykłe, nawet można by rzec, że miłe w wypowiedzi słowo iblis, może oznaczać samego demona? Musiałam dowiedzieć się więcej o tym, a to znaczyło tylko kolejne spotkanie ze mną...
- Wszystko w porządku?- zapytał podbiegający do mnie blondyn. Musiał usłyszeć tą starą babę i domyślił się, że chodziło tu o mnie. Zresztą, mógł to też wywnioskować po moim wyrazie twarzy.
- Tak – wydobyłam się na słaby uśmiech i sięgnęłam po kupioną przez niego wodę.
- Sam, widzę przecież, że coś jest nie w porządku- powiedział z przekonaniem.- Już ci mówiłem, że możesz ze mną o tym pogadać.
- Nazwała mnie demonem- powiedziałam ze łzami w oczach. Zdobyłam się na to, aby mu spojrzeć w oczy. Wyrażały zaniepokojenie i troskę. Przyciągnął mnie do siebie i zamknął w bezpiecznym uścisku. Kilka słonych łez spłynęło po moim policzku.
- Nie jesteś żadnym demonem- wyszeptał.- Jesteś aniołem zesłanym mi przez Boga- czule pocałował mnie w usta.- Kocham cię.
- Dziękuję- szczery uśmiech zawitał na mojej twarzy. Ezra zawsze wiedział jak mi pomóc. Zawsze był przy mnie i wspierał. Przytuliłam go i zaczęłam wdychać jego woń. Czułam perfumy, które mu wybrałam, będąc jeszcze w Irlandii. Dodawały mu zabójczości i seksowności. Wyczułam coś jeszcze. Dziwny zapach, który kojarzył mi się z... miłością?
- Chodźmy coś zjeść- odezwałam się odrywając od jego ciała. Chłopak objął mnie ramieniem i zaprowadził do jakiejś knajpki.
Zamówiłam krewetki z frytkami, a on, pomimo moich sprzeciwów, rybę. Gdy przynieśli nasze potrawy, na mojej twarzy zawitał nieprzyjemny grymas. Smród tej ryby muskał moje nozdrza.
- Nie licz na to, że będziesz mnie całował po tym jak to zjesz- spojrzałam na niego zdenerwowana.
- Oj zobaczymy- wydęł usta, na co miałam znowu ochotę go pocałować. Przygryzłam wargę, a on uśmiechnął się.- Nadal nie będziesz miała ochoty mnie całować?- wyszeptał mi do ucha.
- Nie- odparłam stanowczo.
- Dobrze, jak uważasz- zaśmiał się i wziął wielki kęs tej obrzydliwej ryby. Słyszałam jak jej kawałki chrupią mu w ustach. Wzięłam się za swoje jedzenie. Oderwałam najpierw ogonki krewetką, a dopiero później zaczęłam je jeść. Podsmażane na patelni, lekko chrupały, ale nie tak bardzo jak jego ohydna ryba.
- Gdzie teraz pójdziemy?- zapytał przerywając swoje mlaskanie.
- Myślę, że jeszcze przejdziemy się na targ- odparłam sięgając po sok. Upiłam z niego kilka łyków i spojrzałam na chłopaka. Wyglądał jakby miał łzy w oczach.- Ej, bez marudzenia. Mieliśmy spędzić cały dzień na zakupach, a minęły zaledwie trzy godziny.
- No, ale mówiłaś, że wracamy- powiedział naburmuszony.
- Stwierdziłam, że muszę kupić sobie nowy strój kąpielowy.
- Dobra! Ale ja ci go wybiorę.- Na jego twarzy zawitał tajemniczy uśmieszek.
- A będzie składał się z jakiś ubrań?- przewróciłam teatralnie oczami.
- Niech ci będzie, ale kupujemy strój i wracamy?
- Zobaczymy- wstałam po zjedzonym obiedzie. Ezra też już skończył swoje danie, z czego nie byłam zadowolona. Już teraz czułam smród ryby od niego. Chłopak zapłacił i ruszyliśmy w stronę kolejnych straganów.
         Wybrał mi skąpy, czarny strój, do którego dokupiłam krótkie spodenki w tym samym kolorze. Bikini było dosyć ładne, ale nie miałam zamiaru świecić prawie gołym tyłkiem cały czas. Ostatni sklep, w którym wylądowaliśmy, nawet jemu przypadł do gustu. Nie licząc tego, że zamiast robić zakupy, to wygłupialiśmy się robiąc śmieszne zdjęcia, póki sprzedawca nas nie wygonił. Spacerowaliśmy po ulicach Apostolou, zatrzymując się przy każdym muzyku. Nie przypuszczałam, że mogło być tu, aż tak wielu utalentowanych artystów. Co kilkanaście metrów siedział ktoś i grał na gitarze, bądź innym instrumencie. Idąc dalej natrafiłam na starca, który siedział z kartonem przy brzegu. Ciche skamlanie wydobywało się z jego wnętrza.
- Kochanie chodź tu!-krzyknęłam, a po chwili blondyn stanął obok mnie.
- Nie!- usłyszałam jego twardy głos.
- No prooooszę! Zobacz jacy oni są słodcy- wyciągnęłam jednego szczeniaka z pudełka i pokazałam mu.
- Nie chce żadnego zapchlonego kundla!
- Nie przesadzaj- skarciłam go.- On nie jest zapchlony.
- Słuchaj, te psy pochodzą z Bóg wie jakiego śmietniska. Na pewno są brudne i zapchlone.
- I głodne- dodałam, widząc wychudzonego psa. Futro szczeniak było czarno-białe. Leżał w rogu, oddalony od jego rodzeństwa. W przeciwieństwie do nich, był cicho i praktycznie się nie ruszał. Zrobiło mi się go strasznie szkoda.
- Weźmiemy jednego- postanowiłam.
- Nie!- zaprotestował.- Nie życzę sobie żadnego kundla w domu.
- Ale ja chce pieska!- krzyknęłam jak małe dziecko. Ezra głośno wypuścił powietrze.
- Sam, za niedługo w naszym domu będzie dwójka małych dzieci. Psy roznoszą zarazki.
- Oj nie przesadzaj. Zresztą dużo rodzin ma i dzieci i zwierzęta. A on nie będzie się zbliżał do nich. Będę go pilnować- spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
- Nie możemy kupić w Irlandii jakieś zwierze?
- Ja chce tego- oznajmiłam wskazując na kolejnego szczeniaka.
- A co z podróżą? Jak zamierzasz go przewieźć?
- Na pewno jakoś to załatwisz- cmoknęłam go w policzek i sięgnęłam po innego szczeniaka. Wybrałam tego wychudzonego. Gdy go podniosłam, otworzył oczka, ale za wiele się nie poruszył. Czułam jego żebra pod dłonią, na które naciągnięta była cienka warstwa skóry. Wiedziałam, że zostało mu jakieś kilka dni życia, ale teraz na pewno pożyje dłużej. Pokazałam Ezrze mój wybór, a ten wytrzeszczył oczy.
- Nie możesz wybrać innego? Zobacz ten jest jakiś chory.
- Nie- przytuliłam zwierzę.- Zapłać i chodź. Musimy jeszcze kupić mu parę rzeczy, ale najpierw coś do jedzenia- powiedziałam i udałam się w stronę budki z jedzeniem.
W hotelu umyłam go i jeszcze raz nakarmiłam. Zwierzak trochę się ożywił i zaczął wesoło merdać ogonkiem. Wyglądał tak słodko... Kupiliśmy mu smycz, miski i jakieś miejsce do spania. Oczywiście więcej rzeczy dokupimy będąc w domu, ale na razie to musiało mu wystarczyć. Już od jakieś godziny bawiłam się z nim, na co Ezra był coraz bardziej wkurzony. Albo zazdrosny, że nie poświęcam mu tyle uwagi? No cóż... piesek był słodszy.
- Jak go nazwiesz?- zapytał wychodząc z łazienki. Pomimo tego, że szczeniak był słodki, to wolałabym blondyna. Wyszedł w samych bokserkach, przez co widziałam jego umięśniony tors. Uśmiechnął się widząc moją minę.
- Myślałam, żeby nazwać go Spikey. Co ty na to?- Chłopak roześmiał się, na co ja się oburzyłam.- Co ci się nie podoba w tym imieniu. Zobacz akurat pasuje do niego.- Znów usłyszałam jego śmiech.
- Wiesz... wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że to suka- odparł, a mi zrobiło się głupio.
- Cholera- wyszeptałam. Jak mogła tego nie zauważyć?- Masz jakieś propozycję?
- Nie- odparł wesoły. Teraz już był ubrany. Przeczesał ręką swoje jeszcze wilgotne włosy i popatrzył na zwierzę.- To imię musi być wyjątkowe- zwrócił się twarzą do mnie.- Jakieś, które idealnie odzwierciedla to zwierze. Więc będziesz miała zadanie na dzisiejszy wieczór, kiedy mnie nie będzie- zaśmiał się, a ja zmarszczyłam czoło.
- Zostawiasz mnie samą?
- Samą nie. Masz przecież tą kulkę pcheł przy sobie.
- On nie ma pcheł!- zaprotestowałam.- Znaczy się ona.
- Ja idę porozmawiać z Daniell'em o terapii. Chyba, że chcesz ze mną iść?
- Nie dzięki. Wolę zostać z tą kulą pcheł- wzięłam psa na ręce i usiadłam na kanapie.
- W takim razie widzimy się za godzinę- podszedł i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Następnie usłyszałam trzask drzwi.
- Ty nie masz pcheł- powiedziałam patrząc na zwierze. W odpowiedzi zostałam polizana po policzku.- Ale na wszelki wypadek jeszcze raz cię wykąpiemy.


***EZRA***

        Zszedłem na dół, z zamiarem porozmawiania z wilkołakiem. Chciałem go opieprzyć za jego bezmyślność. Rozmawiając z nim dałem mu jasno do zrozumienia, jaka jest sytuacja. Zero wspomnień o demonach, wilkołakach czy czymkolwiek. Wiedzieli, że Samantha straciła pamięć, a my ją po prostu chronimy. Wilkołaki zgodziły się na to, chociaż z łowcami mieliśmy pewien problem. Jako, że byli starymi jej znajomymi i uważali ją za wspaniałą łowczynię. Nie chcieli aby ta porzuciła swoje zadanie. Dlatego też musiałem im obiecać, że jej powiem. Chociaż i tak musiałem, bo przecież jesteśmy nieśmiertelni i w końcu sama zrozumiałaby, że coś jest nie w porządku. Powiem jej, ale nie teraz. Może za parę lat...
- Chodź- warknąłem do Daniell'a, który właśnie popijał drinka ze Scott'em. Zaciągnąłem go na tył tak, aby nikt nas nie zobaczył ani usłyszał.
- Co jest?- odezwał się trochę pijany.
- Co jest?! Jeszcze się idioto pytasz? Może przypomnij sobie dzisiejszą rozmowę- wrzasnąłem i spojrzałem na zdezorientowanego chłopaka.- Z wilkiem- dodałem.
- Słuchaj stary, musiałem z nim porozmawiać. Chciał się przemienić, a przecież wszędzie jest pełno ludzi. Jeszcze ktoś by to zobaczył- powiedział w obronie. Zaśmiałem się.
- Zobaczył tak? Wiesz, tak się składa, że ktoś was ZOBACZYŁ i usłyszał część rozmowy, jaką facet prowadził ze zwierzęciem.
- Kto?- zmarszczył brwi.
- Samantha. Rozmawialiście pod naszym balkonem, więc ona was usłyszała- na mojej twarzy zawitał grymas. Chciałem go zabić. Rozszarpać na drobne kawałki, ale to był mój stary przyjaciel. Dowódca Północno- Irlandzkiej watahy.
- Stary, przepraszam- przetarł dłonią po skroni.- Nie zauważyłem jej, ale chyba nic się nie domyśliła?
- Ta... powiedzmy. Powiedziałem, że porozmawiam z tobą w sprawie terapeuty- usłyszałem jego śmiech.- Zamknij się, bo inaczej będzie ci potrzebny lekarz.
- Dobra spokojnie- klepnął mnie w ramię.- Powiedz jej, że gadaliśmy i... o wiem! Powiedz, że zapomniałem wziąć dzisiaj leków, dlatego trochę mi się miesza w głowie.
- Dobra, a ty następnym razem uważaj, bo inaczej cię zabije- zagroziłem mu. Chociaż ja byłem poważny, on nie uwierzył mi na słowo, więc odszedł ciesząc się. Podszedłem do baru i zamówiłem drinka. Usiadłem z nim na jednej ze skał, podziwiając piękno nocy. Księżyc w towarzystwie gwiazd odbijał się od wody, która pod jego wpływem, przybrała barwę srebrzysto-białą. Poczułem się wtedy jak w domu. Chociaż już od dawna nie uważałem Ceris za swoim prawdziwym domem, to chciałem znów tam być. Chciałem ujrzeć ten świat pod władzą Samanthy. Wiedziałem, że jeśli ona tam wróci, naprawi wszystko. Chciałem ujrzeć śmierć Wallsey'a. Żeby to wszystko się spełniło, musiała odzyskać pamięć. Moja mała Samantha...Tak bardzo ją kochałem i nie chciałem stracić. Już wycierpiała tyle, a ja byłem świadomy tego, że to wciąż nie jest koniec. Przecież ona musi sobie przypomnieć. Musi odzyskać pamięć... I co wtedy? Wszystko może przecież runąć. Może nie wybaczyć nam tych kłamstw. Przez cały czas ją okłamywałem, ale w końcu wpadnę. Nie uchronię ją przed tym życiem. Ona prędzej czy później dowie się, i lepiej żebym to ja jej powiedział. Ale jak?
- A ty co tak sam siedzisz?- usłyszałem męski głos za sobą. Upiłem kolejny łyk swojego drinka i odwróciłem się. Patrick usiadł obok mnie i podał mi przyniesione piwo, które z przyjemnością przyjąłem. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie uwierzysz co dzisiaj się stało- zacząłem.
- No mów- usłyszałem dźwięk otwierającej się butelki, a następnie metalowy kapsel spadł, odbijając się o skały.
- Byłem dzisiaj z Sam na zakupach...
- O! W końcu twoja kara się spełniła- zaśmiał się.
- To też, ale nie o to chodzi. Mieliśmy już wracać, gdy ona coś zobaczyła.
- Nie mów, że demona- spoważniał.
- Nie. Zobaczyła szczeniaka- usłyszałem śmiech chłopaka.
- I to jest takie straszne? Zobaczyła pieska, i co?
- To nie był zwykły pies. Znaczy się reszta była, ale ona nie wybrała psa.
- Czekaj... więc kupiliście psa?- zapytał, a ja głośno westchnąłem.
- Kupiliśmy Shyrks'a- westchnąłem.
- Co?!- wybuchnął.- Skąd on się tu wziął?
- Serio? W domu teraz będziemy mieli półdemona, a ty martwisz się skąd on się tu wziął?
- Słuchaj, sam wiesz, że Shyrks'y są stworzone do ochrony, więc czym się przejmujesz? Nawet Wallysey ma dwa przy sobie i zobacz jak go chronią. Są gotowe oddać życie za swojego pana- odparł. W sumie o tym nie pomyślałem... Skoro pies zaczął uważać Sam za swoją panią, to będzie bezpieczna przy nim.
- A jak wytłumaczymy jej jego wygląd? Przecież dorosłe osobniki przypominają wilka. Wielkiego wilka!
- No i? Taka rasa i tyle. Czym tu się przejmować? Ja na twoim miejscu jeszcze pogadałbym z tym zwierzakiem.
- Mam gadać z psem?- uniosłem brew ze zdziwienia.
- Nie z psem, tylko wilkiem. A w zasadzie to półdemonem. Słuchaj, teraz dokładnie wytłumaczysz mi, gdzie go znaleźliście, bo jego matka na pewno zacznie go szukać.
- Wątpię- westchnąłem.- Szczeniak ma już prawie miesiąc i o mal nie zdechł. Gdyby nie Sam, to za kilka dni byłby martwy.
- Więc ona uratowała mu życie. Teraz tym bardziej będzie chciał ją chronić.
- Chciała- poprawiłem go.- To suka.
- No i jeszcze lepiej- klepnął mnie w ramie. Uraczyłem go niemiłym spojrzeniem, po tym ja wylałem na siebie piwo.- Dobra, idź pogadaj z wilkiem, bo inaczej ona sama się jej ujawni.
Wypiłem całą zawartość butelki i ruszyłem w stronę hotelu. Zajebiście. Czekała mnie rozmowa ze zwierzęciem... Teraz to pewnie Sam pomyśli nad jakimś terapeutą dla mnie...
Wszedłem do pokoju i ujrzałem tego kundla, który bezczelnie siedział na kanapie i gryzł moją bluzkę. Samantha była w łazience, więc mogłem w spokoju z nią porozmawiać. Stanąłem przed nią, a ona spojrzał na mnie, przerywając swoją zabawę.
- Słuchaj psie- zacząłem.- Wiem czym jesteś, a ty pewnie wiesz czym my jesteśmy- westchnąłem.- O Boże, jakie to jest żenujące... Dobra, słuchaj. Jako, że my dwoje chcemy chronić twoją panią, więc dla jej bezpieczeństwa, lepiej żeby nie wiedziała czym jesteśmy. Rozumiesz?- zwierze kiwnęło głową na zgodę.      
        Rany... ten gatunek rzeczywiście był inteligentny.- No więc, masz udawać zwykłego psa. Szczekać, aportować i wykonuj inne czynności jakie pies powinien robić. Pilnuj się, albo tego pożałujesz- zwierze zwróciło głowę w stronę łazienkowych drzwi. Dziewczyna właśnie kończyła się kąpać.- Jesteś z nią od paru godzin i już zdążyłaś ją pokochać? Niewiarygodne- westchnąłem.- Chociaż to nas łączy. Wiem, że zrobisz wszystko, aby ją ochronić. Tak jak ja, więc mam nadzieję, że się zrozumieliśmy?- zwierze wydało z siebie dziwny dźwięk, przypominający szczeknięcia psa. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się.- Myślę, że nawet mógłbym cię polubić, ale pamiętaj. To jest MÓJ teren i moje zasady. A teraz oddawaj moją koszulkę- wyrwałem jej ubranie. Właśnie w tej chwili moja ukochana wyszła z łazienki opatulona w samym ręczniku. Włosy miała związane w kok. Uśmiechnięta, usiadła na moich kolanach.
- Już się pogodziliście?- wymruczała mi do ucha.
- Można tak powiedzieć. Wiesz już jak ją nazwiesz?
- Nirra- powiedziała dumnie.
- Piękne imię- pocałowałem ją czule w usta. Poczułem smak jej miękkich i delikatnych warg. Rękę wsunąłem pod ręcznik, błądząc po jej biodrze.
- Kochanie, dziecko patrzy- zachichotała, odrywając nasze usta.
- To zwierze- odparłem rozdrażniony.
- Szczeniak to też dziecko- stwierdziła.
- No to niech się odwróci, albo wyjdzie- uraczyłem psa niemiłym spojrzeniem, na co on zaskamlał i udał się w stronę swojego legowiska.
- No i patrz co żeś zrobił- usłyszałam gniewny głos czarnowłosej, która ruszyła w stronę psa.
- Przecież ja nic nie zrobiłem! Ona sama tam poszła!
- Bo ty jej kazałeś!- Rzuciła ręcznikiem w moją stronę. Naga schyliła się po jedną z moich koszulek i ubrała ją. Następnie wzięła psa na ręce i, wraz z nim, położyła się na naszym łóżku.
- O nie!- zaprotestowałem.- Nie będę spać z tym kundlem w jednym łóżku.
- To śpij na kanapie- odparła beztrosko.- Nirra jest za mała, aby mogła spać sama.

- Dobra!- odparłem wkurzony. Chwyciłem za koc, który leżał na tapczanie i się nim przykryłem. Kanapa nie była za wygodna, ale nie zamierzałem spać z psem. Kto by pomyślał, że zostanę zastąpiony przez tego kundla...



Hej <3
Wybaczcie mi to drobne spóźnienie... ale dopiero jakieś pół godziny temu dotarłam do domku :c 
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i liczę na dużo komentarzy pozytywnych, jak i negatywnych. Krytyka mile widziana : D
Tak wgl, to jak Wam się podoba imię "pieska"? Osobiście spędziłam nad nim jakieś kilka godzin, nim coś wymyśliłam. Napotkałam się ze sprzeciwem Katariny, której niezbyt chyba przypadło :c Mam nadzieję, że Wasza reakcja będzie inna :D 
Dobra, koniec pisania! Idę spać bo padam o.O
Pozdrawiam
Seo